Wiosną 1920 roku poznańscy kolejarze zdecydowali się jednak na dramatyczne w skutkach wystąpienie. Przyczyn takiej decyzji należy upatrywać w niezwykle trudnej sytuacji gospodarczej odrodzonego państwa, które zmagało się z bagażem ogromnych zniszczeń podczas I wojny światowej, a także z problemem scalania ziem polskich pozostających dotąd częścią trzech państw zaborczych.
Dodatkowo na wschodzie trwała wojna z bolszewicką Rosją, co w poważny sposób obarczało szczupłe zasoby budżetu. Pojawiały się problemy z aprowizacją, w szybkim tempie rosło bezrobocie. O ile bowiem początkowo poznański rynek chłonął rzesze nowych pracowników, to na przełomie lat 1919-1920 wydawał się on być już nasycony. Dochodziło do strajków robotników rolnych. Na domiar złego szalała inflacja, za którą nie nadążały podwyżki płac.
Preludium tragedii
Chcąc zaradzić narastającym nastrojom niezadowolenia, Sejm Ustawodawczy wprowadził w styczniu 1920 roku dodatek drożyźniany za poprzedni rok (tzw. trzynastą pensję) dla zatrudnianych przez państwo pracowników. Świadczenie przyznano na terenie dawnego zaboru rosyjskiego oraz austriackiego, natomiast pominięto znajdującą się pod panowaniem pruskim Wielkopolskę. Szczególnie dyskryminowani czuli się poznańscy kolejarze, którzy poprzez Zawodowy Związek Kolejarzy podejmowali bezskuteczne próby uzyskania dodatkowych pieniędzy. Negocjacje ze sprawującym władzę w regionie Ministerstwem byłej Dzielnicy Pruskiej przynosiły tylko częściowe efekty. Spodziewana poprawa sytuacji nie nastąpiła też w wyniku przejęcia nadzoru nad miejscowym kolejnictwem przez warszawskie Ministerstwo Kolei Żelaznych.
Zdesperowani robotnicy postanowili upomnieć się o równe traktowanie bezpośrednio u goszczącego 25 kwietnia 1920 roku w Poznaniu ministra kolei żelaznych Kazimierza Bartla. Podczas negocjacji nie osiągnięto jednak satysfakcjonującego rozwiązania, dlatego też w poniedziałek 26 kwietnia 1920 roku pracownicy Warsztatów Kolejowych zastrajkowali i udali się pod zamek cesarski, będący siedzibą Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej. Delegację przyjął minister Władysław Seyda, prosząc jednak robotników o powrót do pracy i kilka godzin czasu na uzgodnienie stosownych decyzji z nieobecnym wówczas przedstawicielem resortu kolejnictwa.
Strajkujący przyjęli ten argument, wycofali się w okolice dworca kolejowego i spokojnie oczekiwali na dalszy rozwój wypadków. Po upływie umówionego czasu, wzmocnieni pracownikami przybyłymi z drugiej zmiany, powrócili oni pod zamek. Tam oczekiwał już silny kordon policji. Mimo iż obecnym w gmachu ministerstwa przedstawicielom demonstrantów wyjaśniano zawiłą procedurę wypłaty świadczeń, to tłum oczekujących domagał się wpuszczenia następnej delegacji. W obliczu gniewnych nastrojów oraz poczucia zlekceważenia przez władze niewiele trzeba było, aby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Krwawe starcia na ulicach Poznania
Niełatwo precyzyjnie zrekonstruować, w jaki sposób doszło do eskalacji przemocy, ale faktem pozostaje, że policja oddała salwę z ostrej amunicji do napierających robotników. W Poznaniu dochodziło potem do kolejnych starć, wściekli kolejarze próbowali szturmować siedzibę Prezydium Policji (gdzie wybito kilkadziesiąt szyb), rozbili także więzienie na terenie Fortu Grolman, skąd uwolniono kilkuset osadzonych.
Niełatwo było przyjąć, że tym razem za poniesione ofiary odpowiadała policja w niepodległej Polsce. Chyba dlatego zdawano się nie dowierzać czy wręcz świadomie propagować następnie wykładnię o „obcych żywiołach” oraz znajdujących się w tłumie „prowokatorach”, którzy mieli celowo dążyć do wywołania zamieszek.
Część robotników przemierzało ulicami miasta w żałobnym pochodzie, niosąc krzyż oraz ciało jednego z zabitych kolegów – co do złudzenia przypomina późniejsze o kilkadziesiąt lat wydarzenia z Wybrzeża w grudniu 1970 roku, uwiecznione potem w słynnej Balladzie o Janku Wiśniewskim. By zapanować nad sytuacją w stolicy Wielkopolski, użyto wojska oraz wprowadzono stan wyjątkowy. Wieczorem walki ustały i w mieście zapanował spokój.
Bilans starć był jednak opłakany. Wielu strajkujących robotników zostało aresztowanych, przede wszystkim jednak odnotowano kilkudziesięciu rannych, a także dziewięć ofiar śmiertelnych (siedmiu zostało zabitych na miejscu, natomiast dwóch kolejnych zmarło w wyniku poniesionych obrażeń). 26 kwietnia 1920 roku w Poznaniu zginęli: Kazimierz Bogdaszewski, Józef Dereziński [Deredziński], Stefan Domagała, Michał Dziembalski [Dziubalski], Franciszek Krzyśka [Rzyski], Jan Mieloch, Marcin Ratajczak, Kazimierz Szkudlarek oraz Stanisław Tukaj.
Manifestacyjny pogrzeb poległych kolejarzy odbył się 4 maja 1920 roku. Szacuje się, że w uroczystościach żałobnych wzięło udział około 20 000 osób, w tym delegacje robotnicze z całej Polski. Wszyscy zabici spoczęli we wspólnej mogile na cmentarzu przy ulicy Bluszczowej w Poznaniu.
Dalsze wypadki
Krwawa pacyfikacja wstrząsnęła stolicą Wielkopolski. Robotnicze wystąpienie stanowiło rzecz bez precedensu w rządzonym do niedawna przez Prusaków niezwykle twardą ręką regionie. Nie mieściło się też w utrwalonym wizerunku oszczędnych, pracowitych czy przywiązanych do porządku Poznaniaków. W pewnej mierze godziło to w reputację władz niedawno odrodzonego państwa, którego granice wciąż nie zostały jeszcze ostatecznie utrwalone.
Wystąpienie robotnicze w Poznaniu obrazuje skalę problemów, z którymi przyszło się mierzyć u progu odzyskanej niepodległości.
Niełatwo było przyjąć, że tym razem za poniesione ofiary odpowiadała policja w niepodległej Polsce. Chyba dlatego zdawano się nie dowierzać czy wręcz świadomie propagować następnie wykładnię o „obcych żywiołach” oraz znajdujących się w tłumie „prowokatorach”, którzy mieli celowo dążyć do wywołania zamieszek. Im też przypisywano oddanie pierwszych strzałów w stronę policji. Wedle prezentowanej na łamach endeckiej prasy interpretacji, robotnicy zostali wręcz „sterroryzowani” i przymuszeni do udziału w strajku, winnych szukano natomiast w kręgu Niemców, Żydów czy komunistów. Nic nie wskazuje jednak na tego rodzaju zewnętrzne bądź zakulisowe działania. Nieliczni poznańscy komuniści w tym okresie pozostawali zupełnie niezorganizowani i nie byli w stanie zmobilizować większych grup zwolenników.
W reakcji na tragiczne wydarzenia powołano w Poznaniu Komitet Robotniczy, którego członkowie domagali się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Szczególnie oczekiwano dymisji ministra Władysława Seydy oraz prezydenta policji Karola Rzepeckiego. W celu uspokojenia nastrojów obaj wyżej wymienieni (skądinąd niezwykle zasłużeni w okresie zaborów czy Powstania Wielkopolskiego) ustąpili z zajmowanych stanowisk. 1 maja 1920 roku podjęto też decyzję o wypłacie zaległych dodatków drożyźnianych, co było bezpośrednią przyczyną podjęcia strajku.
Znamienne okazały się jednakże rozliczenia na drodze prawnej w listopadzie 1920 roku. Spośród dziewięciu policjantów oskarżonych o bicie rannych demonstrantów, jedynie trzech otrzymało stosunkowo niskie wyroki. Skazano natomiast kilkunastu robotników, symbolicznie obarczając tym samym wszystkich strajkujących odpowiedzialnością za przebieg zajść.
Pamięć i propaganda
Pamięć o opisywanych wydarzeniach podlegała rozmaitym przemianom. Całkowitego wypaczenia dokonano w okresie stalinizmu. Choć komuniści nie mieli z robotniczym strajkiem nic wspólnego, to z okazji pięćdziesiątej rocznicy zdarzenia w 1950 roku na ścianie poznańskiego zamku odsłonięto tablicę. Kuriozalna treść głosiła:
„W walce przeciw zdradzieckiej, antynarodowej polityce rządów burżuazyjno-obszarniczych w dniu 26 kwietnia 1920 r. przed zamkiem w Poznaniu w czasie manifestacji przeciw napaści wojennej na Związek Radziecki i dekretom głodowym reakcji, padło 9-ciu robotników kolejowych: Kazimierz Bogdaszewski, Józef Dereziński, Stefan Domagała, Michał Dziembalski, Franciszek Krzyśko, Jan Mieloch, Marcin Ratajczak, Kazimierz Szkudlarek, Stanisław Tukaj. Cześć poległym w walce o pokój i prawa ludu pracującego, synom poznańskiej klasy robotniczej”.
Po zmianach ustrojowych w 1992 roku tablicę wymieniono. Istniejące do dziś upamiętnienie zawiera neutralny komunikat:
„W tym miejscu 26 kwietnia 1920 roku podczas demonstracji przeciwko pogorszeniu warunków bytu poległo 9 poznańskich robotników kolejowych: Kazimierz Bogdaszewski, Józef Dereziński, Stefan Domagała, Michał Dziembalski, Franciszek Krzyśko, Jan Mieloch, Marcin Ratajczak, Kazimierz Szkudlarek, Stanisław Tukaj”.
Wystąpienie robotnicze w Poznaniu obrazuje skalę problemów, z którymi przyszło się mierzyć u progu odzyskanej niepodległości. Nieuchronnie budzi ono również skojarzenia z wydarzeniami z okresu PRL, określanymi powszechnie mianem „polskich miesięcy” (przede wszystkim Poznański Czerwiec, ale też Grudzień 1970). Zdając sobie sprawę z innych realiów oraz odmiennych okoliczności (od najbardziej podstawowej różnicy w postaci kontrastu pomiędzy niepodległą II RP a narzuconą z zewnątrz władzą komunistyczną), przebieg owych robotniczych buntów miejscami wydaje się zaskakująco podobny. Nie da się przy tym ukryć, że w przeciwieństwie do Czerwca 1956, strajk poznańskich kolejarzy z 1920 roku niespecjalnie funkcjonuje w społecznej świadomości. Najwyższa pora to zmienić.
