Janina Wasiłojć-Smoleńska urodziła się 7 lutego 1927 r. w folwarku Tarkowszczyzna, w powiecie święciańskim, w województwie wileńskim. Ukończyła szkołę podstawową w Duksztach oraz gimnazjum i szkołę średnią w Święcianach. Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki, wraz z rodzicami przeniosła się do Miadzioł, gdzie rozpoczęła pracę jako nauczycielka w szkole i zaangażowała się w pracę konspiracyjną, przyjmując pseudonim „Jachna”.
Praca konspiracyjna i aresztowanie
Na skutek aresztowań, prowadzonych przez niemieckiego okupanta, dołączyła do oddziału Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Pełniła rolę strzelca, sanitariuszki oraz pracowała w kuchni. W drugiej połowie 1943 r., na skutek aresztowania i zamordowania „Kmicica”, dołączyła do oddziału im. Bartosza Głowackiego. Później związała swoje losy z 5. Wileńską Brygadą AK. Po wydzieleniu 4. Brygady AK, trafiła pod rozkazy ppor. Longina Wojciechowskiego, ps. „Ronin”, by ostatecznie znaleźć się 2. kompanii dowodzonej przez Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”.
Pełniła rolę strzelca, sanitariuszki oraz pracowała w kuchni. W drugiej połowie 1943 r., na skutek aresztowania i zamordowania „Kmicica”, dołączyła do oddziału im. Bartosza Głowackiego. Później związała swoje losy z 5. Wileńską Brygadą AK.
Na skutek odmowy wstąpienia do Armii Berlinga została osadzona na Łukiszkach, gdzie używała nazwiska Barbara Wilkomirska. Po wyjściu na wolność w październiku 1944 roku wyjechała do Podbrodzia, gdzie rozpoczęła pracę w biurze repatriacyjnym. W marcu następnego roku została po raz kolejny aresztowana przez NKGB. Odzyskawszy wolność w kwietniu, wraz z rodzicami wyjechała do Sopotu, gdzie zdała eksternistycznie maturę. Studiowała medycynę w Poznaniu, a potem w Gdańsku.
Jako osoba czynnie zaangażowana w konspirację, zajmowała się prowadzeniem wywiadu, propagandy antykomunistycznej, redagowała i rozpowszechniała ulotki związane ze zbliżającym się referendum ludowym. W stopniu kaprala pełniła służbę w Jodłówce, gdzie do jej obowiązków należało m.in. prowadzenie kronik. Na skutek rozformowania oddziału, wraz z Leonem Smoleńskim udała się do Zielonej Góry, gdzie 17 stycznia 1947 roku została aresztowana. Poddana brutalnemu, sześciotygodniowemu śledztwu, decyzją sądu w Bydgoszczy została skazana na dwukrotną karę śmierci. Na skutek amnestii karę zmniejszono na 15 lat więzienia. Wyrok odbywała w Fordonie i Inowrocławiu.
Ponury loch
Zakład karny dla kobiet w Fordonie cieszył się w owym czasie szczególnie złą sławą. Wpływ na to miały skandaliczne warunki, w jakich przebywały osadzone w nim kobiety. W celach przeznaczonych dla jednej lub dwóch osób umieszczano osiem. Wyżywienie było niewystarczające, a możliwość korzystania ze spacerów, czytania książek i gazet była ograniczana. Wobec skazanych stosowano szykany i tortury, które miały zmusić je do złożenia dodatkowych zeznań lub podjęcia współpracy. Skazane zmuszane były również do brania udziału w zajęciach z reedukacji politycznej. Władze więzienia utrudniały lub wręcz odmawiały im możliwości uczestniczenia w praktykach religijnych. Korespondencja z bliskimi podlegała ścisłej kontroli, a widzenia trwały zwykle kilkanaście minut i miały miejsce raz w miesiącu.
Jako osoba czynnie zaangażowana w konspirację, zajmowała się prowadzeniem wywiadu, propagandy antykomunistycznej, redagowała i rozpowszechniała ulotki związane ze zbliżającym się referendum ludowym.
Jedną z form oderwania się od tej smutnej, monotonnej rzeczywistości była możliwość wykonywania pracy w więzieniu. W przypadku zakładów karnych dla kobiet istniała możliwość znalezienia pracy przy sprzątaniu, w pralni, kuchni, czapkarni, hafciarni, szwalni, trykotarni lub przędzalni. W związku z dodatkowymi obowiązkami skazane miały możliwość zarobienia pieniędzy, z których część trafiała na tzw. wypiskę (po zwolnieniu z więzienia środki te były przekazywane danej osobie) lub na „kartę” osadzonej i mogły być przez nią wydawane w więziennej kantynie. Ponadto osoby wykonujące pracę miały możliwość swobodniejszego komunikowania się z innymi skazanymi, co po miesiącach izolacji było dla nich niezwykle ważne.
Fragment wspomnień Janiny Wasiłojć-Smoleńskiej na temat warunków pracy w więzieniu w Fordonie
„Oni traktowali pracę jak nagrodę. Nie pracować oznaczało karę. Chciałyśmy pracować, dlatego że dzięki temu czas szybciej płynął. Doskonale wiedzieli, że chcemy pracować, dlatego pozbawiali nas tej możliwości. Wszystkie małowyrokowe pracowały, a z nami bywało różnie. Kiedy przenieśli nas, wysokowyrokowe, na oddział izolacyjny do piwnicy, nie pracowałyśmy. Ponadto ten oddział zorganizowano tak, aby poszczególne cele nie miały ze sobą kontaktu. Wszystko robiono oddzielnie dla każdej celi: apele, spacery, badania, kontrole. W ogóle się nie widywałyśmy. Zorganizowano dla nas nawet oddzielne podwórko spacerowe. Upychano nas w malutkich celach po 12, 16 osób. To była suterena, niewiele dochodziło tam światła i było potwornie zimno. W celi był wprawdzie piec kaflowy, ale z paleniskiem na zewnątrz. Przepalali dwa razy w tygodniu, tak że piec robił się letni. Któregoś razu oddziałowa kazała mnie i »Basi« Kobierzyckiej narąbać drewna. Wprowadziła nas na podwórze gospodarcze i kazała porąbać. Obie nie wiedziałyśmy, jak się to robi. Nie mogłyśmy trafić w polano, a jeżeli nam się to w końcu udawało, to leciało ono wysoko pod niebo. Strasznie się śmiałyśmy ze swoich umiejętności. »Baśka« mówi do mnie:
»Słuchaj, nabrałam już takiej wprawy, że za piątym razem trafiam«.
W baraku obok pracowali więźniowie, widząc nasze zmagania, wyskoczyli i w momencie porąbali to drewno. Strażniczki były zachwycone efektami naszej pracy.
W więzieniu zdobyłam kilka zawodów. Pracowałam na hafciarni, a dokładniej w pracowni robienia na drutach. Robiłam wtedy białe sweterki damskie z angory i pulowery z bardzo szorstkiej wełny. Do tej pracy skierowali mnie tuż po przywiezieniu do Fordonu. Trzeba było wybrać co chce się robić sweterki czy pulowery. Haftowałyśmy też obrusy. Koleżanka, z którą mnie przywieziono z Bydgoszczy, umiała pięknie haftować i przekonała mnie, żebym się zgłosiła do robienia serwet. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej serwety. Miałam wyhaftować dzwonki. Zola pokazała mi ścieg. Niestety nie wyszło mi to zbyt pięknie, jak skończyłam, mówić do niej:
»Zolka, to nie są dzwonki, tylko dzwony ostateczne«.
Uśmiałyśmy się z tego, jednak moja kariera hafciarki była skończona. Skierowali mnie do robienia na drutach. To zadanie też nie wychodziło mi najlepiej. Trzeba było wyrobić normę. Wzorek był ażurowy, co trochę ułatwiało zadanie, bo robiłam wielkie oczka. Później skierowali mnie do skubania wełny. Bardzo nie lubiłam tej pracy, bo cały dzień siedziałam w brudzie i kurzu. Później haftowałam milicyjne patki. Opowiadałyśmy sobie taki dowcip:
»Dlaczego te choinki są takie małe? Bo na glinie większe nie urosną«.
W wyrobieniu normy pomagały mi koleżanki Ukrainki. One pięknie haftowały i bardzo szybko wyrabiały konieczną normę, a wiedziały, że z igłą nie idzie mi najlepiej. Zawsze znajdowały sposób, aby podrzucić mi kilka zrobionych patek.
Skierowano nas też do prac na budowie, a właściwie do pomocy w remoncie tzw. szarego gmachu – podobno kiedyś był tam klasztor. Do prac remontowych zatrudniono fachowców, a nas skierowano do wynoszenia gruzu na taczkach. Później kazano nam odrywać łomem spróchniałą podłogę […] Praca na budowie była bardzo ciężka, ale my po długich miesiącach bezczynności cieszyłyśmy się, że możemy wyjść z celi. W większości byłyśmy młode i jakoś dawałyśmy radę wciągać taczki po schodach. Następny fach, jaki zdobyłam, to praczka. Oczywiście prało się ręcznie na tarach. Tutaj też miałyśmy wyznaczone normy. Aby ułatwić sobie pracę, na wypiskę zamawiałyśmy sobie dodatkowe mydło. Przy mojej bali stała „Basia” Kobierzycka z NSZ, która zawsze bardzo szybko się z tą robotą, potrafiła uporać. Któregoś razu zapytałam: »Baśka, jak ty to robisz, że tak szybko ci to idzie?«. »Bo ja mam swoją metodę« odpowiedziała. Odparłam: »A ja mam swojego Cyryla«. Koleżanki się później naśmiewały, nazywając nas Cyryl i Metody. To była bardzo ciężka praca, kiedyś nawet zemdlałam. „Baśka” która miała mnie odprowadzić do lekarza tak się przejęła, ze niemal biegła, a ja ledwo mogłam utrzymać się na nogach. To była moja ostatnia praca w Fordonie”.
Janina Wasiłojć wyszła na wolność 21 maja 1956 roku. W 1960 r. wzięła ślub z Leonem Smoleńskim. Od 1957 r. pracowała jako nauczycielka języka polskiego w szkołach podstawowych, średnich oraz wyższych. W 1963 r. ukończyła studia zaoczne w opolskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej.
W 1991 r. sąd unieważnił jej wyrok z 1947 r. oraz przyznał odszkodowanie za pobyt w więzieniu. Otrzymała medal Wojska Polskiego z 1948 r., krzyż Armii Krajowej, medal Komisji Edukacji Narodowej, krzyż Kawalerski (1986), Oficerski (1994). W 2006 r. otrzymała Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, a w 2008 została uhonorowana medalem Uniwersytetu Szczecińskiego. Zmarła 5 sierpnia 2010 r.
