Ludobójstwo, dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej w latach 40. ubiegłego wieku, rozpoczęło się na Wołyniu w lutym 1943 r. zagładą wsi Parośla. Jego apogeum nastąpiło w lipcu tegoż roku, jednak „oczyszczająca akcja”, jak nazywali członkowie OUN i UPA zaplanowane ludobójstwo, kontynuowana była w następnych miesiącach 1943 r. i zbierała swoje żniwo również w roku następnym. W pierwszym kwartale 1944 r. czystki polskiej ludności rozpoczęto na kolejnych terenach II Rzeczypospolitej, w Małopolsce Wschodniej. Nie oznaczało to jednak, że zaprzestano ich od razu na Wołyniu. Jedna z ostatnich zbrodni na tym obszarze miała miejsce w Wiśniowcu, w lutym 1944 r.
Klasztor Karmelitów Bosych pod wezwaniem św. Michała Archanioła
Jako pierwsze zaatakowano pięciotysięczne miasteczko Wiśniowiec Nowy nad rzeką Horyń, w powiecie krzemienieckim, rodową siedzibę książąt Wiśniowieckich. Główną areną zbrodniczych działań stał się klasztor Karmelitów Bosych pod wezwaniem św. Michała Archanioła, ufundowany przez Michała Wiśniowieckiego w latach 1720–1740. To tutaj doszło do masowych mordów zgromadzonej w nim licznie ludności, szukającej schronienia po rozpoczętych rok wcześniej atakach banderowców na ludność cywilną.
Już w połowie 1943 r. przebywało w klasztorze kilkaset osób (około 800). Wśród nich były przede wszystkim te, którym udało się uniknąć śmierci z rąk OUN i UPA, przekonane, że w murach klasztoru będą bezpieczne. Poczucie to wzmagał fakt, iż w mieście stacjonowały oddziały niemieckie (od 1941 r.) i węgierskie (od 1943 r.), co miało skutecznie odstraszyć Ukraińców. Realia zmieniły się wraz z wkraczającą na te tereny Armią Czerwoną.
Przewidując nadejście Sowietów, już w styczniu 1944 r. Niemcy podjęli decyzję o opuszczeniu Wiśniowca, co zrobili 2 lutego. Wkrótce potem podobnie postąpili Węgrzy, zabierając jednak ze sobą z klasztoru część ludności cywilnej. Niektóre z tych osób próbowały następnie szukać schronienia, m.in. w Podkamieniu na Podolu, gdzie jednak wkrótce również dotarli rezuny z UPA i część spośród uciekinierów straciła życie.
Propozycję opuszczenia klasztoru w otrzymał też ojciec Kamil Gleczman – jego przełożony, a także brat Cyprian Lasoń. Ostatecznie pozostali oni na miejscu wraz z kilkuset osobami, którymi kierowały różne przesłanki. Jedną z nich zapewne było przekonanie, że sytuacja się poprawi, kiedy przez te tereny przejdzie front. Inne nie dostrzegały szansy na ratunek w drodze do bardziej bezpiecznego miejsca, czy też w ogóle nie brały pod uwagę – w obliczu grasujących wszędzie band ukraińskich – dotarcia do nowego celu. Na decyzję o pozostaniu w klasztorze wpływ miało niewątpliwie dramatyczne położenie tych osób, a także niesprzyjające warunki pogodowe – nastała zima. Wiele z nich nie posiadało odpowiedniego ubioru, obuwia, było głodne i wyczerpane, zupełnie niezdolne do wyczerpującej tułaczki.
Wspomniany ojciec Kamil początkowo przystał na nalegania opuszczających Wiśniowiec Węgrów. Otrzymał w tym celu dwie ciężarówki od wojska na przewiezienie klasztornego wyposażenia. Szybko jednak zmienił zdanie. Powodem mogła być informacja, otrzymana tuż przed wyjazdem, na który zdecydowali się także pozostali jeszcze w klasztorze ludzie. Ksiądz prof. Józef Marecki przywołuje tezę, że w nocy 6 lutego do ojca Kamila przyszedł z listem nieznany Ukrainiec. Namawiano go w nim, aby jednak nie opuszczał klasztoru wraz z Polakami,
„by w ten sposób powiększyć zastęp ludzi uzbrojonych, by stworzyć oddział mogący stawić czoło nie tylko bandom grasującym, ale także wałęsającym się maruderom wojskowym”1.
Rzeź w klasztorze
Co do daty samego ataku wśród badaczy pojawiają się pewne rozbieżności. Wspomniany prof. Marecki umieszcza go już 7 lutego 1944 r., a zatem tuż po opuszczeniu Wiśniowca przez żołnierzy węgierskich, podobna data wg niego towarzyszy śmierci ojca Kamila. Tymczasem Ewa i Władysław Siemaszkowie odsuwają nieco w czasie zbrodnie w klasztorze Karmelitów Bosych i samym Wiśniowcu – na 21 lutego, argumentując, że doszło do nich właśnie w czasie oczekiwania przez przyszłe ofiary na przejście sowieckiego frontu, a ten pojawił się po 20 lutego. Badacze ci przenoszą też moment wyjazdu z Wiśniowca samych Węgrów na połowę lutego. Z kolei prof. Grzegorz Motyka utrzymuje, że do zajęcia klasztoru doszło 12 lub dopiero 20 lutego 1944 r. Faktem jest natomiast, że opisywane wydarzenia miały miejsce w lutym i była to jedna z ostatnich zbrodni, jakiej dokonali ukraińscy nacjonaliści na terenie Wołynia.
Do przeprowadzenia ataku na klasztor użyto podstępu. Kiedy w Wiśniowcu Nowym nie było już wspomnianych oddziałów węgierskich i niemieckich, wkroczył do niego oddział ukraińskiej partyzantki. Prawdopodobnie podając się za Polaków, ocalonych uciekinierów z innej wsi, a według innej wersji udając żołnierzy sowieckich, partyzanci przekonali osoby w klasztorze do otwarcia jego bram. Po tym Ukraińcy wdarli się do wnętrza i rozpoczęli mordowanie zakonników – najpierw zastrzelono ojca Kamila, potem brata Cypriana oraz Franciszka Ciesielskiego, syna Marii Ciesielskiej, ocalonej, która pozostawiła po sobie opis tych dramatycznych wydarzeń2. Następnie Ukraińcy przystąpili do wyłapywania i mordowania pozostających tam jeszcze około 180 osób – głównie kobiet i dzieci.
Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w jakiej znalazła się ludność przebywająca wówczas w klasztorze. Każdy desperacko szukał namiastki jakiegoś schronienia. Tymczasem ukraińscy nacjonaliści z łatwością odnajdywali swoje ofiary, zabijali je na miejscu albo sprowadzali do piwnic i tam dokańczali zbrodniczego dzieła. Kobiety i dzieci były również umieszczane w różnych pomieszczeniach, do których wrzucano granaty. Po takich działaniach pozostawały jedynie stosy ciał, zamknięte w nich osoby miały znikome szanse na przeżycie. Część kobiet uprowadzono, co nie polepszyło ich tragicznego losu. Do piwnic wrzucano też pozostałe ofiary – te, które zabito uderzeniem ciężkiego przedmiotu w głowę lub uprzednio powieszono.
Łącznie zamordowano w Wiśniowcu Nowym, głównie klasztorze Karmelitów Bosych, który po dokonanych zbrodniach na niewinnej ludności został obrabowany, podpalony i doszczętnie zniszczony3, blisko 300 osób. Z trwającej kilka godzin rzezi ocalał tylko jeden zakonnik i kilkoro innych osób.
Zbrodnicze działania prowadzone były także w pobliskim pałacu Wiśniowieckich i w miejskich zabudowaniach, w których spanikowani i zdesperowani Polacy szukali schronienia. Ich ciała pochowane zostały w zbiorowej mogile w zamkowej fosie.
Niemal równolegle napady objęły wieś Wiśniowiec Stary, w której zamieszkiwało około 50 polskich rodzin. Zginęło wówczas nawet 138 osób. Kilkadziesiąt z nich spalono w tamtejszym osiemnastowiecznym kościele pw. św. Stanisława Biskupa Męczennika. Ginęli też ludzie, którym w krytycznym momencie ataku na klasztor udało się uciec i ukryć w chatach Ukraińców. Prowadzono bowiem polowania na ocalałych Polaków, które kończyły się zazwyczaj sukcesem napastników. W ten sposób w Wiśniowcu Starym 26 lutego 1944 r. zamordowano trzy wykryte w domach życzliwych im osób polskie rodziny (Stemplowskich, Dudkowskich i Królikowskich)4.
Zgodnie z przewidywaniami Armia Czerwona pojawiła się w Wiśniowcu, ale już po zbrodniach. 26 kwietnia 1944 r. z klasztornych piwnic wydobyto szczątki ofiar – było to 45 porąbanych zwłok. Wśród nich znaleziono ciała ojca Kamila oraz brata Cypriana, noszące ślady tortur (u jednego głowa była okręcona kapturem, u drugiego – sznur wokół szyi). Ekshumowane szczątki złożono we wspólnej mogile na miejscowym cmentarzu (co najmniej 100 ciał) – obecnie trudnym do odszukania, zaniedbanym, porośniętym krzakami. Mogiła pomordowanych w klasztorze nie została też nigdy oznaczona czy upamiętniona.
W pewnym sensie doczekały się upamiętnienia ofiary zamordowane we wsi Wiśniowiec Stary, bowiem tam, niemniej po długich perturbacjach z sowieckimi władzami, 28 października 1967 r. umieszczony został obelisk w miejscu studni, do której ukraińscy nacjonaliści wrzucali ciała swych ofiar.
Jeśli chodzi o sprawców, to zdania badaczy różnią się, co do szczegółów. Państwo Siemaszkowie twierdzą, że był to oddział UPA, ks. prof. Marecki uważa, że w większości atakowali upowcy z kurenia Stepana Sawczuka ps. „Naływajko”, natomiast prof. Motyka podaje, że za zbrodnie w Wiśniowcu odpowiadają członkowie Służby Bezpieczeństwa OUN. Niewątpliwie jednak sprawcami byli ukraińscy nacjonaliści, a więc osoby, które uległy zbrodniczej ideologii.
* * *
Gehenna części nielicznych ocalałych z Wiśniowca się nie zakończyła. Szukając schronienia uciekli oni m.in. do miejscowości Polany w gm. Wiśniowiec. Tam natomiast już w marcu 1944 r. miał miejsce kolejny atak ukraińskich nacjonalistów, którzy zamordowali kilkudziesięciu mieszkańców miejscowości, jak również wspomnianą ludność zbiegłą z Wiśniowca. Ofiary mordu w Polanach zostały wrzucone do studni, część z nich jeszcze wówczas żyła, następnie zasypano je gruzem i ziemią. Ich szczątki jakiś czas później wydobyto i złożono we wspólnej mogile we wsi Myszkowce.
Antypolska działalność OUN i UPA osłabła dopiero w drugim kwartale 1944 r., kiedy Wołyń w zasadzie znajdował się pod kontrolą Sowietów. Nie oznaczało to bynajmniej, że Polacy nie ginęli, jednak zbrodnicza działalność ukraińskich nacjonalistów została zahamowana przez porządki zaprowadzone przez nowych włodarzy tego terenu.
1 J. Marecki, Misterium Iniquitatis. Osoby duchowne i zakonne obrządku łacińskiego zamordowane przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939–1945, Kraków 2020, s. 265.
2 Ona również jako pierwsza zeszła do podziemi, gdzie mordowano kobiety i dzieci, widziała drgające jeszcze ciała, zanim je upowcy spalili. E. Siemaszko, W. Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945, Warszawa 2000, t. 1, s. 473.
3 Wołyń 1943 – Rozliczenie, Warszawa 2010, t. 41, s. 120.
4 G. Motyka, Ukraińska partyzantka 1942–1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2006, s. 356.
