„Paskudna służba niewdzięczna, niebohaterska, medali za to nie dają, ale potrzebna”.
Dzieciństwo
Oboje rodzice byli harcmistrzami. Ich syn Jerzy przyszedł na świat 24 stycznia 1927 r. w Nieszawie, gdzie Stefan Szletyński był kierownikiem szkoły ćwiczeń przy Państwowym Męskim Seminarium Nauczycielskim. Jadwiga z Wocalewskich zajmowała się wychowaniem dzieci – Jurka i dwa lata starszej Zosi.
W lipcu 1930 r. przenieśli się na Śląsk Cieszyński – Stefan został komendantem tworzonego tam Ośrodka Harcerskiego i Szkoły Instruktorskiej na Buczu. W połowie 1932 r. ośrodek przekształcono w Szkołę Instruktorską Harcerstwa Żeńskiego, a Szletyńscy zamieszkali w Łodzi. Stefan objął stanowisko podinspektora szkolnego w tamtejszym Kuratorium Okręgu Szkolnego, a w latach 1933–1937 był jednocześnie komendantem Łódzkiej Chorągwi Harcerzy. Rodzina powiększyła się jeszcze o synów Stanisława (1931) i Andrzeja (1932).
Maria Wocalewska, kierująca domem dziecięcym Rady Głównej Opiekuńczej „Corso” w Skolimowie, sprowadzała sukcesywnie do Warszawy dzieci Stefana i Jadwigi. W październiku 1941 r. do stolicy przypłynął statkiem Jerzy i został umieszczony w internacie przy ul. Czarnieckiego 49.
Jerzy uczęszczał do Prywatnej Męskiej 7-klasowej Szkoły Powszechnej im. ks. Ignacego Skorupki, gdzie ukończył trzy oddziały, a następnie został przeniesiony do szkoły ćwiczeń seminarium nauczycielskiego na ul. Żeromskiego. Do Pierwszej Komunii św. przystąpił w kaplicy szkolnej w Łodzi 6 czerwca 1937 r. Ze względu na problemy zdrowotne z płucami Jerzy uczęszczał również do harcerskiej szkoły internatowej na Buczu. Od najmłodszych lat angażował się w działalność harcerską.
W przeddzień wybuchu wojny powrócił z rodzeństwem do miasta z wypoczynku w podtomaszowskim Wyknie.
Wojna i wysiedlenie
Po mobilizacji Stefan Szletyński pełnił służbę w Oficerskiej Kadrze Okręgowej w Łodzi w stopniu porucznika. 6 września, wraz z wycofującymi się oddziałami wojskowymi oraz władzami administracyjnymi, opuścił Łódź. W trakcie działań wojennych we Włodawie nad Bugiem dostał się do niewoli sowieckiej. Przewieziony do obozu jenieckiego w Kozielsku zdołał wysłać do rodziny kilka listów, w których prosił żonę, aby znalazła dość sił, by przetrzymać ciężkie czasy. Między 16 a 20 kwietnia 1940 r. został zamordowany w Lesie Katyńskim1.
Jadwiga z dziećmi przebywała jeszcze przez pewien czas w swym mieszkaniu przy ul. Legionów. Rodzeństwo uczęszczało do szkół powszechnych, na których działalność zezwolił niemiecki okupant. Jednak 12 grudnia 1939 r. nastąpiło wysiedlenie. Do szkoły Jurka przybył umundurowany volksdeutsch i zabrał go ze sobą. W mieszkaniu Szletyńskich przebywało trzech Niemców, którzy nakazali Jadwidze i dzieciom zabrać najpotrzebniejsze rzeczy, w tym ciepłe ubrania. Początkowo, wraz z rodzinami innych pracowników łódzkich placówek oświatowych, trafili na komendę policji przy al. Kościuszki, a później dwa dni spędzili w więzieniu urządzonym w fabryce na Radogoszczu. Następnie zostali przetransportowani na dworzec kolejowy Łódź Kaliska, skąd pociągiem towarowym wywieziono ich do Krosna, bez prawa powrotu do rodzinnego miasta.
Chłopcy w internacie byli dziećmi wojskowych, dlatego nazywano go Internatem Rodziny Wojskowej, zaś wychowankowie używali nazwy Obóz Czarniecczyków, co oddawało specyfikę tego miejsca, gdzie wychowanie młodzieży prowadzono metodami harcerskimi w duchu patriotyzmu.
Warunki, w których przebywali w nowym miejscu, były niezwykle ciężkie. W styczniu 1940 r. zostali odnalezieni przez siostrę Jadwigi – Marię Wocalewską. Dzięki jej staraniom Szletyńscy trafili na krótko do Krakowa, a następnie do Mokoszyna k. Sandomierza, gdzie zamieszkali w budynku szkoły rolniczej, której dyrektorką w latach 1924–1934 była jedna z sióstr Wocalewskich – Zofia. Po pewnym czasie przenieśli się do dworku w pobliskim Gierlachowie.
Maria Wocalewska, kierująca domem dziecięcym Rady Głównej Opiekuńczej „Corso” w Skolimowie, sprowadzała sukcesywnie do Warszawy dzieci Stefana i Jadwigi. W październiku 1941 r. do stolicy przypłynął statkiem Jerzy i został umieszczony w internacie przy ul. Czarnieckiego 49. W następnym roku do Warszawy przybyła także Jadwiga Szletyńska z dwoma najmłodszymi synami, którzy trafili do internatu w Konstancinie. Jadwiga podjęła pracę w internacie dla dziewcząt RGO przy ul. 6 Sierpnia 16 w Warszawie, obejmując stanowisko zastępczyni kierowniczki.
Obóz Czarniecczyków
W ramach działającej na terenie Generalnej Guberni RGO funkcjonował Wydział Opieki nad Rodzinami Wojskowych z Sekcją Opieki nad Dziećmi. Jeden z internatów, prowadzony przez harcerki z Pomorza, utworzono na Żoliborzu, w byłej szkole przy Czarnieckiego 49. Jego kierowniczka – druhna hm. Jadwiga Luśniak – przed wojną była komendantką pomorskiego hufca żeńskiego i długoletnią nauczycielką męskich szkół w Toruniu, a jednocześnie komendantką Pogotowia Harcerek.
W założeniu internat miał być przeznaczony dla chłopców w wieku 13 – 16 lat, choć nie brakowało w nim również starszych, mających lat 18 lub więcej. Zwykle przenoszono ich później do innych placówek RGO. Chłopcy w internacie byli dziećmi wojskowych, dlatego nazywano go Internatem Rodziny Wojskowej, zaś wychowankowie używali nazwy Obóz Czarniecczyków, co oddawało specyfikę tego miejsca, gdzie wychowanie młodzieży prowadzono metodami harcerskimi w duchu patriotyzmu.
W 1942 r. jeden ze starszych wychowanków, Henryk Marczyk, zorganizował drużynę harcerską, do której wstąpił również Jurek Szletyński, przyjmując pseudonim „Gryf”. Początkowo nie miała ona kontaktu z podziemnym harcerstwem, działała trochę na dziko. Po procesie konsolidacji rozpoczętym w 1943 r., finalizacja nastąpiła wiosną 1944 r. Drużyna harcerska działająca w internacie przy ul. Czarnieckiego została wcielona do 227. plutonu Bojowych Szkół Szarych Szeregów jako drużyna 200. Pluton składał się z 5 drużyn określanych cyfrowymi kryptonimami. W okresie przed wybuchem Powstania Warszawskiego w jego skład wchodziły: drużyna 100 (grupująca harcerzy ze Śródmieścia); drużyna 200 (wychowankowie internatu z ul. Czarnieckiego); drużyna 300 (chłopcy z Żoliborza uczący się na tajnych kompletach); drużyna 400 (harcerze z Marymontu); drużyna 500 (grupowała chłopców z Bielan i była jeszcze w trakcie formowania). Niezależnie od przynależności do harcerstwa na terenie internatu, Jerzy miał kontakty z harcerskim batalionem „Wigry”.
Jerzy Szletyński „Gryf”, rozmawiała M. Brama, 2006:
„[Tam] przechodziliśmy szkolenie, braliśmy udział w różnych akcjach. Bardzo często dawano nam coś do przeniesienia. Raz to pamiętam, że wiedziałem, co niesiemy, bo była taka akcja, że trzeba było przenieść pistolet czy dwa pistolety i granaty. To było w puszkach blaszanych, a na wierzchu było nakładzione paczek kawy zbożowej, herbaty. Gdyby ktoś nas zatrzymał, niby że my niesiemy do internatu zaopatrzenie. To było otwarte, było widać paczki. To jeszcze tak było zorganizowane, bo zawsze się tak robiło, że ktoś niósł puszki i szło tzw. ubezpieczenie. Byłem wyznaczony jako prowadzący, szedłem pierwszy i miałem powiedziane, że gdybym się natknął, że wyjdzie zza rogu czy naprzeciwko patrol niemiecki, to miałem zdjąć czapkę. Oni wiedzieli, że trzeba skręcić do bramy czy gdzieś, żeby nie włazić na nich, bo po co się samemu pchać, to nie ma sensu. Najlepszy numer, bo w pewnym momencie zapomniałem, nie wiem, czy mi się czapka zsunęła, ale czapkę poprawiłem. Odwracam się, moich kolegów nie ma. Matko, co się stało! Oni się znaleźli za chwilę, wyszli z bramy i do mnie z pretensjami – co daje sygnały ostrzegawcze, jak nie ma żadnych Niemców? Po prostu się pomyliłem. Różne dokumenty żeśmy musieli przenosić. Człowiek nigdy nie widział co, bo była zasada: jak najmniej wiedzieć, żadnych nazwisk, żadnych imion. Przecież myśmy w plutonie nikogo nie znali. Myśmy się w internacie niestety wszyscy znali, tu nie było konspiracji, bośmy się wszyscy znali. Ale reszta, to nikogo się nie znało”.
Powstanie
W dniu 1 sierpnia w internacie, który był również punktem alarmowym, znajdowało się 10 członków drużyny 200, wraz z dowódcą st. strz. pchor. Antonim Strojnym. Chłopcy dostali biało-czerwone opaski, 2 pistolety bez amunicji i po 2 granaty produkcji konspiracyjnej, tzw. sidolówki. Czekali na łącznika, który miał ich doprowadzić na miejsce koncentracji 227. plutonu. Czekanie przedłużyło się do późnego wieczora i dopiero po zapadnięciu ciemności cała grupa została przeprowadzona do „Szklanego Domu” przy ul. Mickiewicza, gdzie połączyła się z plutonem.
Wieczorem 1 sierpnia, około godziny dwudziestej trzeciej, oddziały „Żywiciela”, a wraz z nimi 227. pluton, po koncentracji na placyku przy skrzyżowaniu ulic Bohomolca i Mickiewicza, wycofały się z Żoliborza do Puszczy Kampinoskiej, skąd o świcie 3 sierpnia powróciły na Bielany. W nocy z 3 na 4 sierpnia oddziały przeszły ponownie na Żoliborz.
Tej samej nocy Niemcy opanowali rejon pl. Zbawiciela i internat RGO przy ul. 6 Sierpnia, który był przewidziany na siedzibę szpitala polowego i bazę komendantki Pogotowia Harcerek. Aresztowali 4 instruktorki, które się nie ewakuowały, wśród nich Marię Wocalewską i Jadwigę Szletyńską. Zostały one zamordowane oraz prawdopodobnie spalone. Ciał nie odnaleziono.
Kanały
12 sierpnia harcerski 227. pluton trafił na linię walk, przydzielony do zgrupowania „Żyrafa” obwodu „Żywiciel” na Żoliborzu, późniejszego 32. pułku piechoty 8. Dywizji AK. Po dwudniowym pobycie na ul. Krasińskiego 18, pluton zajął stanowiska w domu przy Krasińskiego 20, stacjonował tam do ostatnich dni powstania. 19 sierpnia rozpoczęto służbę kanałową. Chłopcy stanowili ubezpieczenie dla głównych patroli powstańczych poruszających się kanałami. Ich posterunki były zwijane w drodze powrotnej. Służba była ciężka z uwagi na ciemność, brak powietrza, potworny smród, utratę rachuby czasu.
Jerzy Szletyński „Gryf”:
„Pierwszy raz [zszedłem do kanału] gdzieś koło połowy sierpnia. Myśmy bardzo wcześnie zaczęli, dlaczego? Dlatego że cała akcja kanałowa, która najpierw się zaczęła, to była Starówka, kontakt ze Starówką, to było najbliżej. Starówka uzupełniała amunicję i broń, a broń przynoszono z Kampinosu z puszczy na Żoliborz, z Żoliborza transportowano na Starówkę, bo Starówka była przecież najbardziej bita i szturmowana. Natomiast druga część naszych kolegów była przeznaczona do współpracy z fachowcami do kanałów, tak ich nazywam, bo to byli fachowcy. Oni mieli przede wszystkim plany. Był jeden pan, który przed powstaniem czy przed wojną pracował w kanalizacji. To byli ludzie, którzy mieli pojęcie, przecież my byśmy sobie nie dali rady w kanałach. Przecież to jest tragedia. Człowiek wchodzi, jest zakopany żywcem w grobie. Tam nie ma jednego promyka światła. Co mogłem w takich warunkach zrobić, jak nic nie wiem, jak jednego kroku nie mogę zrobić, nic nie widzę. Idzie przede mną mój kolega, nie widzę go, a on jest tuż przede mną, rękę wyciągam, to go za pasek trzymam, żebyśmy się nie pogubili. Musiał być ktoś, kto coś wiedział. Cała akcja polegała na tym, że ci, którzy znali coś z kanału, mieli plany, mieli rozeznanie, szli szukać tras i wytyczali trasy. My stanowiliśmy tzw. ubezpieczenie. To były patrole ubezpieczeniowe. Tak było pomyślane, że jeżeli czołówka idzie do przodu, to musi mieć z tyłu zabezpieczone, żeby nie było niespodzianek, bo oni mogli później zmęczeni wracać na Żoliborz, nagle się okazało, że w kanale są Niemcy i że oni są nagle zaskoczeni i zlikwidowani. Były tzw. patrole ubezpieczeniowe w dwóch punktach, oni wracając, nas musieli zwinąć. Później razem wszyscy wracaliśmy. Śmiem twierdzić, że to była – przynajmniej dla mnie – najgorsza służba, jaką w ogóle mogłem trafić. Bardzo tego nie chciałem.
Pierwszy raz zobaczyłem kanał w trakcie powstania w getcie, ponieważ getto się broniło. Idąc do szkoły, musiałem przejść wzdłuż murów getta, bo tutaj nic nie jeździło, a chodzić wolno było. Szedłem kiedyś, Niemcy stali i pilnowali. Był otwarty właz i to duży właz na rogu Franciszkańskiej i Bonifraterskiej. Spojrzałem do środka, wtedy sobie powiedziałem: »Nie, ja bym tu nie wszedł«. Jaki to jest pech! Wpakowali mnie do kanałowej służby, ale mnie się nikt nie pytał. Właśnie od tego się zaczęło. Pierwszy raz wszedłem do kanału. Ci dorośli, jak myśmy na nich mówili, oni nas traktowali jednak trochę jak dzieci. Do kanału wpuszczał mnie porucznik »Gałązka«. Podałem mu dwie ręce, on mnie wpuścił do środka, tam była szpara, albo po linie trzeba było, albo on mnie wpuścił. Każdego przytulał, całował w czoło, ręce do góry i zjeżdżał człowiek na dół. Wrażenie niesamowite, pierwsza rzecz, jak się dotknęło nogami wody, to jest straszne uczucie, bo najpierw bucha smród z kanałów, bo to nie jest zapach, to jest smród, nie ma co ukrywać, potem nogi wchodzą w wodę. Człowiekowi w głowie lęgną się myśli, co tam w wodzie, szczury nie szczury, czy trupy. Człowiek jest zestresowany strasznie. Nie będę ukrywał, bo to bardzo przeżyłem. Do tego można się naprawdę przyzwyczaić i potem można chodzić, ale pierwsze zetknięcie z kanałem jest strasznie ciężkie. Na górze jeszcze stoi karbidówka, [po] opuszczeniu na dół, szumi woda, nic [się] nie widzi, bo jest kompletnie czarno. Gdzieś mam iść? Przecież nic [nie] widzę. Nie wiem, czy mam iść tu, czy tu, nic nie wiem. Nigdy nie wchodziłem sam, bo musiał być przewodnik. To jeszcze ciekawe, że mnie pierwszy raz w kanale prowadziła łączniczka, ale to już na Śródmieściu, na patrole, które ubezpieczały, nie to, żeśmy sami chodzili. Szedł główny patrol, który szukał drogi, a my żeśmy po drodze zostawali i żeśmy siedzieli. Robiło się to w ten sposób, że kładło się deskę – kanał ma owalny kształt jak jajo – jak się deskę położyło, to ona się oparła na ścianach i na tym można było usiąść, ale nogi cały czas człowiek trzymał w wodzie. W kanale całe ściany [są w] kożuchu, przecież nie można iść w kanale tak sobie, trzeba się rękoma trzymać, przecież to jest wszystko śliskie. To nie jest przyjemnie gołą ręką, przecież rękawic nam nikt nie dawał, po kożuchu brudu… Przecież to jest kanał, to są odchody ludzkie, nie ludzkie, wszystkie śmieci, świństwo śmierdzące. Potem żeśmy kołeczki już brali, bo się nam ścierały od wody od wilgoci palce, przecież zakażenia można było dostać od brudu. Na nogach miało [się] stare okropne buty, których się normalnie nie nosiło, zawiązane na bose nogi. Można było w każdej chwili obetrzeć nogi, w takich warunkach od razu jest gangrena. Warunki makabryczne, było ciężko i do dzisiaj każdy z nas to pamięta.
[…] Nieraz pragnąłem, żeby skądś iskierka światła, bo człowiek czasem już nie może, ma dosyć ciemnoty, bo to jest dosłownie grób, tam nie ma żadnego światła, człowiek marzył, żeby zobaczyć iskierkę światła, żeby chociaż drobny powiew powietrza. Przecież ile można oddychać smrodem? Jak człowiek szedł na Śródmieście czy na Starówkę, to wiedział, że dojdzie do włazu, wyjdzie, odetchnie powietrzem, zobaczy światło, trochę się podreperuje psychicznie. A na wściekłych patrolach, które były jako ubezpieczanie, człowiek siedział – nie mieliśmy pojęcia, ile my siedzimy, kompletnie nie mieliśmy pojęcia – aż tamci wrócą. Nie wiem, mogłem siedzieć godzinę, dwie, pięć, mogłem pół dnia tam siedzieć, aż oni wrócą. Jeszcze było w ten sposób, że my mieliśmy latarki i był sygnał. Wszystko polegało na uszach, nic innego w kanale tylko uszy, trzeba było słuchać, woda cały czas płynie, ona też wydaje mały plusk, to nie jest szum, bo ona płynie wolno, zresztą wody było [niedużo]. Natomiast jak ktoś idzie, suwa nogami, to słychać „szy, szy”. Trzeba to wyłapać i to dużo wcześniej trzeba wyłapać, że ktoś idzie. Wtedy trzeba wystawić rękę z latarką i zapalić, mieliśmy umówione sygnały, trzy światła i on ma odpowiedzieć. Jeżeli nie odpowie, to za drugim razem mrugamy trzy razy, a za trzecim razem już trzeba strzelać, bo już nie ma czasu, oni idą, nie wiem, kto to idzie, jeżeli on nam nie daje sygnału. Raz mieliśmy taką sytuację, że nam się latarka popsuła. Tamci idą, dają sygnały, a my nie możemy im dać odpowiedzi. Dobrze, że Gieniek miał zapałki, skąd on miał zapałki, nie wiem. Zapalił zapałkę i przez rękę. Między palcami jest czerwone światło i oni się zorientowali, że to my. Nie wiem, czy by nas… Nie zatłukliby nas, bo myśmy szykowali [się] w boczny kanał. Tośmy chodzili długo na patrole, to była najgorsza służba. Mało się o tym wie i mało się o tym mówi, dlatego że była niby nieefektowna, a ona była bardzo ważna. Byli koledzy, którzy szli do przodu, oni pisali kredą, pod jaką ulicą jestem. Przecież jak bym trafił? Musiałem mieć napisane kredą, że to jest Królewska, albo że jestem pod Dworcem Gdańskim. To było napisane kredą białą na kanale. W ten sposób żeśmy szli, a oni szukali drogi. Najpierw jedną szli drogą, potem znaleźli drugą drogę. Były dwie drogi na Śródmieście. Jedną raz tylko żeśmy szli, wyszliśmy gdzieś na Wroniej, a normalnie żeśmy chodzili główną, to wchodziło się przy Zmartwychwstankach, wychodziliśmy przy PKO na Sienkiewicza, to był właz wyjściowy”.
Przy wymarszu z Warszawy po kapitulacji na rozkaz dowództwa zostali dołączeni do batalionu „Wigry”. W czasie powstania harcerski 227. pluton składał się z 64 harcerzy, nie licząc patrolu sanitarnego. W trakcie walk jego straty wyniosły 9 zabitych i 19 rannych.
„Chłopcy, wojna się skończyła. Do szkoły!”
Jerzy nie trafił do Pruszkowa, lecz do Ożarowa, następnie został przewieziony pociągiem do Niemiec, do Stalagu XI B Fallingbostel, ok. 70 km na północ od Hanoweru. W tym olbrzymim obozie przebywało ok. 100 tys. jeńców. Po kilku tygodniach Niemcy wybrali młodocianych, grupę ponad 50 chłopaków, i wysłali ich do Westfalii, do Dorsten nad Renem, gdzie znajdował się niewielki obóz, liczący ok. 2 tys. więźniów. Byli tam kierowani do pracy, głównie do odgruzowywania po bombardowaniach. W wyniku zbliżającego się frontu Niemcy ewakuowali obóz. Pędzili jeńców nocami z Nadrenii aż pod Hanower, przed szybko posuwającymi się jednostkami amerykańskimi i angielskimi. Wyzwolenie nastąpiło 15 kwietnia 1945 r.
Szletyński wraz z kolegami trafili do obozu w Bergen-Belsen, gdzie przebywali w byłych koszarach SS. Podczas jednej z przepustek chłopcy uciekli, obawiając się, że Anglicy mogą przekazać ich Sowietom. Dostali się na teren będący pod kontrolą 1 Dywizji gen. Stanisława Maczka.
Szletyński wraz z kolegami, Wiesławem Chodorowskim i Eugeniuszem Jezierskim, trafili do obozu w Bergen-Belsen, gdzie przebywali w byłych koszarach SS. Podczas jednej z przepustek chłopcy uciekli, obawiając się, że Anglicy mogą przekazać ich Sowietom. Dostali się na teren będący pod kontrolą 1 Dywizji gen. Stanisława Maczka, u którego służyły siostry Szletyńskiego oraz Chodorowskiego. Decyzją dowództwa chłopcy zostali wysłani do Armii Andersa. Trafili do obozu polskiego w Barletta-Trani w południowych Włoszech, gdzie skierowano ich do Polskiego Gimnazjum i Liceum2. Formalnie Jerzy został wcielony do 3. Dywizji Strzelców Karpackich.
W czerwcu 1946 r. zdał „małą maturę” i rozpoczął naukę w pierwszej klasie liceum. Po ewakuacji do Anglii jesienią 1946 r., kontynuował edukację w Polskim Liceum im. Mikołaja Kopernika o profilu matematyczno-fizycznym w Riddlesworth Camp i w czerwcu 1948 r. uzyskał maturę. W listopadzie 1947 r. podpisał umowę służby w Polskim Korpusie Przysposobienia.
Powrót do kraju
Dowiedział się, że jego dwaj bracia żyją i pomimo możliwości podjęcia studiów, zdecydował o powrocie do Polski. Wiedział, że ojca już nie ma, a matka się nie odnalazła, postanowił wracać do domu, do Łodzi, by opiekować się młodszym rodzeństwem.
Był w zainteresowaniu SB, wielokrotnie namawiany, by udowodnił swoją lojalność wobec Polski Ludowej i podjął współpracę. Konsekwentnie odmawiał.
W punkcie repatriacyjnym Gdynia-Port zarejestrował się pod koniec października 1948 r. Starał się szybko podjąć pracę, by utrzymywać rodzeństwo. Wielokrotnie wypełniał ankietę, obowiązującą przed przyjęciem do pracy; odmawiano mu zatrudnienia. W końcu udało mu się znaleźć posadę w przemyśle papierniczym. Od 1950 r. pracował w Centralnym Zarządzie Przemysłu Przetworów Papierowych i Materiałów Biurowych w Łodzi. Chciał iść na studia techniczne, lecz z uwagi na swą przeszłość nie miał na to szans. Był w zainteresowaniu SB, wielokrotnie namawiany, by udowodnił swoją lojalność wobec Polski Ludowej i podjął współpracę. Konsekwentnie odmawiał.
W czerwcu 1950 r. komunistyczna bezpieka aresztowała jego siedemnastoletniego brata Andrzeja, który był dowódcą konspiracyjnej organizacji młodzieżowej „Związek Białej Tarczy”. Wyrokiem z 30 listopada został on skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi na 15 lat więzienia. Jerzy odwiedzał go regularnie w trakcie odbywania wyroku3.
* * *
Jerzy Szletyński był wielkim miłośnikiem górskich wędrówek, zrzeszonym w Kole PTTK nr 35 Łódzkiego Oddziału przy Zjednoczeniu Przemysłu Papierniczego. Uprawiał narciarstwo. Działał aktywnie w Stowarzyszeniu Środowiska Żołnierzy Armii Krajowej „Żywiciel” oraz w Stowarzyszeniu Rodzina Katyńska. Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Armii Krajowej, Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Medalem Wojska, Medalem za Warszawę, Medalem Pro Memoria.
Trapiony ciężką chorobą zmarł 26 marca 2015 r., został pochowany w grobowcu rodziny Wocalewskich i Szletyńskich na Starym Cmentarzu przy ul. Ogrodowej w Łodzi.
Zdjęcia w tekście pochodzą ze zbiorów prywatnych Andrzeja Szletyńskiego.
Tekst pochodzi z numeru 7-8/2024 „Biuletynu IPN”
1 Zob. P. Wąs, Ofiara Zbrodni Katyńskiej. Stefan Szletyński (1893–1940), „Biuletyn IPN” 2022, nr 4, s. 100–113.
2 Zob. m.in. Działalność społeczna Polskich Sił Zbrojnych 1945–1946: sprawozdanie płk. Kazimierza Buterlewicza, oprac. Cz. Brzoza, A. Pilch, W. Rojek, Kraków 2006; M. Rosolak, Polska diaspora: ci, co wyszli z ZSRR pod wodzą Andersa i pozostali na całym świecie, Warszawa 2018; M. Gałęzowski, Z ziemi włoskiej donikąd: powojenne losy żołnierzy 2. Korpusu w kraju, Warszawa 2018; tenże, Na warcie do końca. Ludzie 2. Korpusu Polskiego na uchodźstwie, Warszawa 2019.
3 Zob. m.in. P. Wąs, Ojciec mój był w niewoli rosyjskiej, potem w obozie w Katyniu… „Związek Białej Tarczy” w Łodzi jako przykład ideowej antykomunistycznej organizacji młodzieżowej, https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/80377,Ojciec-moj-byl-w-niewoli-rosyjskiej-potem-w-obozie-w-Katyniu-Zwiazek-Bialej-Tarc.html [dostęp 2 X 2023 r.]
