Znaczenie drugiego obiegu wydawniczego istniejącego w rządzonej przez komunistów Polsce w latach 1976-1989 można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Wydawane w podziemiu książki zapewniały czytelnikom dostęp do zakazanych dzieł literatury polskiej i zagranicznej – z twórczością Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Józefa Mackiewicza, Aleksandra Sołżenicyna, Vaclava Havla i George’a Orwella na czele. Niezależna prasa dawała odbiorcom możliwość dotarcia do nieocenzurowanej informacji oraz autentycznych debat politycznych toczonych przez opozycjonistów.
Współtworzenie niezależnego ruchu wydawniczego, w roli autorów, redaktorów, drukarzy, składaczy lub kolporterów, stanowiło jedną z najważniejszych form działalności opozycyjnej. Choć zasięg drugiego obiegu wydawniczego był ograniczony, to niewątpliwie, przez samo swoje istnienie oraz publikowane treści odegrał na pewną rolę w delegitymizowaniu komunistycznej dyktatury.
Poligon dziennikarstwa
Spoglądając na zjawisko niezależnego ruchu wydawniczego z perspektywy czasu, bez trudu dostrzec można jeszcze jedną odegraną przez niego rolę. Stanowił on szkołę aktywności publicznej dla dużej części elit III Rzeczpospolitej. Prasę niezależną redagowali lub publikowali w niej przyszli premierzy (Jan Krzysztof Bielecki, Jerzy Buzek, Jarosław Kaczyński, Donald Tusk) i prezydenci (Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski), związanych z nią polityków zajmujących stanowiska ministrów nie sposób wymienić.
Współtworzenie niezależnego ruchu wydawniczego, w roli autorów, redaktorów, drukarzy, składaczy lub kolporterów, stanowiło jedną z najważniejszych form działalności opozycyjnej. Choć zasięg drugiego obiegu wydawniczego był ograniczony, to niewątpliwie, przez samo swoje istnienie oraz publikowane treści odegrał na pewną rolę w delegitymizowaniu komunistycznej dyktatury.
Zjawisko to dotyczy też innych dziedzin życia. Założycielka pierwszego w Polsce społecznego liceum ogólnokształcącego, Krystyna Starczewska, przez wiele lat redagowała podziemne pismo „KOS”, które zajmowało się m.in. właśnie edukacją. Piotr Niemczyk, który po działalności opozycyjnej, przede wszystkim w ramach ruchu Wolność i Pokój, współtworzył w III Rzeczypospolitej struktury Urzędu Ochrony Państwa, w latach osiemdziesiątych publikował na łamach „Tygodnika Mazowsze” teksty analityczne o sprawach międzynarodowych, np. stosunkach amerykańsko-radzieckich czy konflikcie iracko-irańskim. Jak sam wspominał, było to później dla niego jako oficera służb specjalnych cenne doświadczenie. Spośród najbardziej cenionych współczesnych polskich pisarzy w drugim obiegu debiutował na przykład Andrzej Stasiuk. W podziemiu zaczynało swoją drogę również wielu wydawców, jak chociażby Andrzej Rosner, który przeszedł drogę od wydawnictw „Głos” i „Krąg” do funkcjonującej już w wolnej Polsce własnej oficyny.
Być może najwięcej przykładów ludzi, których późniejszą drogę ukształtowało podziemie, znaleźć można wśród aktywnych w III RP dziennikarzy. Od razu przychodzą na myśl twórcy „Gazety Wyborczej”. Jej redaktor naczelny Adam Michnik przez wiele lat wcześniej publikował w prasie emigracyjnej i niezależnej, a trzon zespołu redakcyjnego z Heleną Łuczywo na czele przeszedł tam z podziemnego „Tygodnika Mazowsze”. Wskazać można na wiele innych przypadków, ale poprzestańmy może na zaczynających pracę dziennikarską właśnie w konspiracyjnej prasie prezesach publicznej telewizji: Janie Dworaku i Andrzeju Urbańskim.
Gdyby nie zaangażowanie w drugim obiegu wydawniczym, to pewnie również Anna Bikont nie byłaby dziennikarką i znaną reportażystką historyczną, choć skłaniać ją mogło do tego, co robili jej rodzice: Andrzej Kruczkowski i Wilhelmina Skulska. Oboje byli dziennikarzami.
Charakterystyczne, że bardzo wiele z tych osób przed zaangażowaniem w podziemiu nie tylko nie miało studiów dziennikarskich lub doświadczeń związanych z wykonywaniem tego zawodu w oficjalnej prasie, ale w ogóle z tą profesją nie wiązało swoich życiowych planów. Na przykład publikujący w wielu pismach podziemnych jako „Dawid Warszawski” Konstanty Gebert z wykształcenia był psychologiem, pracował w Akademii Medycznej i być może, gdyby nie zaangażowanie w podziemiu, nie zostałby do dzisiaj jednym z najbardziej cenionych komentatorów polityki międzynarodowej. Wspomniany Andrzej Urbański oraz wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej” Piotr Stasiński, zanim zdecydowali założyć się podziemne pismo „Wola”, swoje plany wiązali raczej z karierą naukową jako literaturoznawcy.
Droga do opozycyjnej prasy
Gdyby nie zaangażowanie w drugim obiegu wydawniczym, to pewnie również Anna Bikont nie byłaby dziennikarką i znaną reportażystką historyczną, choć skłaniać do tego ją mogło, co robili jej rodzice: Andrzej Kruczkowski i Wilhelmina Skulska. Oboje byli dziennikarzami. Znana w PRL była zwłaszcza jej matka, która w okresie stalinowskim należała do redakcji „Trybuny Ludu”. Niewątpliwie w tym okresie była dziennikarką w pełni dyspozycyjną wobec władzy i należała do ówczesnej elity. Nie było to zresztą sprzeczne z jej przekonaniami – czuła się komunistką i należała do PZPR. Jak wielu innych dziennikarzy, w 1956 r. zaangażowała się w ruch domagający się liberalizacji systemu. Po likwidacji zbuntowanego tygodnika „Po Prostu” wraz z grupą dziennikarzy „Trybuny Ludu” odeszła do pracy w tygodniu „Świat”, co było wyrazem protestu.
Przełomem okazał się czas po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy kluczowym problemem okazała się prowadzona przez komunistyczne władze polityka dezinformacji. Właściwie wszyscy ludzie gotowi dalej działać w „Solidarności” zajmowali się przeciwdziałaniem jej.
Obie jej córki, Anna i Maria, należały do szerszej formacji ludzi urodzonych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, którzy – mając rodziców-komunistów – mocno zaangażowali się w działalność opozycyjną. Dla wielu z nich kluczową rolę odegrał udział w studenckich protestach w 1968 r. Anna Bikont (wówczas jeszcze Kruczkowska) była wtedy nastolatką. Czas opozycyjnego zaangażowania dla ludzi z jej pokolenia zaczął się kilka lat później. Studiującą psychologię na Uniwersytecie Warszawskim Annę Bikont do opozycji wciągnęła starsza o kilka lat siostra, która w 1976 roku uczestniczyła w wyjazdach z pomocą dla represjonowanych robotników Ursusa.
Co ciekawe, w opozycji Anna Bikont wcale nie zaczynała od niezależnego dziennikarstwa. Jej aktywność rozpoczęła się w końcu 1977 r. od podjęcia współpracy z Niezależną Oficyną Wydawniczą, czyli słynną NOWą. Była zaangażowana w prace związane z drukiem, składem i kolportażem wydawanych poza cenzurą książek i czasopism. Po powstaniu NSZZ „Solidarność” współpracowała ze strukturami Regionu Mazowsze. Równocześnie uczestniczyła w pracach socjologicznych grup badawczych zajmujących się ruchem „Solidarności”. Pracowała wówczas na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i raczej nie myślała o sobie jako o przyszłej dziennikarce.
Przełomem okazał się czas po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy kluczowym problemem okazała się prowadzona przez komunistyczne władze polityka dezinformacji. Właściwie wszyscy ludzie gotowi dalej działać w „Solidarności” zajmowali się przeciwdziałaniem jej. Anna Bikont w pierwszych dniach po wprowadzeniu stanu wojennego wraz z grupą socjologów zbierała informacje o przebiegu strajków. Jednocześnie starała się nawiązać kontakt ze Zbigniewem Bujakiem, którego znała z okresu działalności w Regionie Mazowsze.
„Informacja Solidarności”
W trakcie poszukiwań spotkała się z Heleną Łuczywo, która organizowała ukazujący się kilka razy w tygodniu biuletyn agencyjny „Informacja Solidarności”. Bikont weszła w skład jego redakcji. „Informacja Solidarności” stanowiła jedno z głównych źródeł wiadomości wykorzystywanych przez podziemną prasę.
Jej debiut książkowy wprost wyrastał z doświadczenia pracy w podziemiu – było to przygotowane wraz z Piotrem Bikontem (poznanym w czasie wspólnej podziemnej działalności mężem) oraz Wojciechem Cesarskim (również wcześniej związanym z opozycją) Małe vademecum Peerelu z wycinków gazet podziemnych w formie kalendarza robotniczego na rok 1990.
Od lutego 1982 wraz z innymi pracownikami „Informacji Solidarności” współtworzyła redakcję „Tygodnika Mazowsze”. W kolejnych miesiącach towarzyszyła ukrywającym się Helenie Łuczywo, Małgorzacie Pawlickiej i Joannie Szczęsnej, zmieniając wraz z nimi co dwa tygodnie mieszkania, gdzie opracowywano numer. Sama nie ukrywała się, miała „naziemne” kontakty, pracowała na Uniwersytecie Warszawskim, co ułatwiało redakcji utrzymywanie związków z warszawskim środowiskiem naukowym. Zajmowała się opracowywaniem napływających tekstów, pisała też własne. Jej głównym zadaniem było przygotowywanie krótkich notek, składających się na serwis informacyjny. Współprowadziła rubrykę „Z prasy związkowej”, znaną też jako „Przegląd wiadomości związkowych”. Pseudonimy: „Anna Mól”, „A.M.”, „AM”, „A. Mól”, „Mól” i „Mól Związkowy”
Lektura podziemnych pism pozwalała jej formułować szersze wnioski na temat drugiego obiegu. Przedstawiała je na łamach „Tygodnika Mazowsze”. W marcu 1985 r. komentowała zmiany zachodzące w bezdebitowej prasie zakładowej, stwierdzając, że „się sprofesjonalizowała”. Tłumaczyła to następująco:
„Przygodni – jak można było sądzić – redaktorzy stali się sprawnymi dziennikarzami. Kiedyś większość gazetek zakładowych składała się z długiego wstępniaka o tym, że czerwony jest wstrętny i że w końcu mu pokażemy, a z dołu, z boku, szły ważne informacje zakładowe, źle zredagowane i często niezrozumiałe dla czytelnika z zewnątrz. Z czasem było coraz lepiej, ale obecnie jest to, moim zdaniem, naprawdę jakościowy skok. Wstępniaków jest mniej – są konkretne i aktualne, dużo jest informacji, często z naprawdę ciekawym komentarzem”.
Kariera pisarska
W kwietniu 1989 r. Anna Bikont uczestniczyła (m.in. z Jackiem Ambroziakiem, Barbarą Labudą i Heleną Łuczywo) w Zjeździe Prasy Niezależnej, odbywającym się w kościele Matki Bożej Królowej Polski w Stalowej Woli. W maju 1989 wraz z dużą częścią redakcji „Tygodnika Mazowsze” przeszła do tworzącej się „Gazety Wyborczej”. Na jej łamach okazywały się również fragmenty książek, których była autorką lub współautorką.
Jej debiut książkowy wprost wyrastał z doświadczenia pracy w podziemiu – było to przygotowane wraz z Piotrem Bikontem (poznanym w czasie wspólnej podziemnej działalności mężem) oraz Wojciechem Cesarskim (również wcześniej związanym z opozycją) Małe vademecum Peerelu z wycinków gazet podziemnych w formie kalendarza robotniczego na rok 1990. Potem już czasem tylko wracała do tematów związanych z doświadczeniem opozycji i drugiego w PRL.
Pozornie książki dorobek reporterski Anny Bikont może wydawać się luźno związany z tym, co robiła w podziemiu, jednak to właśnie w podziemiu napisała ona pierwszy reportaż.
W niewielkim stopniu wątki te pojawiały się w pierwszej głośnej książce napisanej przez Annę Bikont z Joanną Szczęsną, którą była biografia Wisławy Szymborskiej. Więcej ich było w napisanej wraz z również ze Szczęsną książce Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu. Autorki starały się pokazać doświadczenie znanych pisarzy, którzy uczestniczyli w budowie stalinizmu w Polsce, potem dystansując się od komunizmu lub wiążąc się wręcz z opozycją. Autorki świetnie pokazały w niej jak złożone były ich motywacje, choć niektórzy (nie bez racji) zarzucali książce niedocenienie motywacji związanych z odnoszonymi w czasach stalinowskich osobistymi korzyściami. Tego rodzaju zarzutów nie sposób było natomiast sformułować wobec napisanej przez Annę Bikont wraz z Heleną Łuczywo biografii Jacka Kuronia, wobec którego postawy w czasach stalinowskich autorki będące w pewnym sensie jego ideowymi wychowankami okazały się bardzo surowe.
Niewątpliwie szkoła, jaką była wymagająca dużej dyscypliny słowa praca w „Tygodniku Mazowsze”, miała ogromny wpływ na jej sposób pisania, który, obok innych walorów, sprawia, że jej książki tak dobrze się czyta.
Największe uznanie Annie Bikont przyniosły pisane bez współautorek książki dotyczące tematyki żydowskiej, którą podjęła niewątpliwie nie bez związku z tym, że sama miała takie korzenie. W książce My z Jedwabnego pokazała m.in. postaci polskich sprawców zbrodni, ale też doświadczenia tych Polaków, którzy próbowali ratować tamtejszych Żydów, co zresztą ukrywali po wojnie, bo spotykali się z tego powodu z ostracyzmem otoczenia. W biografii Ireny Sendlerowej pokazała ona złożoność biografii tej postaci, czyniąc jednocześnie ważne ustalenia dotyczące liczby uratowanych przez współtworzoną przez nią siatkę współpracowników żydowskich dzieci. Fakt, że było ich mniej niż sądzono wcześniej, w żaden sposób nie umniejszał jej zasług w oczach autorki. Ostatnia jej książka, która dotyczy tej tematyki, porusza temat prowadzonych po wojnie poszukiwań żydowskich dzieci, które w czasie wojny były ukrywane w polskich rodzinach bądź katolickich klasztorach, oraz ich tożsamościowych dylematów. Porusza przy tym niezwykle trudny temat „wykupywania” tych dzieci od Polaków przez organizacje żydowskie.
* * *
Pozornie książki dorobek reporterski Anny Bikont może wydawać się luźno związany z tym, co robiła w podziemiu, jednak to właśnie w podziemiu napisała ona pierwszy reportaż. Po latach barwnie opisywała wspominanie tego tekstu:
„Pojechałam w 1988 roku do strajkującej Stoczni Gdańskiej z podziemnego »Tygodnika Mazowsze«. Wcześniej spędziłam z siedem lat, pisząc notki w zatłoczonych pokojach pełnych papierosowego dymu, w zakonspirowanych mieszkaniach, z których, gdy weszłyśmy jako redakcja, wychodziłyśmy po kilku dniach. Wdrapałam się na mur okalający stocznię, od wewnątrz był niespodziewanie wysoki, może na dwa metry, a ja nie mogłam skakać, byłam w siódmym miesiącu ciąży. Patrol ZOMO odwracał oczy, jak mnie mijał, bo co miałby zrobić z kobietą w jaskrawożółtej sukience z wielkim brzuchem. Więc stałam na tym murku, aż zauważył mnie strajkujący stoczniowiec i przybiegł z drabiną. A potem rozmowy ze strajkującymi, pisanie reportażu, to był łyk wolności”.
Czytając te słowa można mieć wrażenie, że autorka przeciwstawiała doświadczenie kilkuletniej pracy podziemnej dziennikarki pracom nad reportażami. Po części tak było, ale niewątpliwie szkoła, jaką była wymagająca dużej dyscypliny słowa praca w „Tygodniku Mazowsze”, miała ogromny wpływ na jej sposób pisania, który, obok innych walorów, sprawia, że jej książki tak dobrze się czyta. Zaangażowanie w podziemiu wymagało też odwagi, której przejawem było podejmowanie potem przez Annę Bikont tak trudnych tematów.
