O ile nie dziwi, że notorycznie sondaże robione były na zlecenie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, głównie przez Ośrodek Badań Opinii Publicznej (teraz Kantar Public TNS) oraz Centrum Badań Opinii Społecznej, to wiedza o sondażach wyborczych zlecanych bądź realizowanych dla komitetów obywatelskich Solidarności” dotąd nadal jest nikła. A było ich sporo. Ale po kolei.
Sondaż z maja 1989 r.
W dniach 15-17 maja 1989 r. badania opinii społecznej przeprowadzili w Polsce Georges Mink i Paweł Kuczyński. Zrealizowany on został przy pomocy CBOS, gdyż jak – pisali w swoim raporcie jego autorzy – w tamtym okresie
„jedyną dostępną siecią ankieterów dysponowała firma »Promotor«, która mimo swojej odrębności formalnej de facto była częścią CBOS”.
Próba przeprowadzona została na 1495 osobach powyżej 18. roku życia. Frekwencja wyborcza została określona na 84% i, jak w wielu niezależnych sondażach wyborczych, była ona o kilka lub kilkanaście procent wyższa od rzeczywistej (62,8%).
Próba przeprowadzona została na 1495 osobach powyżej 18. roku życia. Frekwencja wyborcza została określona na 84% i, jak w wielu niezależnych sondażach wyborczych, była ona o kilka lub kilkanaście procent wyższa od rzeczywistej (62,8%).
Natomiast złudzeń dla władzy nie pozostawiały deklaracje wyborcze dotyczące głosowania na osoby utożsamianie z tzw. drużyną Wałęsy lub identyfikowanych jako „solidarnościowe”. W tym badaniu w wyborach do senatu 90% miejsc miało przypaść „Solidarności”, co należało uznać za niezwykle trafne przewidywania. Jeśli chodzi o sejm ilość głosów rozkładała się różnie w zależności od województw. Praktycznie jednak w każdym przypadku ponad 50% respondentów zdecydowanych było głosować tylko na kandydatów „Solidarności”. W województwie stołecznym ten odsetek sięgał aż 68%. Co ciekawe, autorzy tego sondażu w ogóle nie brali pod uwagę innych kandydatów opozycji.
Ciekawym zabiegiem było pytanie o przyszłego prezydenta Polski. W sondażu Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski zdobyli odpowiednio 18,7% i 18,5% głosów. Trzecie miejsce zajął Mieczysław Wilczek (15,3%), zaś czwarty był Mieczysław F. Rakowski z 10, 8% poparcia.
Badania dla Komitetu Obywatelskiego „S” z Wrocławia
Badania opinii społecznej prowadzono także w terenie. Przykładowo dla Komitetu Obywatelskiego „S” we Wrocławiu robił je Bogdan Zdrojewski. Jarosław Obremski wspominał:
„do Komitetu przyszedł Bogdan Zdrojewski, który powiedział, że jest socjologiem i może zrobić badania, bo sekretarzem Komitetu Obywatelskiego był Rafał Dudkiewicz i on właściwie był tą osobą, która w całości organizacyjnie to wszystko spajała. I tak jak to Rafał – chcesz robić badania, to rób badania!”.
Przeprowadzone przez Zdrojewskiego i grupę wspomagających go osób sondaże okazały się bardzo pomocne w prowadzeniu dalszej kampanii wyborczej. Na posiedzeniu wrocławskiego Komitetu Obywatelskiego 28 kwietnia 1989 r. Zdrojewski omówił koncepcje pracy grupy socjologów w ramach Biura Badania Opinii Publicznej i stwierdził, że doświadczenia z kampanii wyborczej z Zachodu są nieprzystawalne do polskich realiów. Udzielona zgoda na badania dla Zdrojewskiego zaowocowała kilkoma sondażami. I tak w dniach 5-10 maja przebadano 630 osób. Z czego 149 z nich objął sondaż uliczny oparty na kwestionariuszu, 220 wywiad ankietowy, 109 osób wyraziło opinię telefonicznie podczas sondażu dotyczącego oglądalności programu wyborczego „Solidarności”, 69 wypowiedziało się podczas niesformalizowanego sondażu w różnych punktach miasta, 91 odmówiło udziału, reagując negatywnie na sam wywiad, jak i również na osoby badające reprezentujące stron opozycyjno-solidarnościową.
Ciekawie brzmiały informacje o składzie społecznym poddanej badaniu:
„objęto nim m.in. robotników kilku zakładów pracy /Elwro, FAT/, lekarzy przychodni i szpitala, pielęgniarki szpitalne i przychodni, telefonistki i pracowników poczty, osoby przebywające na urlopach wychowawczych, kolejarzy zatrudnionych w ruchu oraz DOKP, emerytów i rencistów i sprzedawców i klientów kilku sklepów, osoby w różnych grupach wiekowych różnych dzielnic i uczestników dwóch zgromadzeń wyborczych.
Z zaplanowanych badań nie uwzględniono jeszcze grupy rzemieślników, nauczycieli, średniej administracji państwowej oraz pracowników firm polonijnych oraz spółek.
Osoby reagujące negatywnie na propozycję udzielenia wywiadu ankieterom Solidarności zostały podzielone na dwie grupy (identyczne) z której pierwsza została włączona w grono osób głosujących na stronę rządową, druga natomiast powiększyła grono tych, którzy nie będą głosować lub też jeszcze tego nie wiedzą (wiedzą natomiast, iż nie będą popierać „Solidarności”). Grupa powyższa stanowi blisko 14 % badanych”.
Reasumując te rozważania, udział w wyborach zadeklarowało 68% osób, niezdecydowanych było 24% osób, zaś w wyborach miało nie wziąć udziału 7% ankietowanych. Na „Solidarność” zadeklarowało swój głos: 44% wyborców, na jej przeciwników 22%, niezdecydowanych było 23%, zaś różnie miało głosować 11%. Kolejne badania zrobiono po następnych dniach intensywnej kampanii. W dodatku był to prawdopodobnie jeden z ostatnich sondaży robionych przed wyborami ze strony niezależnej.
Udział w wyborach zadeklarowało 68% osób. Na „Solidarność” zadeklarowało swój głos: 44% wyborców, na jej przeciwników 22%, niezdecydowanych było 23%, zaś różnie miało głosować 11%.
I tak poparcie dla „Solidarności” miało utrzymywać się na poziomie ok. 40%, poparcie kandydatów strony koalicyjno-rządowej było stabilne w granicach 12-20% i wynosiło 13% (senat) i 15-27% (sejm).
Jak stwierdzano „ok. 10% społeczeństwa deklarującego chęć wzięcia udziału w wyborach i określonego głosowania popełnia błędy przekreślające ważność ewentualnie oddanych głosów (pozostawienie zbyt dużej ilości kandydatów na 1 karcie wyborczej”, zaś
„ok. 15% pragnie podzielić glosy pomiędzy różnych kandydatów w zależności od mandatów, wykazując przy tym brak stosowania jednoznacznego kryterium”.
Dodawano, że
„pozostałe osoby zgłaszające chęć uczestnictwa w wyborach nie deklarują określonego poparcia lub czynią to w sposób enigmatyczny. Osoby, które nie deklarują udziału w wyborach są:
a. niezdecydowane ok. 15%
b. bojkotujące wybory świadomie – 2,5%
c. zapowiadające brak zainteresowania wyborami 10-23%”.
Wnioski z badania
Wnioski wysunięte na podstawie tych badań były bardzo konstruktywne. Uważano, że
„w praktyce: 20% nie zna nawet nazwisk kandydatów lub też uważa, że technika głosowania jest zbyt skomplikowane, 10% osób przekonanych o znajomości techniki głosowania popełnia błąd już w fazie deklarowania określonego poparcia w zapowiadanym głosowaniu, procedura głosowania wydaje się skomplikowana dla 40% potencjalnym wyborców, świadomy bojkot (z powodu »ograniczonej demokracji«, tzn. obsadzenie każdego mandatu jednym kandydatem Solidarności) zapowiada 2-3% (głównie młodzież), grupę popierającą stronę koalicyjno-rządową sztucznie powiększają:
a. zdezorientowani, interpretujący kandydatów PZPR jako reprezentantów opozycji (5-10).
b. deklarujący neutralność polityczną, zapowiadający głosowanie na kandydatów „mądrych”, „pracowitych”, „specjalistów”, „porządnych obywateli” – do 17% (powyższe osoby mogą przyczynić się do powiększenia 18% poparcia koalicji do: 18 + 10 + 17 = 45% w najbardziej niesprzyjających dla „Solidarności” sytuacjach, przy założeniu ważności wszystkich oddanych głosów – wydaje się, iż takie założenie jest jednak nieprawdopodobne)”.
Według przeprowadzających wrocławskie sondaże stwierdzano, że najniższa frekwencja dotyczyła młodzieży, choć widziano szansę na jej aktywizację, i osób starszych, szczególnie poza obszarem miast – i ta tendencja mogła się jeszcze pogłębić. Trzecią grupą o najniższym wskaźniku frekwencji były kobiety do 25 roku życia, zwłaszcza przebywające na urlopach wychowawczych. Wpływ na zmianę mogło mieć tylko najbliższe otoczenie. Zdrojewski w swoim podsumowaniu napisał:
„1. należy się spodziewać korekty wyników do 10% na niekorzyść „Solidarności” w wyniku wpływu okręgów zamkniętych; 2. ilość głosów nieważnych będzie miała znaczenie jedynie w przypadku nierównego ich rozłożenia pomiędzy strony; 3. niezdecydowani co do sposobu głosowania w przeważającej części stanowią grupę potencjalnych sprzymierzeńców „Solidarności", jednak ich słaba orientacja w procedurze wyborczej i nazwiskach kandydatów może przyczynić się do obniżenia uzyskanych wyników; 4. obniżenie frekwencji wyborczej (brak informacji o lokalizacji komisji wyborczej, złe warunki dojazdu, pogorszenie się warunków atmosferycznych) może dotyczyć tylko strony Solidarnościowej (dyscyplina partyjna nadal działa); 5. na obszarze poza miastem skład komisji może mieć wpływ samopoczucie wyborców (dyrektorzy zakładów pracy, osoby funkcyjne itp.), mogą więc pojawić się postawy konformistyczne wobec systemu; 6. lista krajowa będzie stanowiła główne źródło skupienia uwagi: zapowiedź skreślania poszczególnych osób zadeklarowało prawie 80% wyborców (w tym nieco ponad 50% wskazuje, że żadna osoba z listy krajowej nie powinna w ogóle kandydować; dotyczy to przede wszystkim Miodowicza, Kiszczaka, Kani i Urbana, to ostatnie nazwisko pojawia się bardzo często podobnie jak Jaruzelskiego, który w ogóle nie kandyduje); 7. żadna z osób na mandatach koalicyjnych nie powinna uzyskać wymaganej większości głosów.
Autentyczne poparcie "Solidarności" deklaruje co trzeci respondent (35%) Co drugi czyni to z pewną dozą ostrożności, zachowując dystans i deklarując brak zainteresowania sprawami polityki, około 15% w rozmaity sposób wskazuje na czynne popieranie strony koalicyjno-rządowej/odmowa udzielenia wywiadu stronie Solidarnościowej, otwarta deklaracja poparcia itp.) Spośród tych, którzy deklarują poparcie dla „Solidarności” zachowując wobec niej określony dystans istnieje spora grupa osób, która takim samym poparciem jest w stanie obdarzać stronę przeciwną, jeśli sytuacja tego wymaga oraz dla własnej wygody. Wydaje się, iż zmiana tej sytuacji nie będzie łatwa”.
Wyniki sondaży robionych przez Bogdana Zdrojewskiego nie tylko wskazywały ogólną tendencję jednoznacznie wskazującą na rosnące, choć w okresie przed samymi wyborami już ustabilizowane poparcie dla KO „S”, ale także realistycznie oceniało przeciwników politycznych. Co ważne, wrocławskie sondaże w miarę dokładnie wskazały frekwencję wyborczą (68%, w rzeczywistości 62,8%). Obremski po latach komentował:
„I faktem jest, że Bogdan chałupniczo, przyniósł nam prawdziwsze wyniki, niż to co było wtedy jakoś tam badane – CBOS już wtedy istniał, więc tu mam duży szacunek do Bogdana, aczkolwiek my wtedy mu nie wierzyliśmy. Znaczy, jak on mówił, ze 2/3 głosów będzie na pewno na nas, że mu się to potwierdza we wszystkim, to my uważaliśmy, że jest zbyt dużym optymistą”.
Zaskakujący sondaż z Mokotowa
Podobny sondaż, pokazujący mechanizm głosownia w tych wyborach na kandydatów strony opozycyjnej, przeprowadzono w okręgu wyborczym Warszawa-Mokotów. Jego celem było sprawdzenie szans kandydatury Andrzeja Miłkowskiego. Z punktu widzenia marketingu wyborczego w momencie startu Miłkowski skazany był na całkowitą porażkę. Był kandydatem przywiezionym w przysłowiowej „teczce”, pochodził ze Śródmieścia, pracował w Hucie Warszawa na Żoliborzu, zaś kandydowanie na Mokotowie zaskoczyło również jego samego.
Sondaże wyborcze w obu wypadkach już od przełomu kwietnia i maja coraz jednoznaczniej wskazywały na końcowy wynik.
Jego kontrkandydatami byli: Zdzisława Guca, rozpoznawalna spikerka telewizyjna z „Panoramy dnia”, Bogusław Kaczyński, wielki znawca muzyki klasycznej, osobowość telewizyjna, Janusz Zabłocki, poseł, polityk związany z reaktywowanym Stronnictwem Pracy oraz kilku innych, mniej znanych kandydatów. Sondaż przeprowadzono 19-20 maja 1989 r. na 500 osobach i uzyskano następujące dane. Na dwa tygodnie przed wyborami na udział w nich zdecydowanych było 63% respondentów. Dalsze 15% szacowało, że raczej weźmie udział w wyborach. Razem dawało to 78% ewentualnych wyborców. Ostatecznie do urn poszło 62,8% wyborców. Co znaczy, że na niemal 2 tygodnie przed wyborami w zasadzie wszystko było rozstrzygnięte, zaś wyborców niezdecydowanych nie udało się przyciągnąć do urn.
Jacek Moskalewicz pisał:
„okazało się, że udział w czerwcowych wyborach zapowiedziała zdecydowana większość osób, które wzięły udział we wcześniejszych wyborach do rad narodowych i zaledwie połowa z tych, którzy wówczas nie głosowali. O wynikach czerwcowych wyborów przesądzili więc ludzie, którzy poprzednio wybrali do rad narodowych kandydatów PRON-u, a więc gotowi byli do udziału w wyborach niezależnie od stopnia ich demokratyczności”.
Znacznie bardziej intrygujący był fakt, że na dwa tygodnie przed I turą wyborów Miłkowski był już zdecydowanym faworytem. Chciało na niego głosować 49, 6% respondentów, a gdyby dodać do tego 12% zdecydowanych do głosowania na kogokolwiek z „Solidarności” dawało to ponad zwycięstwo z poparciem ponad 60%. Pozostali kandydaci uzyskiwali wyniki poniżej 20%.
4 czerwca Miłkowski uzyskał 71%, zaś Guca 18,8%. Jak się okazało, w tym wypadku końcowa faza kampanii nie miała, zresztą jak w przypadku wrocławskich sondaży, wielkiego wpływu na wyniki wyborów. Miłkowski zarobił 10% dodatkowego poparcia, zaś Guca 5%. Najważniejsza natomiast była przynależność czy poparcie KO „S” dla Miłkowskiego, zaś jego cechy osobiste czy program miały drugorzędne znaczenie.
Symulacja sondażowa pokazywała jeszcze inny ciekawy trend. Mianowicie, gdyby brać pod uwagę głosy osób, które deklarowały nie uczestniczenie w wyborach lub brak zdecydowania w dniu badań, to z biegiem czasu przewaga Miłkowskiego by malała, a przy stuprocentowej frekwencji jego sukces w pierwszej turze byłby problematyczny.
* * *
Reasumując podane wyżej przykłady, trzeba ostrożnie stwierdzić, że lansowane opinie dotyczące zaskoczenia i szoku po obu stronach wyborczej barykady były chyba raczej bardziej teatrem i odgrywaniem z góry założonych ról niż realną oceną wyborczego „zwycięstwa”. Sondaże wyborcze w obu wypadkach już od przełomu kwietnia i maja coraz jednoznaczniej wskazywały na końcowy wynik. Co więcej, w połowie maja 1989 r. w praktyce walka była rozstrzygnięta. Niewiadomą pozostawał rozmiar zwycięstwa kandydatów opozycyjnych do senatu oraz los listy krajowej. Los tej ostatniej był kluczem do przyszłości kraju...
