Geneza powstania najważniejszej ballady w historii polskiego rocka jest równie odbiegająca od schematów, jak sam fakt pojawienia się Tajnego Stowarzyszenia Abstynentów na polskiej scenie muzycznej.
Tajne Stowarzyszenie Abstynentów
Zespół, założony w Opolu w 1979 roku przez 20-letniego gitarzystę Andrzeja Nowaka, od początku wyróżniał się wśród nowej fali punkrockowych buntowników nieznanym dotąd nad Wisłą heavymetalowym brzmieniem i niezwykłą ekspresją podczas koncertów.
Zespół, założony w Opolu w 1979 roku przez 20-letniego gitarzystę Andrzeja Nowaka, od początku wyróżniał się wśród nowej fali punkrockowych buntowników nieznanym dotąd nad Wisłą heavymetalowym brzmieniem i niezwykłą ekspresją.
Prawdziwym przełomem okazał się występ w czerwcu 1981 r. na II Ogólnopolskim Przeglądzie Muzyki Młodej Generacji w Jarocinie. Instrumentalny kwartet w składzie: Stefan Machel, Janusz Niekrasz, Marek Kapłon i oczywiście Andrzej Nowak podbił serce publiczności, zgarniając statuetkę „Złotego Kameleona”. Czegoś w nim jednak brakowało...
Zauważył to m.in. główny organizator wydarzenia, Jacek Sylwin, który dostrzegł potencjał w obecnym na festiwalu pewnym 30-latku z Bochni. Zaaranżował kolację z gitarzystami TSA i po niej zespół miał już wokalistę w osobie Marka Piekarczyka. Teraz pozostało już tylko rozbudowywać repertuar zespołu.
Strach było coś tam zaśpiewać
W przerwach między koncertami trwały prace nad pierwszym singlem. Co ciekawe, wcale nie był nim „51”, gdyż pełni temperamentu muzycy chcieli realizować swój przekaz w bardziej dynamicznej formie. Dlatego najsłynniejszy dziś utwór zespołu znalazł się tylko na stronie „B” kolejnej małej płyty zatytułowanej „Zwierzenia kontestatora”. Jednak bardzo szybko okazało się, że zawarty w nim ładunek emocjonalny trafił w punkt, jeśli chodzi o oczekiwania słuchaczy.
Na przełomie lat 70. i 80., Andrzej Nowak, poruszony przedwczesną śmiercią szkolnego kolegi, najpierw jednego, potem następnych, zaczął tworzyć temat muzyczny, w którym zawarł nie tylko swój smutek, ale i niezgodę na spustoszenie, jakie czyniły narkotyki wśród młodego pokolenia.
Powstanie każdej piosenki to, rzecz jasna, sprawa bardzo indywidualna, niemniej zwykle chodzi o dobranie odpowiednich słów do melodii lub odwrotnie. W przypadku „51” tak nie było, bowiem obydwa komponenty zostały wymyślone całkowicie niezależnie od siebie.
Na przełomie lat 70. i 80., Andrzej Nowak, poruszony przedwczesną śmiercią szkolnego kolegi, najpierw jednego, potem następnych, zaczął tworzyć temat muzyczny, w którym zawarł nie tylko swój smutek, ale i niezgodę na spustoszenie, jakie czyniły narkotyki wśród młodego pokolenia. Kiedy utwór był na ukończeniu, w dzienniku telewizyjnym pojawiła się informacja o udaremnieniu przemytu w porcie w Gdyni. Skonfiskowano dokładnie 51,7 kg heroiny. Muzyk szybko przeliczył, ile istnień ludzkich mogła pochłonąć taka ilość „towaru” i już miał tytuł do swojej kompozycji. Teraz pozostało znaleźć do niej słowa.
Te leżały już od kilku lat w szufladzie pewnego krakowskiego mieszkania. Zajmował je Jacek Rzehak, poeta-amator, a w owym czasie także manager Marka Piekarczyka, który przekonał kolegów z TSA do powierzenia sprawdzonemu człowiekowi kwestii organizacyjnych, związanych z działalnością zespołu. Ale nie tylko.
„Kiedyś napisałem po prostu taki wiersz.(…) Nikt go w zasadzie nie czytał (…), był zapisem pewnego stanu, który gdzieś tam dotknął mnie w pewnym momencie i jak usłyszałem na próbie tą muzykę (…) to wtedy pomyślałem, że muszę go pokazać”
– mówił po latach w wywiadzie dla Radia Opole. Rzecz dotyczyła, a jakże, przedwczesnej śmierci kolegi ze szkoły, a właściwie szoku jaki doznał młody człowiek, gdy się o niej dowiedział. I tu także w tle były narkotyki, więc wszystko wydawało się pasować.
Niełatwej sztuki zgrania tekstu z dźwiękiem podjął się ten, który miał go wykonywać.
„Trochę go przerobiłem, bo niektóre sformułowania mnie denerwowały”
– wspominał w książce „Zwierzenia kontestatora” Marek Piekarczyk.
„Pamiętam, że w studiu miałem problem z nagraniem. Tekst był świeżutki, a warstwa muzyczna tak piękna, że strach było coś tam zaśpiewać. W końcu poprosiłem o zgaszenie światła i zapalenie świeczki (…), wziąłem do ręki zwykły koncertowy mikrofon i dopiero wtedy udało mi się zaimprowizować z sensem”.
Tak powstało arcydzieło.
* * *
Utwór z miejsca stał się hymnem i hołdem, przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy odeszli przedwcześnie. Trafił na pierwsze miejsca list przebojów, m.in. radiowej Trójki i magazynu „Non Stop”. Jest w nim jakaś niesamowita metafizyka, szczególnie gdy słucha się go w wieczornym anturażu zapalonych zniczy. Do dziś pozostaje najczęściej graną piosenką na koncertach TSA.
A sam zespół? Istnieje nadal, choć po licznych przejściach. Niestety, już bez swojego lidera, Andrzeja Nowaka, nie żyje także Jacek Rzehak. „Idąc jesienną aleją” pomyślmy też i o nich, gdy będziemy wspominać naszych bliskich.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
