Niektórzy, aczkolwiek nieliczni, zapewne będą potrafili opowiedzieć kim był i czym zasłynął1. W końcu na jego cześć przemianowano ulicę na której mieszkał (w centrum Białegostoku), a która przed wojną nazywała się Kupiecka. Znajdziemy tam też tablicę z napisem: „Tu zginął z rąk morderców hitlerowskich 8 II 1943 r. Icchok Malmed, bohater-bojownik getta białostockiego. Cześć jego pamięci”, pod którą corocznie z okazji rocznicy likwidacji getta w Białymstoku (z niezrozumiałych powodów obchodzonej 5 lutego, podczas gdy faktyczna likwidacja rozpoczęła się 16 sierpnia 1943 r.) składane są kwiaty i palone znicze. Co ciekawe, ulice jego imienia znajdują się też w Ełku i Sokółce.
Kim zatem był Icchok Malmed i jak przedstawiana jest opowieść o nim na portalach internetowych oraz w dziesiątkach publikacji, wspomnień i relacji?
Butelka z kwasem
Prawdopodobnie urodził się w Brześciu nad Bugiem w 1903 r. Przed wojną pracował w farbiarni, a w jej trakcie – w fabryce grzebieni. Miał żonę i dziecko. Mieszkał przy ul. Kupieckiej 29.
Rzekomo był komunistą powiązanym z gettową konspiracją. Dnia 5 lutego 1943 r., gdy rozpoczęła się pierwsza akcja likwidacyjna w białostockim getcie, Malmed w swoim domu oblał kwasem funkcjonariusza Kripo o nazwisku Munter vel Minter, a ten – oślepiony – zastrzelił swego kolegę, Wilhelma Fritscha.
W obiegu publicystycznym i naukowym funkcjonują rozmaite opisy tego zajścia: Malmed miał rzucić butelką z kwasem tuż przed domem albo wewnątrz, po tym jak przepuścił poprzedzającego Niemców funkcjonariusza policji żydowskiej (OD-mana). W jeszcze innej wersji poparzonych miało zostać dwóch Niemców. Ten desperacki czyn był w istocie jedynym znanym aktem oporu Żydów podczas akcji lutowej.
W zamieszaniu, które nastąpiło, Malmed zbiegł, lecz gdy Niemcy zagrozili odwetem, miał się dobrowolnie zgłosić. Został powieszony przy budynku Judenratu, a ciała nie pozwolono pochować przez kilka dni. Jego śmierć również obrosła legendami. Według niektórych relacji był wcześniej torturowany, twierdzono również, że wygrażał swoim oprawcom.
W części wspomnień podkreśla się, że Niemiec oblany kwasem zmarł w męczarniach i wskazuje, że była to niemiecka ofiara żydowskiego oporu w białostockim getcie.
Icchok Malmed funkcjonuje dziś jako jeden z kluczowych symboli żydowskiego oporu i bohaterstwa w obliczu Zagłady. Jego nazwisko pojawia się nieodłącznie wszędzie tam, gdzie wzmiankowane jest białostockie getto. W narracjach o Malmedzie rzadziej podkreśla się, że niemiecki odwet nastąpił niemal natychmiast. W ogrodzie Pragego2 rozstrzelano około stu osób, w tym mieszkańców domu przy ul. Kupieckiej 29 – wśród nich żonę i dziecko Malmeda. W jednej z wersji wydarzeń Niemcy najpierw zażądali natychmiastowego wydania Malmeda, a gdy to nie nastąpiło, podjęli decyzję o egzekucji i zagrozili kolejnymi represjami. Jeszcze rzadziej wspomina się o tym, że Malmed nie zgłosił się sam, lecz został schwytany przez braci Judkowskich – żydowskich agentów Gestapo. Stało się tak wtedy, gdy Niemcy kazali Judenratowi wyznaczyć nagrodę za jego ujęcie w wysokości 10 000 marek (dla porównania – średnia wypłata wynosiła około 50 marek).
Białostoccy Żydzi podczas likwidacji getta. Zdjęcia wykonane przez niemieckiego żołnierza pomiędzy 15 a 20 sierpnia 1943 r. Fot. Wikimedia (domena publiczna)
Zeznanie SS-mana
Jak widzimy, funkcjonuje co najmniej kilka wersji opowieści o Malmedzie. Wszystkie są jednak obarczone poważnymi wadami z prostego powodu: brakowało bezpośredniego świadka wydarzeń. W rezultacie hagiografię Malmeda utkano z pogłosek, domysłów i niesprawdzonych relacji.
Często odkryć historycznych badacz dokonuje przypadkowo. Tak też było tym razem. Podczas lektury akt z procesów zbrodniarzy niemieckich, którzy działali w Białymstoku lub na terenie Okręgu Białystok, natrafiłem na protokół przesłuchania Jakoba Mutha z dnia 15 lipca 1966 r. Był to podoficer SS, funkcjonariusz białostockiego Kripo, czasowo oddelegowany do Prużany, gdzie brał udział w likwidacji tamtejszego getta jesienią 1942 r.
Jak się okazało, był to właśnie ów człowiek, którego Malmed oblał kwasem o świcie 5 lutego 1943 r. Przyjrzyjmy się zatem jak wyglądało to zdarzenie z perspektywy Jakoba Mutha. Mimo upływu lat, opowiadał o nim dość chaotycznie. Utrzymywał, że do budynku, gdzie przebywał Malmed, wszedł na samym początku akcji.
„A więc: Wilhelm, ja i ten Polak weszliśmy do domu. Tam siedziała kobieta, całkiem ociężała, jakaś przygaszona. Pytam: »Gdzie jest pan [pan niejasne w oryginale – przyp. PK]?« – »Pan nicht da« (pana nie ma). Następne drzwi były zamknięte. Mówię: »Otwierać [Aufmahen]«. Wilhelm mówi: »Otwierać!«. Otworzyliśmy je siłą. W tym samym momencie z ciemności wypadła jakaś maź prosto w twarz. Nie wiedziałem, co to było. Najpierw tylko syk – skóra spalona. Słyszałem jedynie syczenie i szum w uszach. Odsunąłem się do ściany. Sekunda strachu – odskoczyłem, oddałem strzały i zrobiłem wszystko, żeby się stamtąd wydostać. Pamiętam, jak wyszedłem – w narożniku domu, na podwórzu; nie od ulicy, tylko z tyłu, przez tylne wejście, które chyba było zamknięte. Była tam duża brama. Wtedy zawołałem o pomoc. Ktoś mnie złapał i powiedział: »Człowieku, jak ty wyglądasz?«. Cały byłem oblany krwią. Wyglądałem jak Murzyn. No więc on mnie złapał i najbliższym samochodem zawiózł na posterunek. To był cały mój udział w tej akcji”3.
Niedługo potem Muth trafił do lazaretu, ale nie było tam lekarza. Odesłano go do drugiego punktu i z powrotem. W końcu założono mu na twarz maskę z lekarstwami przeciwbólowymi. Po około ośmiu dniach dotarł do okulistycznego szpitala w Szczecinie. Po rekonwalescencji pozostał 10–15% uszczerbek wzroku. Co ciekawe, po leczeniu Muth na krótko powrócił o Białegostoku, a potem został skierowany do szkoły podoficerskiej Waffen-SS. Według tego, co utrzymywał, do końca wojny służył w jednostkach tyłowych. Gdy był w Białymstoku, otrzymał zdjęcie grobu kolegi Wilhelma, który został tu pochowany. Gdy przesłuchiwano go w 1966 r, nie mógł uwierzyć, że to on go zabił. Twierdził, że nic o tym nie wiedział.
Fakty i legenda
Co wnosi zeznanie Mutha do historii Malmeda? Aby to wyjaśnić, należy przypomnieć, że tuż przed rozpoczęciem niemieckiej akcji likwidacyjnej przewodniczący białostockiego Judenratu, Efraim Barasz, ustalił z przywódcą konspiracji w getcie, Mordechajem Tenenbaumem, iż podziemie nie będzie stawiało oporu. Niemcy obiecali bowiem, że wywiozą „tylko” 6300 Żydów. Uznano, że mniejszość musi zostać poświęcona dla dobra większości.
Judenrat sporządził listy osób przeznaczonych do deportacji, a (zgodnie z ustalonym z Niemcami scenariuszem) żydowska policja miała te osoby „oddać” w ręce funkcjonariuszy niemieckich. Opór Malmeda już na samym początku akcji oraz bierny opór tysięcy Żydów, którzy ukryli się w setkach schronów, doprowadziły jednak do całkowitego załamania się niemieckiego planu. Niemcy przez tydzień musieli wyciągać ludzi z kryjówek, a po ataku Malmeda stali się znacznie bardziej brutalni. Według relacji zastrzelili w getcie setki Żydów (mowa nawet o tysiącu) i wywieźli około 10 000, znacząco przekraczając ustalony limit.
Po ataku Malmeda Niemcy działali ostrożniej, podobno posługując się policją pomocniczą złożoną z Białorusinów. Warto przypomnieć, że na samym początku do getta weszli tylko funkcjonariusze Gestapo i Kripo – w sumie kilkudziesięciu ludzi.
Czy zatem Malmed nie znał ustaleń między Judenratem a podziemiem? Czy świadomie ich nie respektował? A może było jeszcze inaczej? Trudno dziś jednoznacznie to ocenić, lecz istnieje prawdopodobieństwo, że czterdziestoletni mężczyzna, mąż i ojciec, nie miał pełnej świadomości sytuacji. Słysząc krzyki, widząc wyważane drzwi, mógł zareagować odruchowo. W sytuacjach granicznych ludzie postępują w rozmaity sposób. Nawet w momencie egzekucji, czy u wrót komór gazowych w obozach koncentracyjnych, zdarzali się desperaci, którzy stawiali opór. Malemd zapewne był jednym z nich. Nie przewidział, że jego czyn oznaczać będzie natychmiastowy wyrok na żonę, dziecko i niemal setkę sąsiadów. Nie zgłosił się też, gdy Niemcy zagrozili ich rozstrzelaniem. Nie podziałały kolejne groźby i dopiero ogłoszenie przez Judenrat wysokiej nagrody zmobilizowało donosicieli. Schwytany i doprowadzony do Barasza, został przekazany Niemcom i powieszony.
Wydaje się zatem, że jego czyn miał charakter desperackiej samoobrony, a nie był zamierzonym aktem oporu. Należy więc z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać go za przypadkowy, gdyż nic nie wskazuje, że był zaplanowanym działaniem. W jego rezultacie Jakob Muth nie poniósł znaczącego uszczerbku na zdrowiu, a być może nawet skorzystał na tym incydencie, ponieważ mógł „dekować się” na tyłach. Podobnie jak wielu innych funkcjonariuszy niemieckiego aparatu bezpieczeństwa nie został po wojnie skazany, choć niemal na pewno odpowiadał za śmierć zarówno Żydów, jak i Polaków. Jego zeznanie wnosi jednak kluczową informację: w czasie lutowej akcji w getcie Żydzi nie zabili żadnego Niemca. Paradoksalnie, czyn Malmeda okazał się dla Niemców wygodny propagandowo. Pozwalał im usprawiedliwiać brutalność akcji, którą tłumaczyli Baraszowi rzekomym zagrożeniem ze strony „żydowskich bandytów”.
Jedno nie ulega wątpliwości – Malmed rzucił w Mutha słoikiem z kwasem, lecz zamach nie zakończył się śmiercią Niemca. Ten (jak się wydaje – nieprzemyślany) czyn, jak i późniejsze postępowanie Malmeda (ucieczka i ukrywanie się w obliczu odwetu niemieckiego) w połączeniem z powyższym faktem, skłaniają ku refleksji, że przedstawianie Malmeda jako szczególnie zasłużonego bohatera żydowskiego ruchu oporu w Białymstoku jest dyskusyjne.
1 W świetle sondażowych badań autora białostocka młodzież nie wie kim był Malmed.
2 Przed wojną róg ulic Nowy Świat i Szlachecka. Dziś przez ten teren przebiega Aleja Piłsudskiego.
3 Archiwum Instytutu Pileckiego, IP/Arch/7/35.8.3.1/607, Zabójstwa polskiej i żydowskiej ludności cywilnej na terenie Obwodu Białostockiego przez funkcjonariuszy Policji Bezpieczeństwa i żandarmerii w latach 1941-1944. T. 36,s . 87-88, [dostęp: 25 XI 2025 r.], oryginał: Bundesarchiv, B 162/2086.
