W samym tylko 1981 r. Służbie Bezpieczeństwa udało się zidentyfikować 86 ataki na pomniki żołnierzy sowieckich, a komunistyczne sądy wydały w tych sprawach 26 wyroków.
Do wielu incydentów związanych z atakami na pomniki „przyjaźni” dochodziło w momencie szczególnego zaognienia sytuacji politycznej.
Każdy przypadek malowania antykomunistycznych napisów na murach i budynkach, kolportowania antysowieckich ulotek, czy uszkadzania grobów i pomników „polsko-radzieckiego braterstwa” był w tym czasie szczegółowo relacjonowany przez komunistyczne media, które oczywiście oskarżały członków i sympatyków „Solidarności” o profanacje „miejsc pamięci” oraz podgrzewanie i tak gorących nastrojów.
Ataki na sowieckie pomniki były ponadto tematem uchwał i rezolucji Podstawowych Organizacji Partyjnych PZPR oraz innych organizacji, jak Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, które publicznie potępiały wandalizm, niszczenie pomników i bezczeszczenie sowieckich grobów.
Przeciwnicy i partyjni intryganci
Niszczenie pomników żołnierzy armii sowieckiej lub innych miejsc kultu „braterstwa polsko-radzieckiego” wynikało w dużej mierze z protestu przeciwko komunistycznym władzom oraz manifestacji sprzeciwu wobec polityki Moskwy, która brutalnie ingerowała w wewnętrzną sytuację w PRL i domagała szybkiego zdławienia „Solidarności”. Pomniki te budowały zresztą fałszywą narrację o współpracy polsko-sowieckiej i zakłamywały historię, często czcząc ludzi odpowiedzialnych za śmierć wielu Polaków.
Niszczenie pomników żołnierzy armii sowieckiej lub innych miejsc kultu „braterstwa polsko-radzieckiego” wynikało w dużej mierze z protestu przeciwko komunistycznym władzom oraz manifestacji sprzeciwu wobec polityki Moskwy.
Malowanie napisów, dewastowanie i oblewanie pomników farbą było często dziełem młodych ludzi, którzy poprzez takie spektakularne działania wyrażali swój stanowczy sprzeciw wobec sowieckiej dominacji nad Polską.
Z drugiej strony niektóre z incydentów nie miały nic wspólnego z manifestacją wrogości wobec komunizmu, gdyż ich sprawcami byli członkowie PZPR o twardogłowych poglądach. Jak wynika ze wspomnień Janusza Ratzko, dziennikarza związanego z tygodnikiem „Rzeczywistość”, gazetą będącą wówczas głównym organem partyjnych sił dogmatycznych, zgłosił się do niego jeden z partyjnych twardogłowych i przyznał, że razem z innymi „towarzyszami” zniszczyli kilka pomników „przyjaźni”, co miało na celu zirytowanie Moskwy i skłonienie jej do bardziej agresywnych działań.
Jego relacja świadczy jednoznacznie o tym, że niektórzy członkowie PZPR sięgnęli po mechanizm prowokacji w celu wywarcia nacisku na kremlowskie władze, które oczywiście wykorzystywały takie incydenty do systematycznego oskarżania „Solidarności”. Niektórzy historycy sugerowali również, że antysowieckie napisy na pomnikach „przyjaźni” mogły być prowokacją ze strony Służby Bezpieczeństwa, która w ten sposób dostarczała argumentów przeciwnikom „Solidarności”.
Co więcej, do wielu incydentów związanych z atakami na pomniki „przyjaźni” dochodziło w momencie szczególnego zaognienia sytuacji politycznej. Dobrym przykładem na wykorzystanie takich ekscesów w rozgrywce wewnętrznej są ataki na pomniki i groby żołnierzy armii sowieckiej, do których doszło w Poznaniu, Lublinie, Dalszycach i Giżycku 12 czerwca 1981 r., a więc w czasie XI Plenum Komitetu Centralnego PZPR. Ważyły się wówczas losy I sekretarza KC PZPR Stanisława Kani, któremu posłuszeństwo wymówiło część członków KC domagających się radykalnych działań wobec „Solidarności”.
Obca prowokacja?
Nie można wykluczyć również hipotezy, że ataki na pomniki i groby żołnierzy armii sowieckiej były realizowane przez służby wywiadowcze państw Układu Warszawskiego. Przykładem mogą być organy bezpieczeństwa Czechosłowacji, które prowadziły w PRL wiele tajnych operacji wymierzonych w „Solidarność”, choć nie ustrzegły się też wpadek. Do niecodziennego zdarzenia doszło w lipcu 1981 r. w miejscowości Lubań. Około godz. 5 rano patrol MO złapał na gorącym uczynku osobę nielegalnie kolportującą antykorowskie i antysolidarnościowe ulotki oraz broszury. Sprawcą okazał się Antonin Beneš – obywatel Czechosłowacji, który po zatrzymaniu wyjawił milicjantom, że wykonywał zadania zlecone mu przez StB, czyli czechosłowacką „bezpiekę”. Po złożeniu wyjaśnień został zwolniony i bezzwłocznie opuścił PRL.
„Melduję, że duża część rozkolportowanych ulotek jest w posiadaniu społeczeństwa jeleniogórskiego. W przypadku dotarcia ich do ogniw »Solidarności« oraz wiadomości, że kolportowane były przez obywatela CSRS można się spodziewać zarzutu, że zbezczeszczenie miejsc pamięci Żołnierzy Armii Radzieckiej jakie miały miejsca w kraju, mogły być dokonane przez cudzoziemców”
– meldował jeleniogórski komendant wojewódzki MO płk Waldemar Maciejczuk.
Jeśli funkcjonariuszom SB udało się złapać jednego Czechosłowaka, to nie można wykluczyć, że takich akcji było więcej i być może służyły one również dewastacji pomników „polsko-radzieckiego braterstwa”. Warto zwrócić w tym kontekście uwagę, że Wojskowa Służba Wewnętrzna, czyli wojskowa „bezpieka” wyłapywała wiele wypowiedzi (np. pracowników MON) sugerujących inspiracje „sił zachowawczych” wewnątrz PZPR w ekscesach antysowieckich
„celem stworzenia wrażenia o istnieniu zagrożenia kraju przez anarchię i kontrrewolucję, co w konsekwencji ma usprawiedliwić wezwanie pomocy z zewnątrz”.
Jeden z oficerów LWP stwierdził nawet, że
„profanacje pomników i grobów […] to prowokacja wywiadu radzieckiego”.
Bez dostępu do źródeł rosyjskich potwierdzenie wspomnianej tezy jest obecnie niemożliwe, jednak można domniemywać, że niektóre ataki na groby i pomniki „braterstwa” wynikały z komunistycznej prowokacji mającej na celu podgrzanie atmosfery i doprowadzenia do likwidacji „Solidarności”.
