Pierwszym z wydarzeń było aresztowanie profesorów krakowskich uczelni 6 listopada 1939 r., drugim wielka łapanka na ulicach miasta 6 sierpnia 1944 r., w wyniku której około 6 tys. mężczyzn trafiło do mieszczącego się na terenie Krakowa KL Plaszow.
Te dwa epizody tworzą niejako klamrę, spinającą dzieje terroru niemieckiego na terenie miasta. Łączy je bezprecedensowość i cel – wywołanie strachu i sparaliżowanie ducha oporu.
Największa łapanka
W niedzielny poranek 6 sierpnia 1944 r. wyloty wszystkich ulic prowadzących do centrum Krakowa zostały obsadzone przez siły policyjne. Wczesnym popołudniem ruszyły do akcji, która trwała do późnych godzin nocnych. Obławę, nazwaną później „czarną niedzielą”, przeprowadzono jednocześnie w wielu punktach miasta.
Pojmanych w łapance odseparowano od pozostałych więźniów. Wszystkich poddawano kontroli, sprawdzano dokumenty. Niemcy starali się wychwycić osoby mające związki z podziemiem.
Celem było zatrzymanie młodych mężczyzn. Zabierano ich z ulic, parków, lokali gastronomicznych, tramwajów i dorożek, nadwiślańskich plaż, przeczesywano także mieszkania.
Związek akcji z wybuchem powstania w Warszawie był ewidentny, a zamiar prewencyjny – przeszkodzić ewentualnym próbom wywołania zrywu w Krakowie. Zatrzymanych potraktowano jako zakładników.
Adam Kamiński, jeden ze schwytanych w łapance, zapisał w prowadzonym podczas okupacji dzienniku:
„Po południu o godz. 17.15 patrol policyjny wyciągnął mnie z tramwaju przy ul. Limanowskiego. […] Mnie i innych towarzyszy podróży zapakowano do auta i przewieziono do obozu w Płaszowie, gdzie nas spisano, odebrano wszystkie dokumenty, kosztowności i pieniądze. […] Operację taką zrobiono tylko na stu kilkudziesięciu osobach, bo wkrótce za nami zaczęto zwozić autami z miasta całe masy mężczyzn i nie było czasu na rejestrację i odbieranie pieniędzy”.
KL Plaszow
Zwangsarbeitslager Plaszow des SS- und Polizeiführers im distrikt Krakau (ZAL Plaszow) powstał jesienią 1942 r. na terenie gminy, a następnie dzielnicy Krakowa o nazwie Wola Duchacka w pobliżu stacji kolejowej Płaszów. W styczniu 1944 r. obóz przekształcono w Konzentrationslager Plaszow bei Krakau (KL Plaszow).
Obóz przeznaczony był zasadniczo dla więźniów żydowskich. Znalazło się w nim m.in. około 8 tys. Żydów ze likwidowanego w marcu 1943 r. krakowskiego getta. W „czarną niedzielę” obóz był częściowo opróżniony po pierwszej ewakuacji związanej z likwidacją obozu. Pojmany w obławie Marian Krawczyk relacjonował:
„W obozie koncentracyjnym jak w ulu. Teren obozu dobrze oświetlony. Na zewnętrznych punktach terenu obozu […] liczne wieże obserwacyjne z reflektorami, które rzucają długie snopy światła. W wieżach – wyposażonych w karabiny maszynowe – tkwią sylwetki żołnierzy-wartowników. Wysiadających z aut mężczyzn ustawiono w duże oddziały i skierowano do baraków”.
Pojmanych w łapance odseparowano od pozostałych więźniów. Nie wciągano ich do kartotek obozowych, nie byli też zmuszeni do żadnej pracy. Wszystkich natomiast poddawano kontroli, sprawdzano dokumenty. Niemcy starali się wychwycić osoby mające związki z podziemiem, podejrzanych przekazywano do Gestapo. Doświadczenia ostatnich pięciu lat powodowały, że wśród uwięzionych panował strach. Kamiński zapisał:
„Rozmowy […] dokoła jednego przeważnie obracają się tematu: po co nas tu zamknęli, co z nami zamierzają zrobić, czy i kiedy nas wypuszczą, czy nas nie będą strzelać itp.”.
Również Stanisław Strzelichowski, osiemnastoletni wówczas żołnierz podziemia, wspominając pobyt w Płaszowie napisał:
„W tłumie rozchodziły się najnieprawdopodobniejsze plotki, znajdujące wobec takich okoliczności słuchaczy”.
Żydzi ratujący Polaków
Więźniom dokuczał sierpniowy upał, stłoczenie na niewielkiej powierzchni, wszechobecne insekty, pragnienie i głód. W pierwszych dniach po łapance pojmanym nie wydawano żadnego jedzenia. Z pomocą przyszli więźniowie Żydzi.
„W miarę możności podchodzili pod druty naszego ogrodzenia i dostarczali po trochę chleba ze swoich porcji, trochę zupy w południe, po kilka papierosów i w ogóle co mogli”
– odnotował Kamiński. Potwierdzał to Strzelichowski:
„z góry obozu nadeszło kilkunastu Żydów, którzy zaczęli rzucać kawałki chleba, czemu pilnujący esesmani początkowo nie przeszkadzali”.
Po jakimś czasie
„znudzeni esesmani odpędzili litościwych Żydów”.
Była to kropla w morzu potrzeb, niemniej pomoc udzielona przez żydowskich więźniów odegrała istotną, także psychologiczną, rolę.
W poniedziałek po wielkiej obławie miasto było opustoszałe i sparaliżowane. Brak kilku tysięcy mężczyzn odczuły działające na terenie miasta przedsiębiorstwa i urzędy. Ci, którzy uniknęli aresztowania, również przezornie nie pojawili się w pracy.
Pozwoliła przetrwać pierwsze dni, zanim sytuacja „sierpniowych” zakładników uległa poprawie. Zaczęli otrzymywać obozowe racje żywotności, dotarła do nich pomoc Rady Głównej Opiekuńczej, część więźniów nawiązała kontakt z rodzinami i przyjaciółmi, od których otrzymywali żywność i papierosy. Wystarczało by nie umrzeć z głodu, ale nie najeść się. Toteż wśród więźniów zdarzały się kradzieże i kłótnie o żywność. Mimo że „sierpniowi” zakładnicy nie pracowali, w coraz większym stopniu opadali z sił, popadali w stany apatii, zdarzały się przypadki rozstrojów nerwowych i prób samobójczych.
Los Żydów
Pojmani w łapance mogli także naocznie przekonać się, w jak okrutny sposób byli traktowani Żydzi. Strzelichowski wspominał:
„Z dolnej części obozu zaczęły nadchodzić na plac apelowy kolumny więźniów w pasiakach (przeważnie Żydów), popędzanych kijami i gumowymi „knyplami” kapo. Dozorcy ustawili więźniów w szeregi i zaczęło się widowisko dobijające do reszty ogromną część aresztowanych. […] Uderzenia i kopniaki kapo sypały się gęsto. Co chwila któryś z Żydów walił się na rozgrzany piasek i powstawał pod gradem ciosów, chwiejąc się na nogach”.
Opisał też rozszarpanie więźnia przez psy komendanta obozu:
„Obydwa psy rzuciły się na krzyczącego przeraźliwie Żyda. Po kilku sekundach krzyk urwał się. […] na piasku pozostały szczątki czegoś, co jeszcze przed chwilą było człowiekiem”.
Literat Witold Zechenter, jedna z ofiar łapanki, nie zdecydował się na spisanie klasycznych wspomnień, ale swoje wrażenia z pobytu w obozie zawarł w opowiadaniu Dziewczyna w słońcu. Przedstawił tragiczny los tytułowej więźniarki, która została skazana na nieruchome stanie w upale na placu apelowym. Autor nie znał tożsamości tytułowej postaci:
„Żydówka? Może. A może ›Aryjka‹ – Polka? […] Jaka potworność kary czaiła się za tym spokojem postaci, za nieruchomością opuszczonych rąk, za posągową biernością nagich stóp opartych na żwirze, w słońcu, naprzeciw drutów, w samotności? […] przestąpiła z nogi na nogę. […] I wtedy usłyszałem ryk strażnika, tupot podkutych butów […] świst batoga”.
Los Żydów wywarł na „sierpniowych” więźniach porażające wrażenie. Zechenter napisał:
„Długie lata minęły od tego sierpnia 1944 roku […] są chwile, gdy widzę ją. Wszędzie. […] stoi przed mym wzrokiem dziewczyna w słońcu, spokojna, nieruchoma, martwa”.
Zwolnienia zakładników
W poniedziałek po wielkiej obławie miasto było opustoszałe i sparaliżowane. Brak kilku tysięcy mężczyzn odczuły działające na terenie miasta przedsiębiorstwa i urzędy. Ci, którzy uniknęli aresztowania, również przezornie nie pojawili się w pracy.
Taka sytuacja nie była korzystna także z niemieckiej perspektywy. Zaczęły się zwolnienia zakładników. W pierwszej kolejności uwolniono pracowników prasy gadzinowej oraz Ukraińców, Volksdeutschów i obcokrajowców. Następnie zwolniono kolejarzy, tramwajarzy, pracowników zakładów użyteczności publicznej, osoby poniżej 16. i powyżej 52. roku życia. Pozostali opuszczali obóz sukcesywnie, w wyniku licznych interwencji pracodawców.
Od 9 sierpnia działała komisja zwalniająca. Jeden z więźniów, Gustaw Głowacki, tak opisał jej prace:
„Zwalnianie odbywało się w ten sposób, że przyjeżdżało auto osobowe z głośnikiem. […] Wyczytany wychodził z kłębowiska osób na plac do komisji. […] W trzecim tygodniu zaczęło się zwalnianie na większą skalę. Już nie wyczytywano z list, tylko zwalniano poszczególne zawody najpotrzebniejsze w życiu gospodarczym. […] Ja zostałem zwolniony w sobotę 26 sierpnia o godz. 14.00. […]odchodziłem jako jeden z ostatnich”.
Krawczyk wspominał:
„Przy zwalnianiu spisywano z każdego aresztowanego ścisłą ewidencję i odbierano deklarację, że każdy zgłosi się natychmiast do miejsca swojej pracy. […] U wrót bramy obozu, wychodzącej na drogę publiczną, przekazał naszą grupę oficer SS stojącemu na warcie żołnierzowi, który zatrzymał nas i wypuszczał w odstępach półminutowych po sześciu za bramę”.
Zdecydowana większość pojmanych podczas „czarnej niedzieli” odzyskała wolność przed końcem sierpnia.
