Przetrzymywano w nim ok. 5 tys. osób, główne Niemców – mieszkańców Saksonii, Brandenburgii, Dolnego i Górnego Śląska, zatrzymanych wiosną 1945 r. przez wojska NKWD w ramach akcji tzw. czyszczenia tyłów. Wśród więźniów znaleźli się również nieliczni Ukraińcy oraz Polacy – żołnierze Armii Krajowej i działacze polskiego podziemia niepodległościowego.
Ciasnota i wszy
Osadzonych umieszczono w głównym budynku szpitala oraz w tzw. pawilonie, dziś już nieistniejącym. Spali w dużych salach na podłodze, również w kaplicy szpitalnej. Ciasnota była tak duża, że spać można było tylko na boku. Dopiero z czasem, kiedy część więźniów zmarła, pozostali przy życiu zyskali trochę więcej miejsca.
Ciasnota była tak duża, że spać można było tylko na boku. Dopiero z czasem, kiedy część więźniów zmarła, pozostali przy życiu zyskali trochę więcej miejsca.
Pod głowę podkładano sobie kurtki, buty, czapkę, przykrywano się płaszczem, czasem kocem, jeśli posiadano któryś z tych przedmiotów. Początkowo nie było możliwości zadbania o higienę, nawet tą podstawową. Prawdziwą plagą okazały się wszy. Wolny czas nierzadko poświęcano na ich tępienie.
Z obawy przed epidemią, władze więzienia zarządziły by raz na trzy tygodnie przeprowadzano akcję „odwszenia”. Golono do gołej skóry włosy na głowie i całym ciele, a ubrania wygrzewano na słońcu. Nigdy ich jednak nie prano. Więźniowie nie otrzymali odzieży na zmianę, w efekcie czego po pewnym czasie większość z nich chodziła w prowizorycznie pozszywanych i połatanych łachmanach.
„Okrutnik” i „Kanibal”
Więźniom nie pozwalano rozmawiać ze sobą, dlatego rozmowy prowadzono zazwyczaj szeptem. Za dnia, jak również w nocy w okolicy więzienia często słyszano krzyki. Zapewne podczas przesłuchań stosowano tortury. Ponadto osadzonych bito „za karę” za różne przewinienia, a często bez powodu.
Szczególnie ostro znęcali się strażnicy, którzy mieli za sobą pobyt w niemieckich obozach jenieckich. Ci, którzy szczególnie mocno znęcali się nad więźniami, otrzymali różne przezwiska np. „Okrutnik” czy „Kanibal”.
Szczególnie ostro znęcali się strażnicy, którzy mieli za sobą pobyt w niemieckich obozach jenieckich. Jak jednak wspominali po latach więźniowie, byli wśród nich i tacy, którzy zachowali resztki człowieczeństwa, pomimo częstokroć bardzo traumatycznych przeżyć wojennych. Ci, którzy szczególnie mocno znęcali się nad więźniami, otrzymali różne przezwiska np. „Okrutnik” czy „Kanibal”.
Ten ostatni miał za sobą doświadczenie niemieckiego obozu jenieckiego w Lubaniu. W Toszku chodził z laską, a więźniowi, którego sobie upatrzył, zakładał na szyję jej zakrzywioną część, przewracał go na ziemię, a następnie bił. Laski do bicia używał również zastępca komendanta porucznik Sagalini. Wyróżniała go szczególna nienawiść do Niemców. Bił, często do krwi. Wiele z jego ofiar zmarło.
Makabryczne „zabawy”
Strażnicy, często pijani, bili więźniów wężami gumowymi wypełnionymi piaskiem lub pałkami z drewna. Zdarzało się, że bitym kazano spuścić spodnie i zadawano im razy w narządy płciowe. Urządzali sobie również różne makabryczne „zabawy”, np. wkładali więźniowi do spodni mysz lub żabę i zawiązywali nogawki. Przez cały dzień musiał wykonywać pracę ze zwierzętami w ubraniu. Jeżeli wieczorem zwierzę było martwe, więźnia bito. Wlewano również wodę do butów. Mokre obuwie obcierało stopy, powstawały trudno gojące się rany.
Pewnego czwartku, w lipcu 1945 r., strażnikom po raz kolejny wydano wódkę (czwartek był zwyczajowo dniem wydawania alkoholu). Więźniowie pracowali na kartoflisku. W upalny dzień mocny alkohol szybko uderzył do głów. Pijani strażnicy postanowili się „zabawić”. Kazali wystąpić co trzeciemu więźniowi i łapać żaby oraz myszy polne. Następnie zmuszono ich do połykania żywych zwierząt. Tym, którzy nie byli w stanie przełknąć, wciskano je do gardła za pomocą bagnetu, jednocześnie zaciskając nos tak długo, aż połknęli zwierzę.
Pijani strażnicy postanowili się „zabawić”. Kazali wystąpić co trzeciemu więźniowi i łapać żaby oraz myszy polne. Następnie zmuszono ich do połykania żywych zwierząt. Tym, którzy nie byli w stanie przełknąć, wciskano je do gardła za pomocą bagnetu, jednocześnie zaciskając nos tak długo, aż połknęli zwierzę.
Towarzyszyły temu bicie i krzyki. Więźniowie krztusili się i wymiotowali. Aż 24 z nich nie przeżyło tej „zabawy”, a 14 trafiło do szpitala. Nigdy później już ich nie widziano. Nie był to jednak bynajmniej koniec znęcania się tego dnia. Więźniów bito po głowach grabiami, motykami i łopatami. Kiedy wracali, strażnicy kazali im zebrać po dwa snopy zboża i nieść je na wyprostowanych rękach. Ci, którzy nie byli w stanie temu podołać, znów byli bici. Po dotarciu na miejsce „odświeżono” ich strumieniami wody z hydrantu.
Kolejną formą znęcania się było organizowanie „wyścigów”. Więzień siadał drugiemu, znajdującemu się w pozycji „na czworakach”, na plecach. Strażnicy popędzali takie pary pejczami. „Wyścigi” trwały, dopóki więźniowie nie padli z wycieńczenia. Jedną z kar było osadzenie w karcerze bez pożywienia. Innym razem wygłodzonym więźniom kazano w ekspresowym tempie zjeść 50 litrów zupy. Zdarzały się przypadki, że w razie ucieczki więźnia z miejsca pracy wartownicy zatrzymywali po drodze przypadkowo napotkane osoby, żeby zgadzała się liczba osadzonych.
Śmiertelne żniwo
Posiłki przygotowywali więźniowie. Kuchnia znajdowała się w obecnym budynku administracyjnym szpitala. Osobno przyrządzano posiłki dla strażników i nadzoru, osobno dla więźniów. Tym ostatnim wydawano je na zewnątrz budynku.
Dzienna racja żywnościowa składała się z jednego bochenka chleba na czterech więźniów, chochli wodnistej zupy oraz pół litra ciepłego płynu rano i wieczorem. Chleb był ciemny, kwaśny w smaku, niedopieczony. Zupa w 90 proc. składała się z posolonej wody oraz niewielkiej ilości twardej, niedogotowanej kukurydzy i pływających gdzieniegdzie flaków. Zdarzało się, że w dni wytężonej pracy wydawano dodatkową zupę również po południu. Trochę lepiej karmiono młodocianych. Pomimo to były to tak niskokaloryczne posiłki, że większość więźniów była permanentnie niedożywiona. W miarę możliwości pomagali im po kryjomu mieszkańcy Toszka.
Zdarzały się przypadki, że w razie ucieczki więźnia z miejsca pracy wartownicy zatrzymywali po drodze przypadkowo napotkane osoby, żeby zgadzała się liczba osadzonych.
Wycieńczone pracą i głodem organizmy były podatne na różne choroby. Niedożywienie było również podawane w relacjach i zeznaniach jako jedna z głównych przyczyn zgonów. Jeden z więźniów, który w chwili aresztowania ważył ok. 80 kg, w ciągu czterech miesięcy pobytu w Toszku stracił na wadze ponad 30 kg. Wielomiesięczne, fatalne i niedostateczne wyżywienie prowadziło do wycieńczenia organizmu.
Szerzyły się choroby zakaźne, potęgowane niską higieną i słabą opieką sanitarną: czerwonka, róża twarzy, angina, częste były przypadki ostrej biegunki. Do tego dodać należy liczne rany spowodowane ciężką pracą, wykonywaną często rękami, bez narzędzi, jak też rany powstałe wskutek bicia przez strażników. Brutalne metody stosowane przez NKWD i fatalne warunki bytowe były przyczyną tego, że w ciągu niecałych 7 miesięcy funkcjonowania więzienia zmarło w nim około trzy tysiące osadzonych.
