Komuniści już w początkowym okresie tworzenia reżimu dążyli do zbudowania nowej pamięci historycznej. Mimo niechęci do idei polskiej niepodległości uznali, że tradycje Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy oraz Komunistycznej Partii Polski, wrogo nastawionych do polskiej niepodległości, nie dadzą im wystarczającej legitymizacji ideowej. Do czasu umocnienia reżimu byli zmuszeni zaakceptować część dawnych tradycji i dostosować je do własnych celów i ideologii.
Dominującą w okresie PRL narrację o Powstaniu Styczniowym można dostrzec już w styczniu 1945 r. na łamach „Życia Warszawy”. Zryw roku 1863 r. interpretowano w ramach marksistowskiego paradygmatu walki klasowej. Według autora artykułu rocznicowego z 22 stycznia 1945 r. umiarkowany obóz Białych, którego przedstawiciele wywodzili się głównie z bogatej szlachty, która „nie chciała pozbyć się dochodów, pochodzących z haniebnego wyzysku chłopa”, w imię swoich interesów skazywał zryw na klęskę.
Ważnym elementem tej interpretacji genezy klęski Powstania był także argument o słabości „polskiego ruchu demokratycznego”, utożsamionego z radykalnymi hasłami stronnictwa Czerwonych. W propagandzie komunistycznej, już od lipca 1944 r., „obozem demokratycznym” nazywano Polską Partią Robotniczą oraz inne, w mniejszym lub w większym stopniu kryptokomunistyczne, ugrupowania współpracujące przy budowie reżimu. Wszystkie pozostałe siły polityczne nazywano „faszystowskimi” lub „reakcyjnymi”.
„Dziś w wielu wypadkach znajdujemy stan rzeczy podobny owym czasom. Na emigracji sanacyjna reakcja szczuje przeciw patriotom. Jak wówczas polska reakcja poświęciła dla swojej prywaty interes narodu, tak też dzisiaj londyńska sanacja kieruje swoją politykę po linii interesów odwiecznego niemieckiego wroga, wbrew zdrowemu rozsądkowi nakazującemu nam bezwzględne utrzymanie ścisłego sojuszu z państwami antyfaszystowskiego frontu (…). Jak wówczas dla ochrony interesów obszarników reakcja sprzeciwiła się uwłaszczeniu włościaństwa, tak też i teraz dla tych samych powodów sanacyjna reakcja zwalcza reformę rolną i sprzeciwia się dziełu sprawiedliwości wobec polskiego chłopa”
– czytamy na łamach „ŻW”.
Pudrowanie rosyjskiego imperializmu
Szczególnie charakterystyczne dla przekazu nowego reżimu było dążenie do zastąpienia powszechnego obrazu Armii Czerwonej, uznawanej za brutalnego okupanta, propagandą współpracy ze Związkiem Sowieckim, który miał zabezpieczyć nie tylko przyszłe granice Polski, ale także samo istnienie nowego porządku politycznego i społecznego.
„(…) wówczas demokracja polska była słaba, dzisiaj jest ona potężna. Dzisiaj ma ona za sobą cały polski naród, dzierży w swoim ręku rząd, rozporządza potężnym Wojskiem Polskim. Jak wówczas tak i teraz znajduje polska demokracja poparcie w demokracji rosyjskiej, lecz demokracja rosyjska dziś dzierży niepodzielnie ster rządów Związku Radzieckiego czyni nas dzisiaj potężniejszymi, niż kiedykolwiek. (…) Dziś demokracji polskiej nic już nie przeszkodzi w zrealizowaniu zasady z roku 1863 uczynienia wszystkich wolnymi i równymi obywatelami kraju”
– podkreślano na łamach „Życia Warszawy”.
W Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej zachował się także przygotowany już w styczniu 1945 r. przez Zarząd Polityczno-Wychowawczy Milicji Obywatelskiej scenariusz pogadanki o Powstaniu Styczniowym. Także tam zryw był przedstawiany w kategoriach konfliktu klas i zdrady elit Królestwa Polskiego.
„A więc szczerze do niepodległości dążyły tylko grupy demokratyczne. Reakcja dbała tylko o własne interesy, a »patriotyzm« jej był maską, pod którą ukrywała się zdrada”
– czytamy.
Wspomniane wyżej, w duchu propagandy „braterskiego sojuszu ze Związkiem Radzieckim”, wspieranie aspiracji Polaków przez nazywanych „demokratami” rewolucjonistów rosyjskich nie było wcale tak oczywiste. Na fali odwilży politycznej po klęsce Rosji, środowiska dążące do liberalizacji reżimu carskiego z nadzieją patrzyły na podobne przemiany w Królestwie Polskim, upatrując w nich szansy na uruchomienie podobnych procesów w całym imperium. Nastroje zmieniły się po krwawo rozpędzonych demonstracjach w Warszawie w lutym 1861 r.
„Problem Polski, to niebezpieczna chmura na horyzoncie Rosji”
– pisał liberalnie nastawiony Konstantin Kawielin. Jego szczególny niepokój wzbudzała wizja odrodzenia dawnej Rzeczypospolitej, obejmującej „ziemie Wszechrusi”, a więc Białorusi, Ukrainy i Litwy. W artykule adresowanym do „szalonych Polaków” na łamach słowianofilskiego „Dnia” z lutego 1861 r. czytamy:
„Czyż jesteście tak głusi i ślepi, czyż sądzicie, że na rozległej ziemi rosyjskiej, od Kamczatki do Karpat, na Wielkiej, Małej, Białej i Czerwonej Rusi, znajdzie się bodaj jeden Rosjanin, który by nie zapłonął oburzeniem wobec waszych fałszywych i zuchwałych roszczeń, który by nie oddał życia w walce z wami o zachowanie naszych prastarych ziem rosyjskich, naszego po trzykroć świętego Kijowa!”.
Dodawał, że Polacy powinni pogodzić się, że odrodzenie ich państwa jest niemożliwe. Jego stanowisko popierał, wzmacniając przypomnieniem o „polskiej anarchii”, między innymi słowianofil Konstantin Aksakow. Dopuszczał istnienie Polski wyłącznie jako kraju „słowiańskiego”, a więc wiernego Rosji i prawosławnego.
Powstanie jako element dziejów „postępu”
Swoistymi kontynuatorami tez słowianofilów sprzed stulecia byli autorzy podręczników szkolnych w PRL. Czołowe marksistowskie agitatorki Janina Schoenbrenner i Gryzelda Missalowa z nieukrywaną pogardą podkreślały, że obóz białych chciał „przy poparciu Anglii i Francji odbudować dawne państwo polskie z ziemiami białoruskimi, ukraińskimi, litewskimi”.
Z dumą (i wbrew rzeczywistemu programowi radykałów) podkreślały, że „jedynie lewica czerwonych nie sięgała po «prowincje wschodnie»” (tj. po ziemie Białorusi i Ukrainy). Za swoją działalność na szkodę polskiej oświaty obie autorki otrzymały około 1950 r. wyrok śmierci. Rozbitemu podziemiu niepodległościowemu nie udało się go wykonać, ale w akcji ekspropriacyjnej przejęto całość honorarium Schoenbrenner, które otrzymała za swój podręcznik.
Skala manipulacji dokonanych przez Schoenbrenner i Missalową była tak wielka, że ich podręczniki zniknęły ze szkół po 1956 r. W kolejnych dekadach nie przemilczano już niepodległościowego wymiaru powstania.
Znacznie częściej, niż wrogie sprawie niepodległości Polski wypowiedzi rosyjskich słowianofilów, przywoływano w oficjalnej historiografii PRL cytaty z dzieł klasyków myśli socjalistycznej, szczególnie jego najważniejszego twórcy – Karola Marksa. Rzadziej pamiętano, że niemiecki ideolog widział rolę dla polskiego ruchu niepodległościowego, ale wyłącznie w ramach ruchu rewolucyjnego obejmującego całą Europę.
„Każda rewolucja na Zachodzie, która nie zdoła porwać za sobą Polski i zapewnić jej niezawisłość, skazana jest na klęskę. Zaiste Polska nie jest podobna do żadnego innego kraju. Z punktu widzenia rewolucji jest ona kamieniem węgielnym gmachu Europy: w zależności od tego, czy w Polsce przeważy rewolucja, czy reakcja, pierwsza albo druga odniesie ostateczne zwycięstwo w całej Europie”
– mówił podczas londyńskich obchodów rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego w 1876 r.
W 1963 r. obchodzono setną rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Jej oficjalne obchody włączono w rozciągnięty na kilka lat plan obchodów Tysiąclecia Państwa Polskiego. 22 stycznia, po długim remoncie, w obecności Władysława Gomułki i ambasadora ZSRS, otwarto Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, oddział Muzeum Historii Polskiego Ruchu Rewolucyjnego. Otwarto także wystawy „Powstanie Styczniowe 1863 roku” oraz „Początki ruchu socjalistycznego na ziemiach polskich – Wielki Proletariat”. W ten sposób potwierdzano obowiązującą narrację łączącą Powstanie Styczniowe z dziejami polskiej lewicy.
Wspólnota oporu
U schyłku PRL do dziedzictwa zrywu z 1863 r. odwoływały się środowiska opozycji demokratycznej, niezależnie od dzielących je istotnych różnic ideowych. Szczególnie często podziemne drukarnie przypominały pieczęć Rządu Narodowego, której tarcza herbowa przypominała o jedności dawnej Rzeczypospolitej – Korony, Litwy i Rusi. W poprzednich dekadach ten – kluczowy dla niezakłamanej historii Powstania Styczniowego – symbol był wspominany wyłącznie na emigracji, szczególnie w środowisku paryskiej „Kultury”, stanowiąc jeden z fundamentów wykuwanej tam idei porozumienia Polski i nacji znajdujących się w sowieckim więzieniu narodów.
Inspiracjami dla opozycji było także doskonale zorganizowane Tajemne Państwo Polskie i długofalowe konsekwencje zrywu, który paradoksalnie przyczynił się do odrodzenia moralnego i politycznego, zauważalnego w Królestwie Polskim już w kilkanaście lat po śmierci Traugutta.
Na ten aspekt dziedzictwa Powstania Styczniowego zwrócił uwagę związany ze środowiskiem katolickiego „Znaku” publicysta Bohdan Cywiński. Podczas krótkiej „odwilży” po dojściu do władzy Edwarda Gierka, opublikował „Rodowody niepokornych”, zbiór esejów przybliżających fenomen przedstawicieli pokolenia dorastającego w cieniu Powstania Styczniowego, które miało decydujący wpływ na odbudowę niepodległej Polski w 1918 r.
Cywiński wykorzystywał kostium dziewiętnastowiecznych sporów ideowych do przekonania urodzonych już pod rządami komunistycznymi, że osiągalne jest wybicie się na niezależność od narzuconego systemu władzy, tak jak możliwe było to dla „pokolenia urodzonego w pobliżu Powstania Styczniowego i wychowanego w okresie najciemniejszej nocy politycznej, jaka kiedykolwiek zapadła nad Polską”.
Nieprzypadkowo więc „Rodowody niepokornych” były wielokrotnie wznawiane, zarówno przez wydawnictwa drugiego obiegu, jak i oficyny na emigracji.
„Do podjęcia tego tematu skłania nas bowiem nie tylko historyczna ciekawość, ale i przekonanie, że refleksja nad podstawami społeczno-etycznymi tamtej epoki zdolna jest pogłębić nasze postawy moralne, które skłaniają nas do najbardziej współczesnych zaangażowań moralnych”
– podkreślał we wstępie Bohdan Cywiński.
Ku niepodległości
Swoistym zamknięciem peerelowskiej narracji o Powstaniu Styczniowym było ukazanie się w 1989 r. krótkiej monografii profesora Stefana Kieniewicza „Manifest 22 stycznia 1863 roku”, która już po śmierci autora ukazała się jako część syntezy „Trzy powstania narodowe: kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe”.
Według relacji jego otoczenia, przytoczonych przez prof. Zbigniewa Romka w tomie studiów „Drogi do niepodległości. Reminiscencje popowstaniowe”, Kieniewicz w drugiej połowie lat osiemdziesiątych sygnalizował, że w poprzednich dekadach niewystarczająco doceniał znaczenie narodowowyzwoleńczych postulatów powstania i pragnień odbudowy dawnej Rzeczypospolitej. Co równie istotne, w swoich ostatnich publikacjach Kieniewicz podkreślał znaczenie symboliki i tradycji Powstania Styczniowego dla kolejnych pokoleń Polaków:
„Najwymowniejszym może świadectwem tej tradycji jest dochowanie się aż do połowy XX wieku dziesiątków powstańczych piosenek, notorycznie komponowanych w obozach roku 1863; wyśpiewywano je w gronie rodzinnym i przyjacielskim, po wsiach i miastach, przekazując następnemu pokoleniu słowa i melodię, a wraz z nimi także ideę. Ideę nieodpartej potrzeby zrzucenia obcego jarzma, »wybicia się na niepodległość«”.
