Był to zresztą czas, kiedy dobiegał kres życia wieszczów romantycznych – wpierw Słowackiego (w 1849 r.), a w następnym dziesięcioleciu Mickiewicza i Krasińskiego. Tworzył, co prawda, Norwid, jego wielkości jednak nie dostrzegali mu współcześni. W zniewolonym kraju powoli, acz coraz wyraźniej, przewagę nad poezją zyskiwała proza. Romantyków zastępowali pozytywiści.
My i wy
Pozytywizm, traktowany najczęściej jedynie jako prąd w literaturze polskiej, pojawił się w latach siedemdziesiątych XIX w. W gruncie rzeczy było to dostosowanie do realiów popowstaniowych idei głoszonych co najmniej od lat trzydziestu przez modny na zachodzie Europy kierunek filozoficzny, związany z takimi nazwiskami, jak August Comte, Hipolit Taine, John Mill, Herbert Spencer czy Karol Darwin.
Jego polscy reprezentanci – poczynając od Aleksandra Świętochowskiego – usiłowali zadbać o to, aby umysłowy rozwój polskiego społeczeństwa przebiegał w zgodzie z wymogami nowych czasów. Uważali, że w zapóźnionym cywilizacyjnie kraju trwanie przy utopijnym programie walki o niepodległość jest zwyczajnym marnowaniem społecznej energii. Tę zamierzali skierować w stronę unowocześniania najważniejszych dziedzin życia.
Należało zatem wydźwignąć na wyższy poziom rolnictwo, zadbać o rozwój przemysłowy wszystkich bez wyjątku dzielnic, rozbudowywać miasta. I, co najważniejsze, wykorzystując wszelkie dostępne środki, wykuć nowy wzorzec osobowy Polaka – człowieka postępu.
Z pierwszym manifestem pozytywistycznym wystąpił w 1871 r. na łamach „Przeglądu Tygodniowego” właśnie Świętochowski. Jego artykuł, pod wymownym i charakterystycznym tytułem – „My i wy” – był z pozoru atakiem na zaskorupiałe w swych poglądach i sposobach ich wyrażania warszawskie środowisko dziennikarskie, niezdolne do zauważenia i zrozumienia dążeń „młodych”.
On i jemu podobni podejmowali się dzieła zaszczepiania społeczeństwu wiary w postęp, w „pozytywną”, bo opartą na badaniu faktów dostępnych rozumowi, wiedzę, w przynoszącą społeczeństwu pożytek twórczą pracę.
Właściwym jednak celem ataku Świętochowskiego był konserwatyzm głęboko osadzony w tradycji przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, a tym samym i główna jego ostoja, szlachta. Świętochowski, a w ślad za nim kolejni reprezentanci młodego dziennikarskiego pokolenia, piętnował pasożytniczy tryb życia ziemian. Demaskował ich klerykalizm. Szydził z umysłowej ciasnoty. On i jemu podobni podejmowali się dzieła zaszczepiania społeczeństwu wiary w postęp, w „pozytywną”, bo opartą na badaniu faktów dostępnych rozumowi, wiedzę, w przynoszącą społeczeństwu pożytek twórczą pracę. Ów podwójny kult – wiedzy i pracy – wyznaczał kierunek akcji publicystycznych i prasowych polemik.
Pozytywistów warszawskich nie bez przyczyny określa się mianem pokolenia, funkcjonującej w latach sześćdziesiątych, Szkoły Głównej. Jej absolwentami, poza Świętochowskim, byli również Aleksander Głowacki czyli Bolesław Prus, Piotr Chmielowski (autor znakomitego, ogłoszonego w 1872 r. na łamach „Przeglądu tygodniowego” szkicu, „Niemoralność w literaturze”, później długoletni redaktor miesięcznika literackiego „Niwa”) czy Julian Ochorowicz ̶ filozof, psycholog i poeta zajmujący się z dużym powodzeniem „naukami tajemnymi”, takimi jak hipnotyzm i telepatia, oraz współpracą z głośnymi w owym czasie mediami, czyli osobami uważanymi za zdolne do odczuwania zjawisk telepatycznych, a nawet wywoływania duchów.
Publicyści ci, a obok nich naukowcy, owi kapłani wiedzy, starali się uczyć społeczeństwo, jak ma myśleć, jak roztropnie – na gruncie społecznym – się zachowywać, innymi słowy, jaką przyjmować postawę wobec zmieniającej się rzeczywistości.
W poszukiwaniu nowej drogi
Pozytywiści głosili swe idee, otwarcie przeciwstawiając je romantyzmowi. Ta postawa nakazywała w konsekwencji zerwanie z jednym z najistotniejszych w pierwszym półwieczu XIX w. elementów tradycji narodowej – tradycji zbrojnego, niepodległościowego zrywu. Co więcej, brak wiary w odzyskanie w przewidywalnym czasie bytu niepodległego prowadził do formułowania poglądu, iż niepodległość przestaje być po prostu potrzebna.
Własnego żołnierza czy ministra zastąpić miał, i to z lepszym skutkiem, przemysłowiec i kupiec. Zalecenia Świętochowskiego nie spotkały się z życzliwym przyjęciem.
Takich to właśnie „wskazań politycznych” udzielił społeczeństwu Świętochowski w 1882 r. – rezygnacja z zewnętrznych środków samodzielności politycznej na rzecz „podbojów handlowo-przemysłowych”. Własnego żołnierza czy ministra zastąpić miał, i to z lepszym skutkiem, przemysłowiec i kupiec. Zalecenia Świętochowskiego nie spotkały się z życzliwym przyjęciem. Jednak to nie one, podobnie jak i nie inne teoretyczne manifesty, decydowały o społecznym odbiorze treści niesionych przez pozytywistów.
Wzorce – rozważane, a i aprobowane – przynosiła literatura. W drugiej połowie XIX w. pisarstwo, wspierane żmudną, dziennikarską pracą, stawało się prawdziwym zawodem. Książki, coraz szerzej dostępne, trafiały do czytelnika inną jeszcze drogą – poprzez dzienniki i tygodniki – w odcinkach.
Ludzie pióra nie aspirowali do roli wieszczów. Starali się, możliwie najwierniej, wyczuwać bicie społecznego pulsu, zwracać uwagę na anomalie, stawiać diagnozy. Przedstawiać życie takim, jakim w istocie było. Proponować drogi prowadzące ku naprawie.
Tropem, wyznaczonym już wcześniej przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, podążali teraz Bolesław Prus, Eliza Orzeszkowa, Adolf Dygasiński, Maria Konopnicka, Wiktor Gomulicki. Powieści, a przede wszystkim znakomite nowele, przyniosły realistyczne wręcz obrazy życia nie tylko warstw wyższych, ale i miejskiej biedoty oraz chłopów. Opisy powracającej fali krzywd mogły wstrząsać – i wstrząsały – czytelnikiem. Ich adresatem był w pierwszym rzędzie inteligent wywodzący swój rodowód ze stanu herbowego. Do niego i do wrażliwych na upośledzenie ludu reprezentantów warstw wyższych adresowane było przesłanie o potrzebie usuwania błędów i zaniedbań popełnianych przez dwór, salon, tak przez ziemianina, jak i kapitalistę.
Pozytywiści nie tylko oskarżali. Tworzyli też niezwykle nośne pozytywne wzorce. Bohater „Placówki” Prusa, zwykły chłop, skuteczniej aniżeli właściciel dworu broni swej ziemi, a tym samym i narodowej przyszłości. Rzeczywistą karierę robi w „Lalce” nie arystokrata, lecz kupiec. Obraz nadniemeńskiego zaścianka z powieści Orzeszkowej kontrastuje z dworem. Jednak to nie pozytywistyczna perspektywa zawładnęła wyobraźnią polskiego czytelnika.
Sukces Trylogii
Prawdziwy entuzjazm wzbudziła, pisana „w trudzie niemałym dla pokrzepienia serc”, „Trylogia”. Pierwsze odcinki „Ogniem i mieczem”, czyli powieści z dawnych lat, drukowały w latach 1883-84: warszawskie „Słowo”, krakowski „Czas” i „Dziennik Poznański”. Przez trzy kolejne lata czytelnik oczekiwał na fragmenty „Potopu”, w latach zaś 1887-88 na cykl „Pan Wołodyjowski”.
Henryk Sienkiewicz, znakomity przecież obserwator współczesności, przeniósł swego czytelnika w XVII w., w czasy, gdy u schyłku panowania Władysława IV Rzecząpospolitą wstrząsnął bunt kozacki, potem omal nie pogrążył jej najazd szwedzki, a na koniec Turcy sięgnęli po ziemię podolską. Uczynił to, posługując się językiem barwnym, z lekka archaizowanym, niezwykle plastycznym, a mistrzowskiej formie towarzyszyło niespotykane dotąd bogactwo fabuły.
Czytelnik towarzyszył zatem zmaganiom wojennym wpierw armii koronnej, a potem wojsk dowodzonych przez księcia Jeremiego Wiśniowieckiego z kozacko-tatarską potęgą, prowadzoną przez Chmielnickiego. Przeżywał oblężenie Zbaraża, obronę Częstochowy, tureckie szturmy na Kamieniec Podolski. Sycił wyobraźnię obrazami polskich zwycięstw: pod Konstantynowem, Beresteczkiem, Warką, Prostkami, wreszcie – Chocimiem. Wraz z Kmicicem wyruszał z Litwy do Jana Kazimierza na Śląsk, by już z monarchą powracać do Małopolski. Przeżywał popisy szermiercze Wołodyjowskiego w pojedynkach z Bohunem, Kmicicem, tureckimi harcownikami pod Kamieńcem. Towarzyszył wpierw Podbipięcie, a potem Skrzetuskiemu w przedzieraniu się przez rozłożony pod Zbarażem obóz kozacko-tatarski. Współczuł Helenie Kurcewiczównie, podziwiał temperament Basi Wołodyjowskiej.
I choć Sienkiewicza atakowali koledzy po piórze (Prus) czy krytycy (Świętochowski), to nie ulega wątpliwości, iż bijące z kart „Trylogii” przesłanie, że nie ma takiej sytuacji, z której naród nasz nie potrafiłby wyjść zwycięsko, krzepiło ducha, budziło, jakże potrzebną w dobie popowstaniowej, nadzieję we własne siły.
Fikcyjnym, choć wywodzącym się z autentycznych pierwowzorów, bohaterom towarzyszyła cała plejada znanych postaci historycznych. Zarówno tych, którzy Rzeczypospolitej bronili, od króla Jana Kazimierza poczynając, poprzez Wiśniowieckiego, Czarnieckiego, Sapiehę po Sobieskiego, jak i jej zaprzysięgłych wrogów – Chmielnickiego, Janusza i Bogusława Radziwiłłów, władcę Szwecji Karola Gustawa. Jednak to nie oni i nie rycerze pokroju Skrzetuskiego, Kmicica czy Wołodyjowskiego pretendowali do miana najpopularniejszej postaci zbiorowej wyobraźni Polaków drugiej połowy XIX w.
Bohaterem takim stał się natomiast – Zagłoba. Sienkiewicz, znawca i miłośnik Szekspira, łącząc wątek Falstaffa z przebiegłością homeryckiego Ulissesa, stworzył postać, która skupiała w sobie wszystkie niemal cechy przypisywane w XVII w. szlachcicowi-sarmacie: przebiegłość, spryt, nieokiełznany pociąg do szlachetnych trunków, mocne poczucie przynależności do stanu szlacheckiego, ale i umiejętność sięgnięcia, w ostatecznej potrzebie, do szabli. Choćby wtedy, gdy nie mając innego wyboru, musiał Sienkiewiczowski bohater „Burłaja usiec”. Bez wyczynów Zagłoby, któremu dzielnie sekundowali w tej materii i Rzędzian, i Roch Kowalski, „Trylogia” straciłaby wiele ze swego blasku.
I choć Sienkiewicza atakowali koledzy po piórze (Prus) czy krytycy (Świętochowski), to nie ulega wątpliwości, iż bijące z kart „Trylogii” przesłanie, że nie ma takiej sytuacji, z której naród nasz nie potrafiłby wyjść zwycięsko, krzepiło ducha, budziło, jakże potrzebną w dobie popowstaniowej, nadzieję we własne siły. Stąd był już tylko krok do głośnego wypowiedzenia przekonania, iż należy porzucić postawę politycznej bierności i przejść do obrony czynnej.
Tekst stanowi fragment książki „Dawniej to było. Przewodnik po historii Polski” (2019)
Całość publikacji dostępna w wersji drukowanej w księgarni internetowej ksiegarniaipn.pl
