Do 1944 r. węgierscy Żydzi, pomimo antysemickich praw i narastających represji, nie zostali objęci masowymi deportacjami do obozów zagłady i w zasadzie, z pewnymi niechlubnymi dla Węgrów wyjątkami, przeżyli aż do okupacji kraju przez III Rzeszę w 1944 r. Wtedy to podzielili straszny los swych współbraci z innych krajów.
Od początku wojny znacznie gorsza była natomiast sytuacja Żydów niebędących obywatelami Węgier. Tym ludziom, a więc także polskim uchodźcom, od razu groziła deportacja na tereny okupowane przez Niemców. Konieczne były więc różne formy ochrony, na przykład poprzez wystawianie przez księży fałszywych dokumentów potwierdzające wyznawanie wiary chrześcijańskiej.
Węgiersko-polska współpraca
W akcję ratunkową włączyli się zarówno Węgrzy, jak i Polacy. Józef Antall, wysoki urzędnik w węgierskim MSW, odpowiedzialny za organizowanie pomocy cywilnym uchodźcom, za aprobatą swoich przełożonych już pod koniec września 1939 r. poufnie polecił niektórym podległym sobie urzędnikom, aby nie notowali faktycznej narodowości i wyznania uciekinierów, a wszystkich określali jedynie jako polskich obywateli. Jeżeli była taka konieczność – wpisywano fałszywe imiona i nazwiska.
Po kilku tygodniach, zaraz po powstaniu Komitetu Obywatelskiego dla Spraw Opieki nad Polskimi Uchodźcami na Węgrzech – wówczas nad Dunajem głównej polskiej instytucji opiekuńczej – w te tajne działania włączył się także prezes komitetu Henryk Sławik.
„Niewinne oszustwo na miarę życia”
Od początku nieoceniona okazała się pomoc polskich duchownych, których jesienią 1939 r. na Węgrzech znalazło się kilkudziesięciu. Za zgodą gospodarzy powołali oni Katolickie Duszpasterstwo Polskie nad Uchodźcami w Królestwie Węgier, na którego czele najdłużej stali o. Piotr Wilk-Witosławski i ks. Jan Stączek. Na podstawie międzynarodowych konwencji dotyczących internowania księża mieli prawo do swobodnego poruszania się po kraju, co wykorzystywali również podczas ratowania polskich Żydów.
Od początku wojny zła była sytuacja Żydów niebędących obywatelami Węgier. Tym ludziom, a więc także polskim uchodźcom, od razu groziła deportacja na tereny okupowane przez Niemców.
Od 1940 r. akcja wystawiania fałszywych metryk chrztu i innych dokumentów tożsamości, organizowana i koordynowana wspólnie przez duszpasterstwo, Komitet Obywatelski i grupę najbardziej zaufanych współpracowników Sławika i Antalla, przybrała już znaczne rozmiary. Tworząc fałszywe dokumenty zwykle wybierano polskie imiona i nazwiska z listy tych najbardziej popularnych. Na ich podstawie żydowscy uchodźcy wpisywani byli do polskich i węgierskich ewidencji jako katolicy.
„Spytałem raz […] franciszkanina Wilka-Witosławskiego, czy to śmiertelny grzech, że nadajemy Żydom polskie nazwiska i wydajemy im polskie dokumenty. Ojciec […] bardzo poważnie, z przekonaniem odpowiedział, że jest to – w danych okolicznościach – zadanie bezwarunkowo miłe Bogu, gdyż Bóg nie chciał stworzyć imion ani obrządków, lecz człowieka, żeby na ziemi było życie. Więc jeśli tymi dokumentami możemy uratować komuś życie, niewinne oszustwo (pia fraus) jest czynem zawsze dozwolonym”
– wspominał po latach József Antall.
Ilu uratowanych?
Precyzyjne określenie liczby osób uratowanych na Węgrzech przez Sławika i Antalla oraz polskich duchownych jest bardzo trudne, o ile nie wręcz niemożliwe. Barbara Czerwińska, referentka w biurze Węgra, stwierdziła m.in.:
„Wiele z tych spraw nigdy nie trafiło do dokumentacji instytucji przez nich kierowanych. Nie o wszystkim też, będąc pracownikami Sekcji Polskiej u Antalla, wiedzieliśmy. Ze zrozumiałych powodów to oni, Sławik i Antall, byli właścicielami największych tajemnic, których już nigdy nie uda się wyjaśnić. Bezwzględne jednak przestrzeganie przez nich i przez nas zasad konspiracji dopomogło w uratowaniu tysięcy polskich uchodźców żydowskiego pochodzenia”.
Na podstawie informacji zgromadzonych w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie wynika, że podczas wspólnej akcji polskich duchownych, Józsefa Antalla i Henryka Sławika, na Węgrzech udało się uratować co najmniej 5 tys. polskich Żydów.
