Pułkownik Józef Różański jest symbolem zbrodni, jakich komuniści dopuścili się w stalinowskim okresie Polski Ludowej. Postać tego człowieka była na tyle przerażająca, że po latach wstydził się go nawet jego bratanek – prof. Jerzy Wojciech Borejsza. Ten wybitny naukowiec podkreślał często:
„Odmawiałem jakichkolwiek spotkań z Różańskim. Od roku 1954 do jego śmierci w roku 1981 rozmawiałem z nim tylko raz godzinę w 1964 roku. W roku 1981 przeszliśmy obok siebie na ulicy Jarosława Dąbrowskiego [w Warszawie – P. S.], nie zatrzymując się. Było to krótko przed jego śmiercią”.
Na ocenę Borejszy ogromny wpływ miała zawodowa działalność stryja, który od września 1944 r. pracował w Resorcie, a następnie w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Jako przedwojenny inteligent i adwokat, znający biegle kilka języków, mógł w Polsce Ludowej parać się wieloma zajęciami. Niestety wybrał zawód bandyty, który w latach 1944-1956 kierował najważniejszymi śledztwami komunistycznej bezpieki. Co jednak ciekawe, zanim trafił do tej zbrodniczej machiny, przeszedł długą i trudną drogę…
Przedwojenny komunista
Różański, a w zasadzie Józef Goldberg ps. „Jacek”, zainteresował się komunistycznymi ideami już w okresie gimnazjalnym. W kolejnych latach, gdy dorastał, tylko utwierdzał się w przekonaniu, że ten wywrotowy, a zarazem utopijny, ustrój powinien zapanować w Polsce. W II RP nie było to jednak możliwe, gdyż komuniści mieli marginalne poparcie. Co więcej – Komunistyczna Partia Polski, do której Goldberg wtenczas należał, była nielegalna i zwalczana, zresztą jak najbardziej słusznie, przez polskie władze. Pomimo różnych metod, stosowanych przez polską Defę – czyli policję polityczną, która m.in. zwalczała komunistów, Goldberg nigdy nie wpadł za nielegalną działalność. Tym samym mógł spokojnie skończyć studia, rozpocząć doktorat, który jednak przerwał po pierwszym roku, oraz ukończyć aplikację adwokacką, dzięki której praktykował do wybuchu II wojny światowej.
Wybuch II wojny światowej zastał małżeństwo Goldbergów w Warszawie. Gdy Niemcy dość szybko przemieszczali się w głąb II RP Izabella i Józef postanowili wyjechać na wschód.
Co istotne, był zbyt nisko stojącym w hierarchii komunistą, aby dotknęły go czystki stalinowskie, jakie wydarzyły się w drugiej połowie lat 30. XX w. Inaczej potoczyły się jednak losy jego żony – Izabelli, a w zasadzie Bajli Hendli Frenkiel, zwanej Belą, która (podobnie jak Józef) studiowała na Wydziale Prawnym Uniwersytetu Warszawskiego. Ona ostatecznie studiów nie ukończyła, ale bardzo intensywnie działa w różnych komunistycznych strukturach. Bela, w przeciwieństwie do Goldberga, została nawet skazana przez polski sąd za swoją wywrotową i antypaństwową działalność. Niemniej jej lojalność wobec moskiewskiego kierownictwa została wystawiona na próbę, kiedy to jej ówczesny partner – Bronisław Berman – został w roku 1936 zatrzymany przez sowiecką bezpiekę, a rok później stracony w ramach tzw. wielkiej czystki. Smutek po utracie męża nie trwał jednak zbyt długo, gdyż w 1937 r. Bella związała się z Goldbergiem, którego znała jako adwokata, który bronił m.in. komunistów.
„2 kg ryżu i trochę mąki”
Wybuch II wojny światowej zastał małżeństwo Goldbergów w Warszawie. Gdy Niemcy dość szybko przemieszczali się w głąb II RP Izabella i Józef postanowili wyjechać na wschód. Trafili do Kostopola, do którego w połowie września 1939 r. wkroczyła Armia Czerwona. Oboje byli z tego powodu niezwykle uradowani i rzucili się w wir organizacyjnej działalności. Ona działała w placówce kulturalno-oświatowej, a w 1940 r. urodziła córkę – Stefanię, a on rozpoczął współpracę z NKWD. Zresztą z tą instytucją związany był aż do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r.
Goldbergowie korzystali początkowo ze zgromadzonych przez siebie zapasów. Kiedy one się skończyły, podjęli pracę w kołchozie oraz wstąpili do Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom.
Po rozpoczęciu tego ostatniego konfliktu Goldbergowie trafili do Samarkandy, gdzie ulokowało się bardzo wielu polskich komunistów. Niestety dla nich, warunki w tym uzbeckim mieście były fatalne. Głównym problemem był wszechobecny głód.
Goldbergowie korzystali początkowo ze zgromadzonych przez siebie zapasów. Kiedy one się skończyły, podjęli pracę w kołchozie oraz wstąpili do Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Nie poprawiło to jednak ich egzystencji. Pieniędzy było niewiele, a obiecywane moprowskie paczki do nich nie trafiały. Sytuacja stała się dramatyczna, kiedy maleńka Stefania poważnie zachorowała. Nie podziałały wówczas uzbeckie zabobony, a o wykwalifikowanym lekarzu można było tylko pomarzyć.
Ostatecznie dziecko udało się uratować dzięki pomocy poetki Elżbiety Semplińskiej-Sobolewskiej. Aby sytuacja się nie powtórzyła, potrzebne było jednak lepsze wyżywienie. Józef podjął się katorżniczej pracy w kopalni górskiej w okolicach miasta Angren, niedaleko granicy z obecnym Tadżykistanem. Bela natomiast wykorzystała swoje przedwojenne znajomości i dwukrotnie przyjęła pomoc od przedstawicieli legalnego rządu polskiego na uchodźstwie. Miało to być łącznie „2 kg ryżu i trochę mąki”.
Pod koniec 1942 r. w ich sprawie została powołana specjalna komisja, w której zasiadły m.in. późniejsze znajome Różańskiego z bezpieki – Julia Brystiger i Helena Markowicz.
W drugiej połowie 1942 r. MOPR zaczął regularnie wydawać paczki żywnościowe. Goldbergowie wreszcie mogli odpowiednio nakarmić córkę i samych siebie. Jednak nie był to koniec ich kłopotów. Wśród polskich komunistów zaczęto rozsiewać plotki, że kontaktują się z ludźmi premiera Władysława Sikorskiego. Oznaczało to zdradę komunistycznych idei – grzech najcięższy z możliwych tamtego systemu.
Pod koniec 1942 r. w ich sprawie została powołana specjalna komisja, w której zasiadły m.in. późniejsze znajome Różańskiego z bezpieki – Julia Brystiger i Helena Markowicz. Komisja ta miała wyjaśnić postępowanie Goldbergów. Z tego powodu małżeństwo stawiło się przed obliczem tego gremium, tłumacząc swoje postępowanie ciężką chorobą dziecka i składając samokrytykę. Zgodnie z przewidywaniami, komisja nie przyjęła ich argumentów, potępiając takie działania oraz odbierając im moprowską pomoc. Wobec tragizmu sytuacji, Goldbergowie odwołali się od decyzji. Nic to nie dało. Sprawa trafiła do Moskwy. Tam postanowiono ich jednak uniewinnić.
Goldberg rozpoczął starania o przyjęcie w szeregi 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Rozumował, zresztą jak najbardziej słusznie, że poprzez służbę w tej jednostce będzie miał szansę oczyszczenia swojego nazwiska ze wszelkich możliwych zarzutów.
Dzięki tej decyzji Goldberg rozpoczął starania o przyjęcie w szeregi 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Rozumował, zresztą jak najbardziej słusznie, że poprzez służbę w tej jednostce będzie miał szansę oczyszczenia swojego nazwiska ze wszelkich możliwych zarzutów. Żeby jednak mógł wyjechać do obozu nad Okę, musiał najpierw zgłosić się do wojenkomatu czyli instytucji, która odpowiadała za przyjmowanie rekrutów. Tam został zarejestrowany, ale przez szereg miesięcy nie otrzymywał powołania.
Martwiło to bardzo jego żonę, która postanowiła wykorzystać swoje przedwojenne znajomości i napisała do swojego znajomego, prawdopodobnie Witolda Kolskiego, mocno usprawiedliwiający ich list:
„Witku! B[ardzo] ciężko zwrócić się do Ciebie w takiej niegodnej mnie sprawie. Dotychczas tego nie robiłam – ale jestem w położeniu bez wyjścia i cierpień dalej w bezczynności politycznej już jest powyżej sił. Sprawą naszą chyba znasz. Przysięgam Ci: nie zdradziłam!!! Zdrada jest mi organicznie obca i wstrętna. W niesłychanie ciężkich mat[erialnie] warunkach, aby dosłownie (mogą to potwierdzić t[utejsi] t[owarzysze] i nawet członkowie komisji, którzy nas sądzili: Markowicz, Joffe i Bristiger) ratować dziecko od śmierci głodowej (w tym czasie było u nas kilka wyp[adków] śmierci) przyjęłam dla dziecka skromną pomoc (marzec-kwiecień 1942 r. wtedy gdy MOPR pomocy jeszcze nie udzielał) od prywatnego znajomego, który związany był z ówczesną placówką polską i potem sam zajmował tam pewne stanowisko (gdy ja już nie korzystałam od niego). Osądzono nas b[ardzo] ostro i słusznie. Ale konsekwencji decyzji Komisji, która = [równa się – P.S.] dla nas politycznemu uśmiercaniu poszły zbyt daleko i stawiając nas w położeniu omal prowokatorów i zdrajców. Nasz postępek był niegodny komunisty, ale nie był zdradą. Zgodni co [do – P.S.] tego członkowie Komisji, tak samo, jak uważają oni, że konsekwencje wyroku poszły zbyt daleko i wyjeżdżając do Moskwy przyrzekli pomoc swą i interwencję u was. Rezultatów jednak dotychczas nie ma. Odmówiono nam nawet prawa pójścia ochotnikami do Dywizji im. Kościuszki. (Dzięki umieszczeniu na liście MOPR kilku nie naszych [komunistów – P.S.] poszło – Joska nie chcieli umieścić na liście i mimo to, że pierwsi złożyliśmy podanie o odprawienie nas do Dywizji – po dziś dzień siedzimy bezczynnie w domu. Nawet b[yli] policjanci mają prawo do dywizji – nam walczyć w dywizji nie pozwolono. Witku! Ciężar gatunkowy naszego postępku nie jest i nie może być tego rodzaju, aby à la long [pol. na dłuższa metę] wyeliminować z życia politycznego. Tu nam się dzieje duża krzywda. W imię powinności towarzyskiej apeluję do Ciebie i gorąco proszę o pomoc. Nie wiem, kto z ludzi, których znam jest w Moskwie, ale wiem, że ty jesteś i dlatego zwracam się do Ciebie. Ty powinieneś nam pomóc. Przejrzyjcie jeszcze raz sprawę. Uchylcie wyrok śmierci wydany na nas przez Komisję. Dajcie nam możliwość w walce zrehabilitować się i dokazać swej wierności komunistycznej. Oto gorąco Ciebie proszę. Wierzę w Witka – towarzysza z dawnych lat”.
List ten prawdopodobnie nigdy do Kolskiego nie dotarł, gdyż jego adresat zginął, zanim go otrzymał. Niemniej w drugiej połowie 1943 r. sytuacja Goldbergów zaczęła się diametralnie zmieniać. Bela otrzymała pracę w samarkandzkim oddziale Związku Patriotów Polskich, a Józef mógł wreszcie wyjechać do wojskowej jednostki. Trafił do 3. Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta, w której wiernie służył komunistom.
