U schyłku 1919 r. sytuacja na wschodnich rubieżach odbudowującego swe granice państwa zdawała się być w pełni wyjaśniona. Po klęsce Denikina ostatnim przeciwnikiem, który mógł zagrażać Polsce, była już tylko czerwona, bolszewicka Rosja. Z nią też siły polskie, dowodzone przez Piłsudskiego, gotowały się do rozgrywki. Jak mniemano, ostatecznej.
Był to prawdziwy wyścig z czasem. Obydwie strony gromadziły środki, przegrupowywały swe oddziały, prowadziły, choć czynili to przede wszystkim bolszewicy, intensywną akcję dyplomatyczno-propagandową. Pierwszy krok militarny wykonali jednak Polacy. Już 3 stycznia 1920 r. dywizje dowodzone przez gen. Rydza-Śmigłego ruszyły, wspomagane przez oddziały łotewskie, na Dyneburg.
Potężne mrozy ułatwiły sforsowanie skutej lodem Dźwiny i po krótkich, ale zaciętych walkach miasto zostało zdobyte. Polacy wystąpili jednak w roli szczególnej – zdobyty aż po Dryssę obszar przekazano Łotyszom.
Dyplomatyczne ułudy
Polskie powodzenie na odcinku dyneburskim wywołało potężne zaniepokojenie ze strony Moskwy. Wcześniej jeszcze, 22 grudnia, minister spraw zagranicznych Rosji bolszewickiej, Gieorgij Cziczerin, zwrócił się do rządu polskiego z notą, w której proponował nie tylko zawarcie „trwałego pokoju”, ale domagał się określenia zarówno daty, jak i miejsca rokowań pokojowych. Odpowiedzi ze strony polskiej nie było, bowiem sowiecki dygnitarz występował również w imieniu „wszystkich polskich organizacji robotniczych i demokratycznych”, toteż 28 stycznia Cziczerin ponowił swą inicjatywę.
Miała ona w pierwszym rzędzie wymiar propagandowy, bowiem została nadana otwartym tekstem przez radio. Adresowano ją nie tylko do Naczelnika Państwa i rządu, ale i „polskiego ludu”. Cziczerin razem z Włodzimierzem Leninem i Lwem Trockim apelowali, by Polacy nie ulegali „imperialistycznym podszeptom” prowadzącym do „bezsensownej i zbrodniczej wojny z Rosją Sowiecką”.
Zapewniali, iż bolszewicki rząd bez jakichkolwiek wstępnych warunków uznaje niepodległość i suwerenność państwa polskiego. Dodawali też, iż każda sporna kwestia może zostać rozwiązana na drodze pokojowej.
Wystąpieniu temu towarzyszyło kolejne, sygnowane tym razem przez przewodniczącego wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego, Michaiła Kalinina, oświadczenie. Ono również, chociażby ze względu na adresata, czyli „naród polski”, miało wyłącznie charakter propagandowy.
Odpowiedź polskiego ministra spraw zagranicznych, Stanisława Patka, była lakoniczna. Rząd polski potwierdzał odbiór propozycji i zapewniał, że Polska przedstawi swe stanowisko po jej wnikliwym rozpatrzeniu. Piłsudski nie miał jednak złudzeń. Z analiz polskiego Sztabu Generalnego wynikało niezbicie, iż Armia Czerwona dopiero się przygotowuje do marszu na zachód i będzie zdolna do działania nie wcześniej, jak latem. „Dyplomatyczne” kroki bolszewików nie były zatem niczym innym, jak próbą zyskania na czasie. A zarazem tworzyły one wrażenie, zwłaszcza w zbałamuconej propagandowo zachodniej Europie, że to właśnie Polska ma agresywne zamiary wobec Rosji sowieckiej.
„Dyplomatyczne” kroki bolszewików nie były zatem niczym innym, jak próbą zyskania na czasie. A zarazem tworzyły one wrażenie, zwłaszcza w zbałamuconej propagandowo zachodniej Europie, że to właśnie Polska ma agresywne zamiary wobec Rosji sowieckiej.
Piłsudski, konstruując swe plany wschodnie, musiał zatem rozwiązać cały szereg skomplikowanych problemów. Rzecz szła i o właściwe przygotowanie armii, składającej się przecież w większości z młodego, mało jeszcze ostrzelanego żołnierza, i o zneutralizowanie obaw zachodnich polityków (czemu służyć miała misja styczniowa ministra Patka do Londynu), i na koniec o przekonanie sejmowej większości do zasad wypracowanych w Belwederze w kwestiach wschodnich.
Ostatni problem rozstrzygnięty został już 24 lutego. Dwie komisje sejmowe, wojskowa i spraw zagranicznych, głównie dzięki znakomitej argumentacji wiceministra spraw wojskowych, gen. Sosnkowskiego, przyjęły do wiadomości zasady, według których polski gabinet zamierzał odpowiedzieć na noty Moskwy.
Strona polska nie odrzucała bolszewickich propozycji. Domagała się jednak, by krzywdy rozbiorowe zostały naprawione, zaś ludność zamieszkująca obszar dawnej Rzeczypospolitej na jej wschodnich rubieżach uzyskała realną możliwość swobodnego wypowiedzenia się co do swej przynależności państwowej. Polska nota, wyekspediowana przez Patka 27 marca, zawierała zatem zgodę na wszczęcie rokowań i propozycję co do ich miejsca. Miałby to być Borysów, a rokowaniom towarzyszyłoby lokalne, obejmujące ten właśnie odcinek, zawieszenie broni. Cziczerin zaakceptował jedynie termin ewentualnych rozmów – 10 kwietnia – natomiast stronie rosyjskiej nie odpowiadało ani miejsce, ani jego frontowy kontekst. Zamiast Borysowa w kolejnych wystosowywanych przez Moskwę notach pojawiały się nazwy miast estońskich, ale i Petersburga, Warszawy, Białegostoku, Grodna, a nawet Londynu czy Paryża. W owej grze pozorów ukrywało się to, co dla bolszewików było naprawdę istotne – żądanie zawieszenia działań wojennych na całej długości frontu. Sparaliżowanie polskich poczynań militarnych dawałoby w ten sposób Armii Czerwonej tak pożądaną organizacyjną i, co ważniejsze, operacyjną przewagę.
Siły bolszewickie, w trakcie owych pozorowanych rokowań stale rosły. W początkach kwietnia naprzeciwko Polaków stały 4 armie: 15. nad Dźwiną, 16. Na Polesiu, 12. na Wołyniu i 14. na Podolu. Od kwietnia przeciwpolski front zaczęły wzmacniać oddziały walczące dotąd z Denikinem. Zbliżał się czas ostatecznego rozstrzygnięcia.
Wyprawa kijowska
W końcu kwietnia Piłsudski nie mógł już zwlekać. I choć uderzenie polskie nie mogło objąć całego, ciągnącego się od Dźwiny do Dniestru, frontu, nieprzyjaciela należało niezwłocznie uprzedzić. Celem operacji miał być zatem Kijów.
Wyprawa do serca Ukrainy miała jednak nie tylko militarny, ale i polityczny charakter. Piłsudski, kierując się swymi federalistycznymi planami, zamierzał dopomóc Petlurze w odbudowie państwa ukraińskiego. Trudne, prowadzone jeszcze od jesieni 1919 r., rokowania doprowadziły ostatecznie do podpisania 21 kwietnia 1920 r. układu polsko-ukraińskiego. Regulowano w nim przebieg linii granicznej, ustalano – w odrębnej konwencji – zasady współdziałania wojskowego, rząd polski zaś, uznając prawo „Ukrainy do niezależnego bytu państwowego”, stawał się rzeczywistym gwarantem tego bytu. Co więcej, jeszcze przed formalnym podpisaniem układu, bo już w momencie przyjęcia poufnych uzgodnień, z internowanych w Polsce żołnierzy armii naddnieprzańskiej zaczęto formować oddziały ukraińskie.
Czytelnym zapisem intencji strony polskiej stała się odezwa Naczelnego Wodza skierowana „do wszystkich mieszkańców Ukrainy”. Piłsudski zapowiadał w niej, że „wojska polskie usuną z terenów, przez naród ukraiński zamieszkałych, obcych najeźdźców”, same pozostaną na nich dopóty tylko, dopóki nie obejmie nad nimi władzy „prawy rząd ukraiński”.
Czerwona Rosja, zagrożona utratą Ukrainy, zmobilizowała, odwoławszy się w swej propagandzie do potępianych wcześniej akcentów nacjonalistycznych, wszystkie swe siły.
Realność najpiękniej nawet brzmiących deklaracji politycznych zależała jednak od sukcesu militarnego, a ten, zwłaszcza w pierwszych dniach wyprawy kijowskiej, zdawał się bliski. Już 26 kwietnia oddziały polskie zajęły Żytomierz. Nazajutrz – Koziatyń i Berdyczów. Wreszcie 8 maja polscy piechurzy i kawalerzyści wkroczyli do Kijowa i przeszli na prawy brzeg Dniepru. Siły armii bolszewickich zdawały się wyczerpane. Piłsudski gotował się do kolejnego uderzenia – na Mohylów.
Błyskawiczne postępy polskiej ofensywy wywołały w kraju prawdziwy, powszechnie demonstrowany, entuzjazm. Wiwatowała ulica. Dziękczynny adres do Naczelnego Wodza wystosował sejm. Trudno się więc dziwić, że przybywającego 18 maja do Warszawy Piłsudskiego marszałek sejmu, Wojciech Trąmpczyński, witał jak tryumfatora, jak wodza powracającego „ze szlaku Bolesława Chrobrego”. Za Piłsudskim od wschodu nadciągała jednak potężna burza.
Wszystko dla frontu, wszyscy na front
Pierwsza próba bolszewickiego kontruderzenia nastąpiła już 14 maja. Na północnym odcinku frontu, w okolicach Lepla i Uszcza, ruszyła na pozycje polskie 15. sowiecka armia. Druga, 16., uderzyła od Berezyny na Borysów. Sytuacja ta zmusiła Piłsudskiego do zrezygnowania z ofensywnych planów na południu. Odwody, którymi Naczelny Wódz dysponował, przerzucono niezwłocznie na północny odcinek frontu. Bolszewicy zostali odrzuceni nad Autę i Berezynę. Niebezpieczeństwo na północy, jak szybko się okazało, jedynie przejściowo zostało zażegnane. Nowe, w postaci armii konnej Siemiona Budionnego, pojawiło się natomiast na południu.
Budionny próbował przełamać front polski już w końcu maja. Odepchnięty przez 13. dywizję (niegdyś 1. w Błękitnej Armii) bolszewicki dowódca zdołał jednak natrafić na lukę na styku dwu polskich armii i przerwał linię frontu. Wyrwę tę udało się jeszcze załatać, jednak rajdy konarmii, operującej na głębokich tyłach, niebezpiecznie dezorganizowały polskie zaplecze.
Oczekiwano też ratunku od Zachodu, który na konferencji w belgijskim Spa zażądał od bolszewików wstrzymania ofensywy i zadowolenia się linią graniczną, do jakiej aktualnie dotarła Czerwona Armia. Wykreślona w ten sposób linia, od angielskiego ministra spraw zagranicznych zwana linią Curzona, redukowała Polskę w praktyce do obszarów etnograficznych.
Czerwona Rosja, zagrożona utratą Ukrainy, zmobilizowała, odwoławszy się w swej propagandzie do potępianych wcześniej akcentów nacjonalistycznych, wszystkie swe siły. Odtworzono, zniszczoną niemal doszczętnie w pierwszej fazie polskiej ofensywy, 12. armię. Z armii 14. atakowała polskie oddziały silna grupa Iony Jakira. Od tyłu groził Budionny. W tej sytuacji czująca się coraz niepewniej polska 3. armia, choć z ociąganiem, 10 czerwca opuściła Kijów. Wojsko polskie zaczęło się cofać. W momencie, gdy front południowy zaczął się stabilizować na terenie Wołynia, na północy ruszyło długo przygotowywane uderzenie. Dowódca północno-zachodniego frontu, Michaił Tuchaczewski, zapowiadał, że „droga do światowego pożaru wiedzie poprzez trupa Polski!”.
Czerwona Rosja zamierzała rozprzestrzenić rewolucyjny pożar na całą Europę.
Siła bolszewickiego uderzenia przeszła polskie oczekiwania. Już w nocy z 6 na 7 lipca siły Tuchaczewskiego sforsowały Berezynę. Północny front zaczął się łamać. W kilka dni później, 11 lipca, polskie oddziały opuściły Mińsk. Wreszcie 14 lipca bolszewicy wkroczyli do Wilna (przekazali zresztą później stolicę Litwy władzom w Kownie). Armia polska cofała się coraz gwałtowniej. Padły pozycje na linii Niemna i Szczary. W pięć dni po Wilnie bolszewicka konnica wdarła się do Grodna. 28 lipca zajęty został Białystok. W końcu lipca przeciwnik podchodził pod linię Narwi i Bugu.
Polska armia, choć ponosiła dotkliwe porażki, nie została rozbita. Zawodzili niekiedy wyżsi dowódcy, stąd ów – zarzucany później Piłsudskiemu – „kontredans”, polegający na ich wymianie, żołnierz jednak nie tracił ducha. Tracili go natomiast politycy. Piłsudski z następcy Chrobrego stał się konstruktorem klęski.
Polityczni przeciwnicy, głównie spod znaku Narodowej Demokracji, domagali się, by zastąpić go kimś innym. Oczekiwano też ratunku od Zachodu, który na konferencji w belgijskim Spa zażądał od bolszewików wstrzymania ofensywy i zadowolenia się linią graniczną, do jakiej aktualnie dotarła Czerwona Armia. Wykreślona w ten sposób linia, od angielskiego ministra spraw zagranicznych zwana linią Curzona, redukowała Polskę w praktyce do obszarów etnograficznych. Bolszewicy, prowadząc rokowania, grali jednak na zwłokę. Ich oddziały nie zamierzały się zatrzymywać, a propozycje wysunięte pod adresem Polski w czasie bezpośrednich rokowań czyniłyby z Rzeczypospolitej wasala z czerwonym rządem, który właśnie, na czele z Feliksem Dzierżyńskim i Julianem Marchlewskim, instalował się w Białymstoku.
Od początku lipca o losach Polski decydowała Rada Obrony Państwa, od 24 lipca wspierana przez nowy gabinet, będący rządem jedności narodowej, na czele z Witosem i Daszyńskim. Rosnące niebezpieczeństwo zjednoczyło i społeczeństwo, i swarzących się polityków. Zaczęto formować armię ochotniczą. O wsparcie państwa zaapelował do chłopów Witos. Rozstrzygnięcie zapaść musiało jednak na froncie. Ten zaś zbliżał się do Wisły, do Warszawy.
Bitwa warszawska
Piłsudski, dla którego wojenne powodzenie bolszewików było początkowo sporym zaskoczeniem, wkrótce zaczął przemyśliwać o odwróceniu karty. Początkowo nosił się z planem uderzenia w bok nacierających sił bolszewickich, z wykorzystaniem twierdzy brzeskiej. Niestety, dowodzona przez gen. Sikorskiego armia nie zdołała jej dostatecznie długo utrzymać, toteż w pierwszych dniach sierpnia Marszałek, ściśle współpracując z nowym szefem sztabu, gen. Rozwadowskim, przygotował nowy plan. Jego ideą było uderzenie od południa, od strony rzeki Wieprz, na próbujące zająć Warszawę rozciągnięte oddziały Tuchaczewskiego, marzącego o powtórzeniu manewru Paskiewicza. Było to możliwe po przegrupowaniu sił, powstrzymaniu na południu Budionnego, zdobywającego Lwów, a przede wszystkim po wlaniu w żołnierza nowego, bojowego ducha.
Piłsudski odrzucił pomysły francuskiego doradcy, gen. Maxime’a Weyganda, radzącego prowadzenie biernej, stacjonarnej obrony i zdołał zrealizować swój zamysł. W ten sposób doszło do „cudu nad Wisłą”, do 18 najważniejszej bitwy w dziejach świata.
Natarcie głównych sił, które ruszyły do boju 16 sierpnia, poprzedziły zacięte walki pod Radzyminem i atak w kierunku Nasielska dowodzonej przez Sikorskiego 5 armii. Bolszewicy zostali osadzeni w miejscu. I wtedy to, ku swojemu niebotycznemu zaskoczeniu, ujrzeli na swych tyłach polskie oddziały. Gwałtowne parcie do przodu zamieniło się w paniczny odwrót. Próby zorganizowania oporu na linii rzek litewskich nie powiodły się i bolszewicy odstępowali coraz dalej. Jednak i strona polska była już zmęczona wojną, toteż rokowania pokojowe prowadzone w Rydze doprowadziły wpierw do zawieszenia broni, a 18 marca 1921 r. do podpisania pokoju, który wytyczał wschodnią granicę II Rzeczypospolitej.
* * *
W trakcie bolszewickiego naporu Polska poniosła jednak inne, dotkliwe straty. Katastrofę przyniosły, przeprowadzone 11 lipca, plebiscyty na Warmii, Mazurach i Powiślu, gdzie tylko znikomy procent mieszkańców oddał swój głos za Polską. W Spa zachodnie mocarstwa przyznały sporne tereny Śląska Cieszyńskiego Czechosłowacji. Osiągnęli natomiast swe cele powstańcy śląscy, po raz drugi w sierpniu 1920 r. chwytając za oręż. Generał Lucjan Żeligowski zaś na rozkaz Piłsudskiego „zbuntował” swą dywizję, odbił z rąk litewskich Wilno i na tym obszarze powołał do życia tzw. Litwę Środkową. Bój o granice, wyjąwszy odcinek górnośląski, dobiegał tym samym końca. Nadchodził czas finalizacji sporu o kształt ustrojowy Rzeczypospolitej.
Tekst stanowi fragment książki „Dawniej to było. Przewodnik po historii Polski” (2019)
Całość publikacji dostępna w wersji drukowanej w księgarni internetowej ksiegarniaipn.pl
