Ówczesny II oficer artylerii por. mar. Tadeusz Lesisz wspominał ten moment:
„Byliśmy w alarmie bojowym, załoga na stanowiskach (…). Na okręcie panowała zupełna cisza (…). Minuty upływały z bolesną powolnością”.
Dochodziła godz. 4.40.
Ze smoka przerodził się w kawalerzystę…
Mijał wtedy już 26 rok odkąd Dragon został wcielony do Royal Navy. Żywot zakończyłby zapewne w stoczni złomowej, gdyby nie wybuch II wojny światowej. „Smok” znów stał się potrzebny i mimo znacznego zużycia szczęśliwie kontynuował służbę. Gdy jesienią 1942 r. wrócił do Anglii na remont, okazało się, że stocznię opuści już pod polską banderą.
Szef Polskiej Marynarki Wojennej Jerzy Świrski zabiegał o pozyskanie krążownika od 1941 r., przede wszystkim licząc na to, że posiadanie okrętu tej klasy stanowić będzie argument dla budowy silniejszej floty po zwycięskiej wojnie.
Szef Polskiej Marynarki Wojennej, wiceadm. Jerzy Świrski, zabiegał o pozyskanie krążownika od 1941 r., przede wszystkim licząc na to, że posiadanie okrętu tej klasy stanowić będzie argument dla budowy silniejszej floty po zwycięskiej wojnie. Co prawda nie udało się pozyskać jednej z najnowszych jednostek, ale ostatecznie brytyjska Admiralicja zgodziła się wydzierżawić HMS Dragon.
Choć polską banderę podniesiono już 15 stycznia 1943 r., doprowadzenie okrętu do stanu używalności przedłużyło się do sierpnia. Przejęcie jednostki okazało się niemałym wyzwaniem. Mat Wincenty Cygan tak opisał swoje pierwsze wrażenia:
„Stary gruchot, odrapany i brudny (…). A wewnątrz istny śmietnik!”.
Drugi problem stanowiło zebranie ponad 450 ludzi załogi. Z czasem stworzyli zgrany zespół, choć – jak wspominał inny marynarz z Dragona Tomasz Łubieński – pochodzili
„z różnych części świata, uczeni, niegramotni, młodzi, starzy (aż chyba po lat trzydzieści)”.
W tle toczył się jeszcze spór o nazwę okrętu. Wódz Naczelny gen. Władysław Sikorski chciał, aby krążownik nosił nazwę „Lwów”. Dla Anglików była to manifestacja polityczna nie do przyjęcia – ze względu na sowieckiego sojusznika. Kilkumiesięczne targi zakończyły się kompromisem – pozostano przy starej nazwie i jak to podsumował Łubieński, okręt „ze smoka przerodził się w kawalerzystę »obcego autoramentu«”.
Kmdr por. Dzienisiewicz przemawia do załogi przed operacją lądowania w Normandii, czerwiec 1944 r. W operacji Neptune – fazie desantu z morza – wzięło udział ponad 1200 okrętów, 4100 jednostek desantowych, 1600 okrętów pomocniczych i statków handlowych. Wśród nich – oprócz Dragona – znalazły się cztery polskie niszczyciele: Błyskawica, Piorun, Ślązak i Krakowiak oraz polskie statki transportowe. Kopia cyfrowa ze zbiorów Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (z zasobu IPN)
Wizyta brytyjskiego admirała na ORP Dragon, 1944 r. Za nim – trzeci od prawej – dowódca okrętu kmdr por. Stanisław Dzienisiewicz, który w swej karierze dowodził największymi okrętami PMW (Gryf, Dragon i Conrad). Tak charakteryzował go były podwładny Wincenty Cygan: „Nie dał nigdy powodów do narzekań czy niezadowolenia, a robił wszystko, by go kochać i podziwiać. W tym małym człowieku mieszkał wielki duch”. Kopia cyfrowa ze zbiorów Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (z zasobu IPN)
Wyniki osiągnięte przez okręt były bardzo dobre…
Po opuszczeniu stoczni – z przerwą na kolejny remont – rozpoczął się okres szkoleń pod komendą kmdr. Eugeniusza Pławskiego, sławnego dowódcy ORP Piorun. Pierwsze zadanie bojowe – udział w eskorcie konwoju – Dragon otrzymał dopiero w lutym 1944 r. już pod dowództwem kmdr. por. Stanisława Dzienisiewicza. Wkrótce potem okręt wznowił ćwiczenia, tym razem przygotowując się do alianckiej inwazji w Normandii.
Władysław Sikorski chciał, aby krążownik nosił nazwę „Lwów”. Dla Anglików była to manifestacja polityczna nie do przyjęcia – ze względu na sowieckiego sojusznika.
6 czerwca 1944 r. ORP Dragon w ramach zespołu D wspierał lądowanie na plaży „Sword”. Tuż po godz. 7.00 działa Dragona oddały pierwsze salwy i to z dobrym skutkiem. Zniszczenie baterii wroga dowódca zespołu skwitował zwięzłym: „Dobra robota”.
Przeciwnik nie pozostawał dłużny i jeszcze pierwszego dnia, w wyniku niemieckiego ostrzału, zostało rannych trzech marynarzy. Życie uprzykrzali także lotnicy, jednak z tych opresji Dragon wychodził cało.
W czerwcu krążownik podczas dwóch kilkudniowych akcji u wybrzeży Normandii wspierał Brytyjczyków i Kanadyjczyków na odcinkach „Sword” i „Juno”. Jak podaje Mariusz Borowiak główna artyleria okrętu oddała łącznie 1934 strzały. W kronice okrętowej odnotowano:
„Wyniki osiągnięte przez okręt były bardzo dobre, mimo, że ORP »Dragon« jako przestarzały typ nie posiadał koniecznych w takiej akcji zdolności bojowych”.
Nie szkoda tego starego żelaza, i tak nie było nasze…
Po uzupełnieniu zapasów okręt po raz trzeci wrócił ku brzegom Francji. 8 lipca miał otworzyć ogień na cele w okolicy Caen. Jednak o godz. 4.40 niespodziewana eksplozja rozerwała lewą burtę Dragona na wysokości śródokręcia. Tadeusz Lesisz wspominał:
„Jak grom z jasnego nieba straszliwy wstrząs – zbudził nas z odrętwienia – okręt zachybotał się – rozwarło się jego wnętrze, a z otchłani wydarł się olbrzymi słup ognia i dymu”.
Ppor. mar. Zdzisław Szwede, IV oficer mechanik ORP Dragon, na tle rufowej wieży artylerii, 1944 r. Na pokładzie okrętu służyło 21 oficerów. W ataku niemieckiej „żywej torpedy” poległ jeden z nich, ponadetatowy oficer wachtowy Karol Marks, pośmiertnie mianowany porucznikiem. Kopia cyfrowa ze zbiorów Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (z zasobu IPN)
Jeden z krążowników typu D podczas służby w Royal Navy, prawdopodobnie w latach 30. XX w. HMS Dragon (pol. Smok) był pierwszym spośród 8 okrętów tego typu. Zdążył wziąć udział w I w. św., w 1919 r. walczył w obronie nadbałtyckich republik, a w czasie pokoju uczestniczył m.in. w rejsie brytyjskiej eskadry dookoła świata. Wśród załogi zyskał miano „najszczęśliwszego okrętu w marynarce wojennej”. Kopia cyfrowa ze zbiorów Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (z zasobu IPN)
Dragon zaczął tonąć, wybuchły pożary, lecz Dzienisiewicz i jego załoga podjęli natychmiast akcję ratunkową. Opanowano ogień, ustabilizowano okręt, dzięki czemu do godz. 12.30 z pomocą sojuszniczych jednostek udało się go odholować na płytszą wodę, do falochronu sztucznego portu Mulberry.
Jak się później okazało, okręt uszkodziła torpeda odpalona z niemieckiego pojazdu typu Neger, co było jednym z nielicznych sukcesów tej broni. W wyniku ataku zginęło lub zmarło z ran 37 ludzi, 14 zostało rannych. Według relacji Wincentego Cygana, dowódca żegnający się z załogą powiedział:
„Nie szkoda tego starego żelaza, i tak nie było nasze, ale szkoda tych młodych żywotów”.
9 lipca marynarze po raz ostatni otworzyli ogień, odpędzając niemieckie samoloty, trwała również akcja ratownicza. Po południu zapadła jednak decyzja, że naprawa tak zużytego okrętu jest bezcelowa, wrak miał zatem pozostać na miejscu jako część sztucznego portu. Większość załogi przetransportowano do Anglii, a reszta zajęła się demontażem cenniejszego sprzętu. 16 lipca dowódca opuścił okręt i z tym dniem ORP Dragon został skreślony ze stanu PMW.
Oficjalnie o stracie krążownika poinformowano 11 grudnia 1944 r., jednak w tym czasie Dzienisiewicz i jego ludzie przygotowywali się już do służby na bliźniaczym okręcie Dragona, byłym HMS Danae, przemianowanym na ORP Conrad.
ORP Dragon – widok od strony dziobu, marzec 1944 r. „Okręt owszem imponujący” jak go opisał służący wtedy na krążowniku Tomasz Łubieński. Czerwone kółko wokół anteny radaru to znak ingerencji wojskowego cenzora, który wskazywał, co należy usunąć ze zdjęcia przed publikacją. Kopia cyfrowa ze zbiorów Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (z zasobu IPN)
ORP Dragon – widok prawej burty, marzec 1944 r. (wg innych źródeł wrzesień 1943 r.). Ten największy wówczas okręt PMW o pełnej wyporności 5600 t rozwijał prędkość do 29 węzłów. Jego główna artyleria składała się z 5 armat kalibru 152 mm. Również na tej fotografii widać interwencję cenzora – zakreślone anteny radarów na masztach. Kopia cyfrowa ze zbiorów Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (z zasobu IPN)
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
