W noc poprzedzającą te tragiczne wydarzenia grasująca w okolicy banda rabunkowa napadła na rodzinę niemieckiego osadnika Adolfa Kastnera (w dokumentach figuruje również jako Kasner lub Kassner). Bandyci zastrzelili całą rodzinę, w tym troje dzieci, oraz ranili pracującego u nich Polaka. Zamordowanie volksdeutschów stało się dla Niemców pretekstem do krwawego odwetu. Stosując zasadę zbiorowej odpowiedzialności dokonali zemsty na mieszkańcach okolicznych wsi: Bielany, Bronisławów, Hordzież, Józefów, Nowinki, Ruda, Serokomla, Zakępie.
Domyśliłem się już z miejsca, że nastąpi masakra….
Po odkryciu ciał zamordowanych koloniści niemieccy powiadomili władze o napadzie. Wskutek doniesienia w Józefowie zjawił się oddział żołnierzy niemieckich stacjonujących w pobliskim Kocku, Gestapo, Selbstschutz i Schutzpolizei oraz uzbrojeni koloniści.
Wezwano również powiatowego komendanta Polnische Polizei im Generalgouvernement (tzw. policji granatowej) z Łukowa – Franciszka Dobromirskiego. To m.in. dzięki jego zeznaniom, złożonym w 1945 r., znany jest przebieg dokonanej wówczas egzekucji (pisownia zgodna z oryginałem):
„[…] wyruszyłem z Łukowa około południa 13.IV.40. do Józefowa, gdzie w zagrodzie Kastnera zastałem mnóstwo oficerów Gestapo, podoficerów i żołnierzy, którymi dowodził, jak się później dowiedziałem, ówczesny zastępca Głównego Komendanta Gestapo lubelskiego – hrabia von Alvensleben z dystynkcjami podpułkownika […].
Obserwując zachowanie się tej licznej zgraji uzbrojonych niemców, spostrzegłem, że liczne oddziały niemców sprowadzają okoliczną ludność masami na pole koło zabudowań Kastnera. Przypędzono więc masę ludności mężczyzn i kobiet i dzieci od lat 15-tu do starców włącznie. Byli tam i mieszkańcy wioski Bronisławowa, Rudy, Zakępia, Józefowa i innych sąsiednich kolonii. […] Przyprowadzanych na miejsce po jakimś czasie posegregowano w ten sposób, że kobiety i dzieci zwalniano i kazano iść do domu, mężczyzn natomiast ustawiono w czworobok na polu koniczyny tuz obok zabudowań Kastnerów. Domyśliłem się już z miejsca, że nastąpi masakra niewinnej ludności”.
Dobromirski przekonywał wściekłego von Alvenslebena, że mord na niemieckich kolonistach nie miał charakteru politycznego, tylko rabunkowy. Tłumaczył, że zbrodni tej dokonała znana powszechnie banda, podawał nazwiska napastników oraz sposób ich postępowania, jednak rozkazy pozostały niezmienione:
„Tuż przed zapadnięciem zmroku, kiedy już mężczyźni byli ustawieni w czworobok na polu koniczyny i obstawienia strażą SS-manów, ustawiono za plecami czworoboku 2 ciężkie karabiny maszynowe w odległości jakich 30 kroków i rozpoczęli krwawą serię strzałów […]. Pierwsze szeregi kładły się pokotem rażone kulami, wszczął się jęk i zamęt, krzyki i błagania o ratunek. Walący się pokotem ztyłu mężczyźni siłą ciężaru padających ciał posuwały naprzód szeregi stojące na przedzie. Stojący na przedzie, a nierażeni jeszcze kulami mężczyźni rzucili się w otwarte polu w kierunku na Chordzieżkę, co było dla nich o tyle ułatwionym, ponieważ z chwila rozpoczęcia masakry, straż hitlerowska zprzodu usunęła się na boki. Kiedy rozpoczęła się ucieczka, a zmierzch już zapadał, stojący po bokach hitlerowcy zaczęli uciekających ścigać i strzelać za nimi, a międzyczasie komendant wydał rozkaz zaprzestania strzelania z karabinów maszynowych, a stojące po bokach straże okrążyły na placu resztę zdrowych i niedobitków. Od tej chwili zaczęto ich mordować już z broni ręcznej, przeważnie z pistoletów”.
Zapytał mnie tylko, czy mój mąż jest Polakiem
Większość z zamordowanych wówczas Polaków zajmowała się rolnictwem. Znalazło się wśród nich jednak również 14 rzemieślników wiejskich. Zginęli wtedy także sołtysi wsi z gminy Serokomla, wracający z odprawy z Łukowa, oraz Józef Kalinowski, kierownik szkoły powszechnej w Zakępiu. Jego żona, Małgorzata Kalinowska, bezskutecznie interweniowała u Niemców, aby uratować męża. Jak zeznała w 1946 r. (pisownia zgodna z oryginałem):
„Komendantem »Gestapo«, przyjezdnym z Lublina był niejaki von Alwensleben – znany na terenie Lublina ze swej krwiożerczości – był on w randze kapitana (imienia nie znam). […] Gdym się do niego zwróciła z prośbą o męża po poprzednim zameldowaniu […], że jestem żoną kierownika szkoły – zatrzymanego, Alwensleben zapytał mnie tylko, czy mój mąż jest Polakiem. Odpowiedziałam twierdząco. Wówczas Alwensleben powiedział, że jeżeli mój mąż jest Polakiem, to idzie z nimi, a ja mam wracać do domu. Chciałam jeszcze iść za nim i prosić dalej, lecz jeden uzbrojony z »Selbstschutzu« zagrodził mi drogę i powiedział: »Pani słyszała co komendant powiedział?« Przystawił mi do piersi karabin. Nie mając sił iść dalej musiałam zawrócić”.
Na miejscu egzekucji początkowo znajdowali się również ksiądz z parafii Serokomla, Paweł Norwind, i organista Jan Bojarczuk. Niemcy ustawili ich w pierwszym rzędzie jako pierwszych do rozstrzelania, ale miejscowi volksdeutsche ujęli się za księdzem, który został zwolniony. Nie pozwolono mu wyspowiadać skazańców, ani ich pobłogosławić, ale udało mu się uratować od stracenia organistę.
Sprawiedliwość dla nielicznych
Istotną rolę w opisanych wydarzeniach odgrywali, obok żandarmów, funkcjonariuszy Gestapo i SS, także członkowie lubelskiego Selbstschutzu, w tym miejscowi koloniści niemieccy (volksdeutsche). Mieszkańcy Józefowa i okolicznych wsi, niejednokrotnie sąsiedzi i znajomi ofiar, czynnie uczestniczyli w egzekucji oraz w niszczeniu i rozkradaniu dobytku Polaków.
Większość z nich nie poniosła kary za swoje czyny. Po zakończeniu wojny mieszkali bezpiecznie na terenie Niemiec Zachodnich, pomimo wystawionych przez polskie władze listów gończych.
Jednak nie wszyscy sprawcy uniknęli kary. 19 września 1946 r. Specjalny Sąd Karny dla Okręgu Sądu Apelacyjnego w Warszawie z siedzibą w Łodzi na sesji wyjazdowej w Siedlcach skazał na karę śmierci Gottfrieda Kühna, jednego z kolonistów niemieckich, członka Selbstschutzu, czynnie uczestniczącego w wydarzeniach 14 kwietnia 1940 r. Uznany został winnym podżegania do mordu, prześladowania i współudziału w egzekucji Polaków oraz podpalania budynków mieszkalnych i zabudowań gospodarczych. Według zeznań świadków Kühn podpalił gospodarstwo Aleksandra i Ludwiki Zemłów w Bronisławowie, w wyniku czego spłonęło także 27 innych zabudowań.
Pełna liczba ofiar mordu dokonanego w Józefowie Dużym 14 kwietnia 1940 r. nie jest znana. Według różnych źródeł zginęło wówczas od 191 do 217 ludzi. Ciała zakopano w masowym grobie koło zabudowań Kastnerów na polu Władysława Piątasa.
* * *
W 1956 r. ofiary ekshumowano i pochowano w 16 zbiorowych grobach na cmentarzu w Serokomli. W miejscu zbrodni znajduje się obecnie pomnik bolejącej kobiety oraz głaz z napisem:
„Pamięci naszych ojców, synów, mężów i braci – 217 niewinnych ofiar, mieszkańców Józefowa, Bronisławowa, Zakępia, Bielan, Rudy, Horodzieży, Serokomli i Leonardowa rozstrzelanych przez hitlerowskich morderców tragicznego dnia 14 kwietnia 1940 roku. GLORIA VICTIS 1972”.
Odpis „Wykazu imiennego osób zabitych przez ekspedycję karną niemiecką w dniu 14 kwietnia 1940 r. w kol. Józefów, gm. Serokomla i pochowanych tamże we wspólnej mogile” powstałego w Serokomli w 1945 r. (z zasobu IPN)
W 2021 r. na Miejscu Pamięci odsłonięto również pamiątkowe tablice z nazwiskami osób pomordowanych w Józefowie Dużym 14 kwietnia 1940 r., które ustalono na podstawie dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
