„Człowiek ma do zrobienia najwięcej w promieniu dwóch metrów od siebie”
– mówiła.
Anna Maria Gręziak urodziła się w 1948 r. w Pułtusku. Matka Irena prowadziła sklep, ojciec Jan był nauczycielem i wieloletnim kierownikiem szkoły podstawowej. Miała dwóch braci, starszy Marek zmarł w wieku trzynastu lat i Anna wskutek tego wydarzenia zdecydowała, że zostanie lekarzem. W 1965 r. rozpoczęła studia na Akademii Medycznej w Warszawie. Związała się z duszpasterstwem akademickim w kościele św. Anny, o którym mówiła, że to miejsce, gdzie „można było być wolnym”, a młodzi katolicy mogli tworzyć własne, niezależne środowisko.
„Wszyscy tam lgnęli i uczyli się od dobrych duszpasterzy, od ludzi, którzy potrafili ukierunkować młodzież”
– wspominała. Później działała także w warszawskim duszpasterstwie służby zdrowia.
Lekarz kieruje się sumieniem
Na pierwszym roku studiów uczestniczyła w swoim rodzinnym mieście w rekolekcjach wielkopostnych prowadzonych przez ojców paulinów. Zetknęła się wówczas z o. Krzysztofem Kotnisem zaangażowanym w obronę życia dzieci nienarodzonych.
„Poszłam do spowiedzi – A co ty dziecko robisz? – Taka byłam smarkata, jeszcze osiemnastu lat nie miałam na pierwszym roku studiów. – Mówię, że studiuję medycynę. A on mówi tak: – To musisz mi tu i teraz przyrzec, że nigdy w życiu nie przyłożysz ręki do przerwania ciąży”.
Gdy po kilku tygodniach chciała odwiedzić o. Kotnisa w Warszawie, okazało się, że został aresztowany. Skazano go na dwa lata więzienia za wygłoszenie 23 czerwca 1966 r. w kościele św. Stanisława Kostki kazania przeciwko dokonywaniu aborcji; przesiedział w więzieniu pół roku. Wspominając spotkanie z nim, Anna mówiła, że miała szczęście już na samym początku swojej drogi.
Miała dwóch braci, starszy Marek zmarł w wieku trzynastu lat i Anna wskutek tego wydarzenia zdecydowała, że zostanie lekarzem. W 1965 r. rozpoczęła studia na Akademii Medycznej w Warszawie. Związała się z duszpasterstwem akademickim w kościele św. Anny.
Po ukończeniu studiów wyjechała do pracy w rodzinnym Pułtusku, a później do Wyszkowa. W pułtuskim szpitalu przepracowała sześć lat i uzyskała specjalizację.
„Byłam pierwszym w historii szpitala i jedynym anestezjologiem. Codzienne pełniłam dyżur »pod telefonem«”.
W 1978 r. dość nieoczekiwanie otrzymała propozycję pracy w warszawskim Szpitalu im. prof. Witolda Orłowskiego. Zgodziła się pod warunkiem, że nie będzie znieczulać do przerywania ciąży. Zostało to zaakceptowane przez kierownictwo szpitala; jak się jednak okazało, skierowano ją na oddział ginekologii, gdzie dość szybko doszło do konfrontacji:
„Poproszono mnie o znieczulenie do przerwania ciąży, powiedziałam, że ja tego nie robię […] poszukali innego anestezjologa. Ale od tego czasu zaczęli się koledzy zastanawiać, dlaczego ona tego nie robi – jak ktoś pytał, to ja mówiłam”.
Postawa dr Gręziak była przykładem dla innych lekarzy:
„Gdy odchodziłam w 1990 r., to w tym szpitalu już się nie robiło przerywania ciąży w ogóle…”. „Człowiek ma do zrobienia najwięcej w promieniu dwóch metrów od siebie”
– mówiła.
Solidarność
W 1980 r. rozpoczął się najpracowitszy okres w jej życiu.
„Był sierpień i porozumienia gdańskie. No i oczywiście trzeba było się zorganizować. 4 września zebraliśmy się, trzydzieści cztery osoby, w moim szpitalu i założyliśmy Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Pracowników Szpitala im. prof. Witolda Orłowskiego w Warszawie”
– relacjonowała. Komitet Założycielski utworzyli wówczas przedstawiciele wszystkich pracowników: lekarze, pielęgniarki, technicy medyczni i pracownicy obsługi. Przed powstaniem NSZZ „Solidarność” nie istniały organizacje niezależne od władz komunistycznych, dlatego członkowie nowego związku zawodowego szukali informacji, jak zorganizować samorządną grupę pracowników.
„Dostaliśmy namiary na zaufanych prawników. Wybrałam się do zespołu adwokackiego przy ul. Mokotowskiej w Warszawie”.
Anna trafiła do mec. Andrzeja Grabińskiego, późniejszego oskarżyciela posiłkowego w procesie toruńskim.
„Zasięgnęliśmy porady prawnej. Na koniec rozmowy nieśmiało zapytałam o honorarium. I pan mecenas Grabiński się zezłościł strasznie, o czym ja w ogóle mówię. Zaczęła się wielka nasza przyjaźń”
– tak opisywała pomoc przy tworzeniu niezależnych związków zawodowych.
Związek w Szpitalu im. Orłowskiego powstał jako jeden z pierwszych po strajkach sierpniowych, nie tylko w Warszawie ale także w Polsce.
We wrześniu 1980 r. pracownicy szpitala im. Orłowskiego nawiązali kontakty z innymi nowo powstającymi organizacjami z zakładów w Warszawie i w regionie mazowieckim. Anna Gręziak zapamiętała rozmowę swojego kolegi, dr. Wojciecha Pypny, późniejszego przewodniczącego zakładowej Solidarności, z Lechem Wałęsą. Medycy z Warszawy chcieli
„upewnić się, czy »Mazowsze« tworzone przez ludzi z Zakładów Mechanicznych »Ursus« jest tym samym związkiem, co w Stoczni i Gdańsku”.
Wałęsa potwierdził i zaprosił przedstawicieli szpitala na spotkanie do Gdańska. Związek w Szpitalu im. Orłowskiego powstał jako jeden z pierwszych po strajkach sierpniowych, nie tylko w Warszawie ale także w Polsce. Zostało to potwierdzone podczas rejestracji Solidarności.
„Mieliśmy jeden z pierwszych numerów komisji zakładowych. Jak się mówiło, że z takim numerem się występuje, to otwierało to wszystkie drzwi”
– żartowała Anna Gręziak.
17 września 1980 r. była świadkiem powstania NSZZ „Solidarność”, gdy w Gdańsku odbył się pierwszy zjazd Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich. Pojechała razem z Barbarą Paprocką, pielęgniarką ze szpitala, uzbrojona w list do samego Wałęsy.
„Miałyśmy okazję widzieć zebranie wszystkich tych osób, które były wtedy idolami całej Polski. Pamiętam, że Karol Modzelewski zaproponował nazwę »Solidarność«; był Jan Olszewski, a pan [Antoni] Tokarczuk krzyczał, że jeśli damy się podzielić i będzie wiele związków, to powybierają nas jak ryby z saka. Wtedy zapadła decyzja, że będzie jeden związek”.
Jesienią 1980 r. do NSZZ „Solidarność” w Warszawie i na Mazowszu zgłaszali się licznie pracownicy służby zdrowia, powstawały kolejne komisje zakładowe, a Gręziak jeździła jako ekspert na zebrania założycielskie. W listopadzie 1980 r., gdy wszystkie branże uczestniczące w sierpniowych strajkach otrzymały obiecane od władz podwyżki, pracownicy tzw. budżetówki (kultury, oświaty i służby zdrowia) nie dostali nic, ponieważ nie strajkowali.
„Brałam udział w pisaniu statutu Solidarności i muszę powiedzieć, że to my, pracownicy służby zdrowia, zadbaliśmy o to, żeby nie było dla nas prawa do strajku”
– podkreślała Gręziak. Jak mówiła, w Warszawie miało dojść wówczas do wystąpień w obronie postulatów płacowych służby zdrowia. Po solidarnościowych protestach innych grup pracowniczych władze zaprosiły do Gdańska przedstawicieli środowiska medycznego.
„Siadamy do rozmów z delegacją, której przewodniczy minister zdrowia, Marian Śliwiński. Rozmowy kończą się całkowitym fiaskiem. Sprawy bierze w swoje ręce, zresztą nie po raz pierwszy, drobna, wyglądająca jak nastolatka, pielęgniarka z przychodni stoczniowej, Alinka Pienkowska”
– wspominała Gręziak. Gdy minister wyjechał do Warszawy, Solidarność rozpoczęła strajk okupacyjny w gdańskim Urzędzie Wojewódzkim. Anna reprezentowała wówczas MKZ Mazowsze:
„Salę Herbową Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku okupowaliśmy jedenaście dni i nocy, aż został zmieniony minister i przyjechał następny. Naszym negocjatorem w tych rozmowach był Lech Kaczyński, właśnie wtedy go poznałam”.
Protest zakończył się sukcesem związkowców – władze zgodziły na część postulatów, nie tylko tych dotyczących podwyżek płac, ale także m.in. poprawy warunków pracy służby zdrowia, zwiększenia nakładów finansowych czy przeznaczenia dodatkowych dewiz na zakup leków. Jak pisała Gręziak, porozumienie zawarto zaledwie kilka godzin przed zaplanowanym i ogłoszonym strajkiem generalnym.
Bank Leków
Po zakończonym strajku działała w Regionie Mazowsze i jednocześnie w ogólnokrajowej Sekcji Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”. Mimo to cały czas pracowała w szpitalu jako anestezjolog. Od Pienkowskiej, przewodniczącej sekcji, otrzymała zadanie zorganizowania Społecznego Komitetu Banku Leków „Solidarności”.
W Polsce ogarniętej kryzysem gospodarczym brakowało leków, brakowało też dewiz na ich zakup za granicą. Powstał więc pomysł, by zakupione przez darczyńców za granicą farmaceutyki dla konkretnych pacjentów były przewożone do Polski i szybciej trafiały do chorych. Działacze Solidarności – lekarze z regionu gdańskiego – wspólnie z Ministerstwem Zdrowia stworzyli listę brakujących i szczególnie potrzebnych medykamentów. Leki wysyłane przez Polonię m.in. ze Stanów Zjednoczonych i Zachodniej Europy do kraju czekały na zamówienie ze szpitali.
„Ja tym wszystkim zarządzałam, dostawałam zapotrzebowanie i musiałam odebrać te leki, gdy przychodziła przesyłka. Jako jedyna miałam upoważnienie od Wałęsy do odbioru leków”
– opowiadała Gręziak.
„Gdy wiadomość o tym, że w Polsce brakuje leków dotarła do Polaków żyjących poza granicami ojczyzny ich hojność była ogromna – zaczęto przysyłać wszystko”
– konstatowała. Rozpoczęła się żmudna praca przy segregowaniu leków i przygotowaniu ich dla potrzebujących. Przesyłki z cenną zawartością docierały do NSZZ „Solidarność”, instytucji dobroczynnych i kościelnych. Gręziak wspominała, że kiedyś została wezwana po odbiór leków przesłanych z zagranicy do zamkniętego dla osób postronnych klasztoru ss. Wizytek w Warszawie. Do grudnia 1981 r. Bank Leków „Solidarności” działał pełną parą: przesyłki trzeba było sprawdzić pod kątem przydatności, certyfikować w Instytucie Leków, grupować według terminów ważności.
„Dzieliłam czas pomiędzy załatwianiem spraw w firmach spedycyjnych a segregację leków w użyczonych przez Cefarm magazynach. Wspierały mnie w tym, wciągnięte do Społecznego Komitetu pracownice Cefarmu, szczególnie przewodnicząca tamtejszej Solidarności, pani Krysia Jastrzębska”
– pisała we wspomnieniu Gręziak. Działanie Banku Leków dzięki hojności Polonii i zaangażowaniu solidarnościowców, przyczyniło się do zmniejszenia deficytu środków medycznych. Wpłynęło także na poprawę sytuacji w służbie zdrowia, nadal bardzo ciężkiej z powodu nasilającego się kryzysu ekonomicznego. Po wprowadzeniu stanu wojennego działalność Społecznego Komitetu Banku Leków „Solidarności” została gwałtownie przerwana. Gręziak była świadoma, że 13 grudnia 1981 r. na lotnisku Okęcie czekało na odebranie 6 ton leków.
Delegatka na zjazd
W 1981 r. wybrano ją do Zarządu Regionu Mazowsze i na delegata na I Krajowy Zjazd NSZZ „Solidarność”. Mówiła później, że zgromadzenie tak wielu osób w gdańskiej hali Olivii było dla niej pierwszym doświadczeniem różnorodności, a jednocześnie doświadczeniem wspólnoty. Nie wybrano jej do Krajowej Komisji Koordynacyjnej, mimo demonstracyjnego, jak wspominała, poparcia udzielonego jej przez Wałęsę.
Została za to powołana do Rady Funduszu Związku, której członkowie mieli decydować, na co Solidarność przeznaczy środki – „niemałe” – pochodzące od darczyńców z kraju i z zagranicy, a potrzeby były ogromne.
„Na przykład rozważane było, czy mamy sfinansować dodatkową linię do produkcji mleka w proszku, czy może Polfa w Lublinie będzie robiła strzykawki jednorazowe, czy pompy infuzyjne, czy też coś innego”
– opowiadała Gręziak. Do rady powołano osoby cieszące się zaufaniem społecznym.
„Pamiętam, że jedno z takich spotkań było w domu państwa Wajdów. Jednak zanim została podjęta ostatecznie decyzja, czy te strzykawki, czy to mleko w proszku, wybuchł stan wojenny”
– wspominała.
Stan wojenny
12 grudnia 1981 r. Gręziak była na kolejnym spotkaniu z przedstawicielami Polonii – do ostatniej chwili zajmowała się sprowadzaniem leków do kraju. 13 grudnia rano była w swoim mieszkaniu. Tak relacjonowała pierwszy dzień stanu wojennego:
„Myślę – pewnie nie zdążyli w nocy i zaraz przyjdą […]. Jadę prosto na Mokotowską, do siedziby Regionu. »Ich« już nie ma, kręcą się nasi. Spotykam Kazia Kaczora – miesiąc wcześniej razem »chrzciliśmy« sztandar Solidarności w Gazowni. Wynosimy z biura wszystko, co się da: papiery, maszyny do pisania. Ładujemy do samochodu Kazika. Nagle zjawiają się znowu. Uciekamy przed pałkami […]. Prawie do Świąt Bożego Narodzenia mieszkam w szpitalu. Nikt mnie nie szuka. Na Święta jadę do Pułtuska. W Sylwestra przychodzi do mnie kilka osób z Komisji Zakładowej ze szpitala; po prostu potrzebujemy być razem”.
Stan wojenny nie przerwał jej działalności społecznej: udzielała pomocy medycznej i materialnej osobom represjonowanym przez władze, ukrywającym się i ich rodzinom. Dzięki znajomościom zawartym przez Bank Leków otrzymywała wiele paczek z darami z zagranicy, które przekazywała potrzebującym osobom, rodzicom małych dzieci. Oprócz leków przesyłano wówczas środki czystości, konserwy, mleko w proszku. Zaangażowała się również w pomoc oskarżonym w czasie procesów politycznych, współpracowała z obrońcami działaczy Solidarności. Brała udział w kolportażu wydawnictw podziemnych.
„Kto może, zbiera pieniądze, kartki, żywność. Roznosimy bibułę. Po pierwszym szoku zaczynamy nawiązywać związkowe kontakty”
– pisała. Uczestniczyła w spotkaniu z ukrywającym się Zbigniewem Bujakiem, zaangażowała się w pomoc ukrywającym się działaczom Solidarności:
„»Leczymy« w szpitalu niekiedy całkiem zdrowe osoby, byle tylko ustrzec je przed więzieniem”.
Z duszpasterzem Solidarności
Księdza Jerzego Popiełuszkę poznała jeszcze przed stanem wojennym, w kwietniu 1981 r. na uroczystości poświęcenia sztandaru Huty „Warszawa” w kościele św. Stanisława Kostki. Na Żoliborz przyjechała wówczas z Poznania, prosto z zebrania Krajowej Sekcji Służby Zdrowia razem z Pienkowską, by poprosić księdza – duszpasterza środowisk medycznych w Warszawie – o pomoc w organizacji Banku Leków. Tak zaczęła się współpraca i przyjaźń z ks. Jerzym, bo jak mówiła:
„z nim trudno było się nie przyjaźnić”.
Współdziałała z Popiełuszką przy organizowaniu wsparcia dla potrzebujących, także dla rodzin osób internowanych. Uczestniczyła w przygotowanym przez niego w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie tajnym szkoleniu dla działaczy podziemnej Solidarności.
„Był nazywany już wtedy duszpasterzem Solidarności”
– mówiła.
Według niej ks. Popiełuszko miał wielką umiejętność łączenia środowisk, robotników i służby zdrowia. Zapamiętała go jako człowieka oddanego ludziom –
„Zawsze były jakieś inne, ludzkie sprawy do omówienia, jakaś możliwość pomocy drugiemu”.
W czerwcu 1983 r. działała w służbie medycznej zorganizowanej przez ks. Jerzego podczas drugiej pielgrzymki papieskiej w Polsce. Wspominała, że w czasie Mszy św. z Janem Pawłem II na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie miała wyznaczone odległe miejsce służby i nic nie widziała,
„ale jak ksiądz Jerzy wyznaczył, że się w jakimś miejscu miało być, to nie było przeproś”.
W służbie medycznej działała w czasie pobytu papieża Jana Pawła II na Jasnej Górze i była świadkiem trudnych sytuacji, gdy na błoniach władze państwowe prawdopodobnie celowo nie wyznaczyły sektorów dla rzeszy wiernych.
Początkowo nie uczestniczyła we Mszach św. za Ojczyznę odprawianych przez ks. Popiełuszkę.
„On mnie w końcu spytał: – Aniu, dlaczego nie przychodzisz na Msze święte za Ojczyznę? – Wiesz, Jurek, no bo raz w miesiącu demonstracja polityczno-religijna, no mnie taka religijność nie odpowiada. I on mi wtedy powiedział coś, co mnie ogromnie zawstydziło: – Czy ty wiesz, ile przez te Msze święte jest nawróceń? Mówił, że ludzie po kilkudziesięciu latach przystępują do sakramentów świętych, do spowiedzi. Od tego momentu już nie opuściłam żadnej”.
Gręziak podkreślała, że udział we Mszach św. za Ojczyznę dawał ludziom przede wszystkim otuchę – „po prostu przestaliśmy się bać”. Jej zdaniem ks. Jerzy spodziewał się, że władze komunistyczne w każdej chwili mogą przerwać jego działalność.
„Mówił mi: wiesz, napisałem już kazanie, nawet jak mnie zamkną, to będzie wygłoszone”.
Uważała, że ks. Popiełuszko zdawał sobie sprawę z zagrożenia, przeżywał wszystko, co go spotykało, jednak nie było widać po nim strachu.
„Miał absolutne przekonanie, że działa słusznie, w dobrej sprawie, że służy Panu Bogu”.
Z powodu działalności w Solidarności i współpracy z ks. Popiełuszką Gręziak była inwigilowana przez SB.
„Od momentu, kiedy zorientowali się, że ja mam kontakty z księdzem Jerzym, to zaczęli za mną demonstracyjnie jeździć. To po prostu było tak, żebym widziała, żebym się bała”
– mówiła.
Stan wojenny został zniesiony w 1983 r. Dla niej trwał jednak do 1989 r. Jeszcze w marcu 1988 r. bezpieka wtargnęła do jej mieszkania, rozbijając zebranie Krajowej Sekcji Służby Zdrowia, na którym planowano protest lekarskiej Solidarności. Mimo to, zgodnie z zamierzeniami, 7 kwietnia w kościele oo. Kapucynów na ul. Miodowej w Warszawie została odprawiona Msza św. w intencji pracowników służby zdrowia. Po jej zakończeniu rozpoczęto protest przed Ministerstwem Zdrowia. Skandowano m.in. hasła: „Solidarność służby zdrowia”, „Mniej ubeków, więcej leków”. Po tej demonstracji Gręziak próbowano zwolnić z pracy w Szpitalu im. Orłowskiego w Warszawie. W aktach SB przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej znalazła opinię na swój temat: „fanatyczka religijna”.
Anna Gręziak w latach 1990–1998 była dyrektorem Wydziału Zdrowia Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie i głównym lekarzem wojewódzkim. Jako pełnomocnik ds. ochrony praw pacjentów i osób niepełnosprawnych działała w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich (2001–2003). W latach 2005–2007 pełniła urząd wiceministra zdrowia. Od 2008 do 2010 r. była doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W 1994 r. współzakładała Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich, którego prezesem była od 2002 do 2010 r.
Tekst pochodzi z numeru 12/2023 „Biuletynu IPN”
