Solidarność zdobyła w czerwcowych wyborach 99 procent miejsc w nowoutworzonym Senacie oraz 35 procent miejsc – czyli wszystkie możliwe do obsadzenia – w Sejmie. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza oraz jej koalicjanci zagwarantowali sobie 65 procent wszystkich mandatów, jednak jasne było, że przegrali plebiscyt oraz utracili społeczną legitymację do rządzenia. W obliczu tej klęski premier Rakowski musiał stanąć naprzeciw swoich współpracowników, wyjaśnić przyczyny dramatycznej przegranej i nakreślić plany na przyszłość.
Wałęsa niczym mafijny ojciec chrzestny
Rakowski wskazywał, że w wyborach zadano ekipie Jaruzelskiego podwójny cios. Nie dość, że – jak tłumaczył – prawie trzy czwarte głosów oddano na „Solidarność”, to jeszcze wiele osób wyraziło swój sprzeciw pozostając w domu. Żadne przeprowadzane wcześniej badania socjologiczne nie zapowiadały takiej frekwencji:
„Jedna trzecia społeczeństwa stanęła z boku, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za decyzję”.
Rakowski przekonywał swoich towarzyszy, że partia poległa, ponieważ prowadziła kampanię, która była nie tylko merytoryczna, ale także fair. Wskazywał, że zamiast wyciągać brudy i skupiać się na przeszłości, prezentowali program na przyszłość.
„Nie dominował rozrachunek z Solidarnością za 1981 rok, trzeba w gruncie rzeczy uznać to za cechę szlachetną”
– tłumaczył. Tymczasem opozycja zmieniła głosowanie w sąd nad ostatnimi czterema dekadami PRL. Co więcej, kandydaci „Solidarności” stosowali „psychologiczny terror”.
Jak ironicznie zauważył Rakowski, strona partyjna nie doceniła „kult jednostki” i nie wzięła na sztandary jednego, wyrazistego lidera. Przegrała na tym polu z opozycją:
„Głosowano na symbol, na legendę Solidarności i jej lidera. Trafnie wyczuli to organizatorzy wyborów ze strony opozycyjnej wywieszając wszędzie plakaty z jednym kandydatem w towarzystwie Wałęsy, ojca chrzestnego”.
Nie szczędził także gorzkich słów pod adresem Kościoła, który wspierał „Solidarność”.
Premier skupiał się też na licznych błędach popełnionych w kampanii, szczególnie, jeżeli chodzi o brak kontaktu z wyborcami. Metodyczność, entuzjazm oraz energia solidarnościowych agitatorów rzucała się oczy. Po stronie partyjnej było tak jak zawsze: sztampowo, bez pomysłu i na odczepnego. Rakowski opowiedział historię, której sam był świadkiem:
„na Woli jechał samochód i rozrzucał ulotki nawołujące go głosowania na nas. Okazało się, że to był kierowca Komitetu Warszawskiego, który otrzymał te ulotki, miał je gdzieś zawieźć, a on rozsypał je po prostu na ulicy, z resztą na mojej ulicy (…) w ten sposób zorganizowano propagandę przed lokalami wyborczymi”.
Symbolem klęski było to, że nawet wielu członków partii wolało oddać głos na przedstawicieli opozycji. Rakowski ubolewał nad wynikami, które otrzymał z placówek dyplomatycznych:
„część naszych pracowników politycznych, dyplomatów, głosowała przeciwko kandydatom koalicji (…) wyniki wyborów są miedzy innymi także dowodem tego ciągle głębokiego pęknięcia w naszych szeregach”.
Pogrzeb komunizmu
Wszystko to miało jednak zdaniem Rakowskiego drugie dno. Komuniści walczyli nie tylko przeciwko opozycji, zmęczonemu społeczeństwu i Kościołowi. Źródło klęski leżało o wiele głębiej.
Po pierwsze, ekipie Wojciecha Jaruzelskiego wystawiono rachunek za cztery dekady komunistycznych rządów. Wybory zmieniły się w plebiscyt.
„Program dla Solidarności był niczym, nie odgrywał żadnej roli, nie o to chodziło”
– tłumaczył towarzyszom z rządu –
„To był protest społeczny wobec sposobu sprawowania władzy, metod stosowanych przez władzę, był to protest przeciwko sprawowaniu władzy na przestrzeni czterdziestu lat”.
Rakowski był przekonany, że społeczeństwo wystawiło im rachunek za wszystko, co działo się po zakończeniu II wojny światowej:
„pędziliśmy pod górkę z workiem obciążonym kamieniami, naszymi błędami, zbrodniami stalinizmu, sytuacja gospodarczą (…) Wałęsa pędził z pustym workiem”.
Hasło widoczne na transparencie: „Runie okrągły stół Jaruzelskiego bez Solidarności i stołu pańskiego robotnicy Ursusa” nawiązuje do żądań relegalizacji NSZZ „Solidarność”. Fotografia z VI Pielgrzymki Ludzi Pracy w Częstochowie, wykonana przez tajnego współpracownika i przekazana do RUSW w Dzierżoniowie. 17 lub 18 września 1988 r. Fot. z zasobu AIPN
Nie chodziło tylko o to, co działo się w Polsce. Świat się zmieniał, tylko ślepiec tego nie dostrzegał:
„ja uważam, że ten kierunek działania był nieunikniony, on wiąże się w ogóle z przemianami w całej formacji socjalistycznej (…) Wszystkie te zjawiska, które mają miejsce w Związku Radzieckim, na Węgrzech, a podskórnie także w innych krajach [socjalistycznych], nie są jeszcze całkowicie ujawnione, one są po prostu wynikiem tego, iż społeczeństwa tych krajów przestały akceptować struktury i wytworzone przez te struktury obyczaje, zwyczaje, sposób życia, sposób sprawowania władzy i pragną czegoś nowego”.
Tych, którzy nie potrafią się dostosować do zmieniającej się rzeczywistości, czekają trudne czasy. Rakowski przywoływał przykład Chin, w których dopiero co polała się krew na Placu Tienanmen. Zdaniem premiera, taki koniec czekał wszystkich, którzy przeprowadzą reformy ekonomiczne bez zmian politycznych. Przekonywał, że Polska stoi u progu przebudowy gospodarki – będzie to rodziło napięcia, doprowadzi nie tyko do strajków, ale także do demonstracji na ulicach. W tej sytuacji dopuszczenie opozycji do współrządzenia było jedynym wyjściem.
Socjalizm się skończył:
„pogrzeb formacji wykształconej w okresie stalinowskim jest w toku i w różnych krajach odbywają się egzekwie nad tym nieboszczykiem”.
W długiej perspektywie nikt nie mógł przywidzieć, co się stanie.
Wiatr zmian
Rakowski wiedział jednak, co czeka go w krótkiej perspektywie. Już pięć dni po wyborach rozumiał, co oznacza utrata legitymacji społecznej. Nawet zachowanie 65 procent miejsc w Sejmie mogło nie uratować władzy.
Premier był pogodzony z losem:
„moim zdaniem należy dość spokojnie patrzeć na wyłaniający się układ sił w parlamencie, bo ja osobiście uważam go za przejściowy (…) wiemy, że wśród kandydatów na posłów są ludzie, którzy udają, że są członkami ZSL-u czy PZPR czy SD, a faktycznie należą do Solidarności i opowiadają się po stronie Solidarności. No i mogą w każdej chwili przeskoczyć, naruszając bardzo delikatną konstrukcję, która została zbudowana”.
Podejrzewał, że w najlepszym razie parlament pogrąży się w chaosie, w najgorszym przejmie go „Solidarność” z nowymi sojusznikami. Jednocześnie jednak przekonywał, że on sam pozostanie na stanowisku tak długo, jak będzie trzeba:
„Ja zamierzam walczyć nadal i nie rezygnować”.
Rakowski walczył do końca, jednak nie jako premier. Nieco ponad miesiąc po czerwcowych wyborach został I Sekretarzem KC PZPR, ostatnim w historii. Jego przewidywana jednak się sprawdziły. Już w sierpniu 1989 r. parlamentarni sojusznicy dokonali wolty, wchodząc w koalicję z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym. Tadeusz Mazowiecki został solidarnościowym premierem.
