Jego bliski znajomy, ppłk dypl. Bronisław Bronisz zapamiętał, że po wyjściu na wolność pułkownik przypominał „wycieńczony szkielet”. Miał wówczas prawie 56 lat. Przez kilka następnych musiał poruszać się o lasce, zachowując jednak widoczną dla spostrzegawczego obserwatora sylwetkę oficera służby stałej. Inwigilujący potem „Franka” w Warszawie konfident bezpieki również zauważył tę cechę pułkownika:
„Charakteryzując osobę, z którą pierwszy raz miałem kontakt, muszę przyznać, że nie odbiega ona od typowej postawy przedwojennych wyższych oficerów. Sama postawa, sylwetka i sposób bycia – bez zarzutu, typowego oficera zawodowego”.
Wigilię 1956 r. legendarny już wówczas dla wielu żołnierzy Polski Podziemnej płk Franciszek Niepokólczycki mógł spędzić pod Warszawą wspólnie z rodziną. Dopiero wówczas dowiedział się o śmierci Władysława, jednego z dwóch synów. Podchorąży saperów 2. Korpusu gen. Władysława Andersa, uczestnik bitwy pod Monte Cassino, odznaczony Krzyżem Walecznych zmarł tragicznie w sierpniu 1946 r. na Wyspach Brytyjskich i tam został pochowany.
Komunistów polskich, zarówno tych, którzy działali w sowieckich siatkach szpiegowskich na obszarze II Rzeczypospolitej, tych z okresu wojny i okupacji, jak i tych peerelowskich pułkownik uważał za „narodowy” odłam bolszewików. Do jednego ze swoich emigracyjnych przyjaciół napisał:
„Cele polityki rosyjskiej wobec Polski aż za dobrze były mi znane, jak również poznałem bolszewizm (wszak wywodzę się z Komendy Naczelnej nr 3 Polskiej Organizacji Wojskowej), a tam dobrze odczuliśmy wszystko na własnej skórze”.
Skutków władzy bolszewików zarówno on, jak i rodzina Niepokólczyckich i Obuch-Woszczatyńskich doświadczali wielokrotnie. Walczył w wojnie 1920 r. i dobrze wiedział, czym mógł zakończyć się marsz Armii Czerwonej „przez trupa Polski” na Zachód. Pułkownik kawalerii Władysław Obuch-Woszczatyński, stryj żony Niepokólczyckiego, został zamordowany przez Sowietów w 1939 r.
Zasługi płk. Niepokólczyckiego dla Polski Podziemnej to przede wszystkim wkład koncepcyjny i organizacyjny w budowę pionu sabotażowo-dywersyjnego Komendy Głównej AK.
Żona, Anna Niepokólczycka, wywieziona z dwoma synami w głąb Związku Sowieckiego, wyszła z Armią gen. Władysława Andersa. Potem znalazła się z młodszym synem, Wacławem, w obozie przejściowym zorganizowanym dla Polaków w Rodezji. Tam z polskiej prasy dowiedzieli się, że Franciszek został w Krakowie postawiony przed komunistycznym trybunałem wojskowym.
W sierpniu 1947 r., osiemnastoletni wówczas, Wacław wspólnie z matką przyjechali do Polski. Zdążyli jeszcze zobaczyć Franciszka podczas wygłaszania przez płk. Stanisława Zarakowskiego oskarżycielskiej mowy. Podczas jego uwięzienia, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX w., gdy Anna przebywała w Milanówku i Rembertowie, sama była rozpracowywana przez bezpiekę w sprawie obiektowej kryptonim „Ocean”.
„Naczelna postać sabotażu i dywersji”
Zasługi płk. Niepokólczyckiego dla Polski Podziemnej to przede wszystkim wkład koncepcyjny i organizacyjny w budowę pionu sabotażowo-dywersyjnego Komendy Głównej AK, organizacja służb saperskich, uruchomienie produkcji uzbrojenia, wypracowanie nowych metod działalności podziemia niepodległościowego w okresie sowieckiego podboju Polski. Jak to podsumował trafnie jeden z jego podkomendnych:
„Nie umniejszając w niczym innym postaciom walki z okupantem, należy zdać sobie sprawę, że sabotaż i dywersja były »codzienną bieżącą« walką czynną, walką z bronią w ręku. Można by ją porównać do walki na pierwszej linii frontu. Niepokólczycki przez cały czas okupacji był naczelną postacią na tym odcinku polskiego podziemia”.
W różnych okresach swojej konspiracyjnej działalności pułkownik używał pseudonimów „Franek”, „Horyń”, „Halny”, „Jarosław”, „Lipek”, „Marek”, „Meyer”, „Teodor”, „Szubert”, „Żejmian” oraz fałszywego nazwiska Franciszek Mazur. Awanse przedstawiały się następująco: podporucznik (1 sierpnia 1922), porucznik (1 sierpnia 1924), kapitan (1935), major (19 marca 1939), podpułkownik (11 listopada 1941), pułkownik (28 września 1944). Zanim jednak doszedł do wysokich funkcji w strukturach dowódczych AK-WiN, musiał przebyć drogę typową dla wielu oficerów II Rzeczypospolitej, zaczynających swoją służbę pod komendą Józefa Piłsudskiego.
Od sierpnia 1939 r. pełnił funkcję dowódcy 60. batalionu saperów Armii „Modlin”. Na początku września pod Ciechanowem osłaniał ze swoim batalionem eskadrę obserwacyjną stacjonującą na lotnisku koło folwarku Sokołówek.
Franciszek Niepokólczycki urodził się w 1901 r. w Żytomierzu. Tam też kształcił się i zdał egzamin maturalny. Jako kilkunastoletni konspirator z polskiej enklawy na Ukrainie, Żytomierszczyzny, wsławił się brawurową ucieczką w grudniu 1918 r. z aresztu śledczego bolszewickiej Czeka. Był jednym z najmłodszych żołnierzy placówki wywiadowczej Polskiej Organizacji Wojskowej wchodzącej w skład Komendy Naczelnej nr 3 kpt. Stanisława Lisa-Kuli. Absolwent peowiackiej Szkoły Wywiadowczej, dywersant, wywiadowca na Froncie Wołyńskim, z racji swoich zdolności i zasług szybko awansował aż do funkcji komendanta żytomierskiego Okręgu POW. Następnie został skierowany do służby w Oddziale II Sztabu Generalnego WP. Z przekonań ideowo-politycznych, jak wielu wyrosłych z peowiackiej konspiracji i czynu legionowego żołnierzy Marszałka, był piłsudczykiem. Służył w 5 pp Legionów w Wilnie, 10. pułku saperów w Przemyślu, 3. pułku i batalionie saperów w Wilnie. Był też wykładowcą w Centrum Wyszkolenia Saperów w Modlinie oraz planistą w Głównym Inspektoracie Sił Zbrojnych. Działał także w ruchu weteranów POW. W chwilach wolnych sędziował zawody lekkoatletyczne i z pasją uprawiał szermierkę.
Od sierpnia 1939 r. pełnił funkcję dowódcy 60. batalionu saperów Armii „Modlin”. Na początku września pod Ciechanowem osłaniał ze swoim batalionem eskadrę obserwacyjną stacjonującą na lotnisku koło folwarku Sokołówek. Żołnierze mjr. Niepokólczyckiego stoczyli tam zwycięską walkę z nacierającymi oddziałami niemieckiej dywizji pancernej. W końcu pierwszej dekady września, gdy major zdał dowództwo batalionu, wyznaczono go do dalszej pracy sztabowej. Został mianowany szefem Wydziału Organizacyjnego (Ogólnego) Dowództwa Saperów Armii „Modlin”. W połowie września dotarł do Warszawy. Wziął czynny udział w obronie miasta, pozostając w bezpośredniej dyspozycji gen. Juliusza Rómmla.
Do konspiracji został zaprzysiężony przez gen. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza „Torwida”. Niepokólczycki współtworzył jeden z najważniejszych pionów SZP-ZWZ-AK; organizował – ostatecznie z przyczyn technicznych niezrealizowany – zamach na Adolfa Hitlera. Należał do ścisłego grona dowódczego pionu wojskowego Polski Podziemnej. Po prawie dwudziestu latach zawodowej służby wojskowej ponownie przyszło „Frankowi” organizować konspirację. Miał do tego rodzaju służby w podziemiu dobre przygotowanie z okresu działań w siatkach dywersyjnych i wywiadowczych POW.
W sztabie Dywersji
Po złożeniu przysięgi mjr Niepokólczycki otrzymał swoją pierwszą nominację w organizującym się w Warszawie podziemiu wojskowym – objął funkcję szefa sztabu Dywersji (Referatu III-C) w Oddziale III (Operacyjnym) Dowództwa Głównego SZP. Jednocześnie pełnił też funkcję szefa organizowanego Wydziału Saperów przy Wydziale III-A.
Zalążki sztabu Dywersji powstały już w listopadzie i grudniu 1939 r. Komórka ta, składająca się z oficerów służby stałej o specjalnościach saperskich, w latach 1942–1943 stanowiła kadrę Wydziału Saperów, Kedywu Komendy Głównej, Kedywu Okręgu Warszawskiego, poszczególnych komend okręgowych. Zespoły saperskie podkomendnych Niepokólczyckiego weszły potem jako pierwsze do organizowanego przez niego Związku Odwetowego (dopiero później utrwaliła się nazwa Związku Odwetu),
„wewnętrznej, bardzo silnie zakonspirowanej organizacji, z własną siecią łączności, odciętą od innych komórek Związku”.
Jedną z głośniejszych operacji dywersyjnych, przeprowadzonych pod osobistym nadzorem mjr. Niepokólczyckiego była seria akcji skoordynowanych ze sobą w czasie.
On sam stał się jedną z osób najbardziej poszukiwanych przez niemieckie służby bezpieczeństwa. Organizował i odpowiadał za działania dywersyjne przeprowadzane przez setki żołnierzy AK, tworzył służby saperskie, konspiracyjne zakłady produkujące broń, był współtwórcą elitarnego Kedywu. Od jesieni 1942 do września 1943 r. był prawą ręką gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”; miał również bezpośredni dostęp do komendanta głównego gen. Stefana Roweckiego „Grota” – tym samym znajdował się w centrum konspiracji wojskowej.
Jedną z głośniejszych operacji dywersyjnych, przeprowadzonych pod osobistym nadzorem mjr. Niepokólczyckiego jako szefa Związku Odwetu, z udziałem płk. dypl. Antoniego Chruściela „Montera” (komendanta Okręgu Warszawskiego AK) i kpt. Jerzego Lewińskiego „Chuchry” (komendanta ZO Okręgu Warszawa), była seria akcji skoordynowanych ze sobą w czasie. Operacja oznaczona kryptonimem „Wieniec I” polegała na jednoczesnym przerwaniu połączeń kolejowych węzła warszawskiego. Saperzy przeprowadzili rozpoznanie miejsc detonacji i przygotowali plany akcji. W nocy z 7 na 8 października 1942 r. siedem patroli minerskich odpaliło na peryferiach warszawskiego węzła kolejowego otaczającego miasto kilka dużych ładunków wybuchowych, zrywając tory kolejowe i wysadzając w powietrze jadące pociągi.
„Niezależnie od tego, kto tego sabotażu dokonał, stwierdzić trzeba, że w każdym razie jest to najbardziej planowy z dotychczasowych aktów sabotażowych, których widownią był kraj”
– pisał konspiracyjny „Biuletyn Informacyjny”.
„Mocno daje się okupantowi we znaki”
Major Niepokólczycki organizował od podstaw Biura Studiów Środków Walki Sabotażowo-Dywersyjnej, tworzył Biura Badań Technicznych, pisał artykuły do konspiracyjnej „Insurekcji”.
„Pod jego kierownictwem i z jego inspiracji powstaje wiele cennych instrukcji technicznych, produkuje się środki wybuchowe i granaty. Wiele głośnych akcji dywersyjnych i sabotażowych mocno daje się okupantowi we znaki”
– wspominał ppłk Bronisz.
Powstanie Warszawskie stało się apogeum kilkuletnich przygotowań do jawnej walki zbrojnej z Niemcami.
Do jego obowiązków należał także ogólny nadzór nad bieżącym wytwarzaniem środków walki, wykorzystywanie specjalistów różnych kierunków technicznych i zakonspirowanych placówek naukowo-badawczych dla potrzeb podziemia. Stał się również koordynatorem i bezpośrednim wykonawcą pomocy dostarczanej żydowskim bojownikom walczącym w likwidowanym przez Niemców getcie warszawskim. Jeszcze na przełomie 1941 i 1942 r. jego podkomendni rozpoczęli sondowanie możliwości nawiązania kontaktów z grupami żydowskich konspiratorów. Patrole saperskie weszły do akcji w kwietniu 1943 r. Zaangażowanie pułkownika w pomoc powstańcom z warszawskiego getta cztery lata później zaważyło na jego życiu, kiedy to bezpieka zamierzała zamordować aresztowanego prezesa II Zarządu Głównego WiN w „majestacie ludowego prawa”.
Powstanie Warszawskie stało się apogeum kilkuletnich przygotowań do jawnej walki zbrojnej z Niemcami. Przez cały okres walk w Warszawie ppłk Niepokólczycki był szefem służb saperskich, a następnie także szefem produkcji uzbrojenia, podlegając dowódcy całości sił powstańczych płk. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”. Jeden z jego podkomendnych mówił:
„W okresie powstania płk Niepokólczycki pomagał szefowi saperów Okręgu Warszawskiego. Zorganizował przede wszystkim produkcję, którą zresztą prowadziliśmy od samego początku konspiracji. Rozpoczęła się w pierwszym roku i trwała do końca [... ]. Aby dać piechocie broń, zorganizowaliśmy wytwórnię granatów ręcznych i min przeciwczołgowych. Korzystaliśmy z rozbieranych bomb i niemieckich niewypałów”.
Po upadku powstania płk Niepokólczycki wraz z innymi oficerami AK, w tym szefem Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej i przyszłym organizatorem WiN płk. Janem Rzepeckim, został osadzony w obozie jenieckim w Woldenbergu. Po zakończeniu wojny pozostał w niepodległościowym podziemiu.
„Istnienie WiN było koniecznością”
Po powrocie do kraju płk „Teodor” pełnił funkcję prezesa Zarządu Obszaru Południowego. Chociaż to on, a nie chwiejny ludowiec płk Rzepecki „Ożóg”, był predestynowany do objęcia jeszcze wiosną 1945 r. kierownictwa podziemia niepodległościowego w kraju, w ramach Delegatury Sił Zbrojnych, a następnie I Zarządu Głównego WiN. Stało się jednak inaczej. Z różnych względów sprawy kadrowe były już potem nie do odwrócenia.
Nie dane było płk. Franciszkowi Niepokólczyckiemu przez dłuższy czas stać na czele Polski Podziemnej.
Na przełomie 1945 i 1946 r. wybrano II Zarząd Główny WiN z płk. Niepokólczyckim jako prezesem. Działał on w okresie nasilania się komunistycznego terroru, w wyjątkowo trudnych warunkach, a mimo to zdołał nawiązać łączność z agendami Rządu RP na Uchodźstwie, placówkami dyplomatycznymi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych w Polsce, wysyłał emisariuszy na Zachód. Przewieźli oni m.in. „Memoriał Zrzeszenia WiN do Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych” ukazujący tragiczną sytuację zniewalanej Polski. Widział głęboki sens kontynuowania walki o niepodległość, z tym że nowymi już metodami, dostosowanymi do sytuacji w sowietyzowanej Polsce. Oprócz wizji tej walki miał także kadry, które chciały nadal służyć w podziemiu. W okresie jego prezesury struktury WiN prowadziły najbardziej aktywną działalność propagandowo-informacyjną, stopniowo ograniczaną dopiero po sfałszowanym przez komunistów czerwcowym referendum roku 1946.
„Dla mnie istnienie WiN było koniecznością w warunkach, w jakich wówczas byliśmy. Jego [płk. Jana Rzepeckiego „Ożoga”] akcji o charakterze polityczno-propagandowym nie można było uważać za długotrwałą, bo to jest prawie niemożliwe w tym ustroju. Trzeba było szukać innej formy walki, ale nie wolno było kapitulować. Ciągłość walki była dla mnie oczywistą, formy jej – różne. Czy byliśmy na to przygotowani? W minimalnym stopniu. Zaniedbaliśmy wiele w tej dziedzinie. Trzeba było brać na tym odcinku przykład od wrogów [... ]. Też o godność narodową i żołnierską nam szło, tym wszystkim, co poczynając od Wilna i Lwowa, jechali do obozów i więzień. Tak było później w Lublinie, Białymstoku, Rzeszowie, Krakowie itd. Przecież na nas, akowców, w marcu 1945 roku w Częstochowie i Warszawie, polowano jak na psy, a w Krakowie w czerwcu 1945 r. przeżyłem dwie łapanki, jak za niemieckich czasów”
– tak o tym dramatycznym okresie pisał pułkownik w końcu lat pięćdziesiątych XX w. do jednego ze swoich przyjaciół w Londynie, ppłk. Przemysława Kraczkiewicza.
Nie dane było płk. Franciszkowi Niepokólczyckiemu przez dłuższy czas stać na czele Polski Podziemnej.
„Zaledwie zacząłem dobierać przede wszystkim ludzi i szkolić jako tako kadry, sam poszedłem za kraty, i to zawdzięczając wskazówkom jednego z dawnych moich znajomych towarzyszy, które to wskazówki przysłał z więzienia. Stało się to 22 października 1946 r., [w Zabrzu] kiedy to [dyrektor Wydziału Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego mjr Józef] Różański, zjawił się u mnie w [konspiracyjnym] lokalu w towarzystwie kogoś z naszych”
– napisał z goryczą w liście do „polskiego” Londynu przekazanym kurierowi, który okazał się konfidentem bezpieki. Początkowo kierownictwo MBP usiłowało złamać pułkownika i pozyskać go dla interesów politycznych komunistów umacniających się przy władzy. Wcześniej tego rodzaju metody przynosiły bezpiece istotne efekty operacyjne (np. sprawa płk. Jana Rzepeckiego i jego złamanych – przez postawę dowódcy – podkomendnych).
„Różne były perypetie do procesu i po procesie. Miałem wyjść w ogóle bez procesu w marcu 1947 roku i to z wielkim hukiem, bo z awansem generalskim, Virtuti Militari IV klasy, Grunwaldem itp. Posłyszano ode mnie w tej sprawie – nie. Potem Różański rozpoczął ze mną dość ciekawy dialog od słów z »Wesela«: »Miałeś... (opuścił słowo chamie) czapkę z piór, ostał ci się ino sznur«. Przy tej okazji przejechał się po wszystkich moich przełożonych w Londynie”
– napisał w latach sześćdziesiątych płk Niepokólczycki w liście do wspomnianego ppłk. Kraczkiewicza.
„Długie lata więzienia”
We wrześniu 1947 r. w Krakowie płk Franciszek Niepokólczycki został skazany na śmierć. W tym procesie działaczy WiN i PSL oskarżał znany z oszczerczych przemówień wygłaszanych przeciwko ludziom Polski Podziemnej wilniuk, płk Stanisław Zarakowski. Z wyroku komunistycznego trybunału wojskowego, któremu przewodniczył ppłk dr Romuald Klimowiecki miał zostać zamordowany w kazamatach bezpieki, tak jak jego podkomendni z WiN: senator II RP Józef Ostafin, wywodzący się z rodziny ormiańskiej oficer WP ppłk Walerian Tumanowicz, więzień Gross-Rosen i polityczny analityk Zrzeszenia Alojzy Kaczmarczyk.
Podczas spektaklu „procesowego” trwała nagonka propagandowa wymierzona w polskich działaczy niepodległościowych.
Z jakich przyczyn ocalał dowódca, podczas gdy stracono jego trzech ludzi – nie jest do dzisiaj jeszcze w pełni wyjaśnione. Nie napisał żadnej prośby o ułaskawienie, nie chciał wchodzić w żadne relacje z polskimi bolszewikami.
Być może był to – przychylam się tutaj do tezy prof. Tomasza Strzembosza – skutek interwencji dyrektora Departamentu Śledczego płk. Józefa Różańskiego:
„Usłyszałem wtedy od niego [płk. Niepokólczyckiego] nigdzie nie zanotowaną wersję, że zapewne on żyje dlatego, iż podległe mu jednostki saperskie AK na jego rozkaz walczyły pod gettem w kwietniu 1943 r., aby dokonać wyłomu w otaczającym go murze. Twierdził tak, bo przyszedł do jego celi więziennej złej sławy płk Józef Różański, Żyd i jeden z czołowych ludzi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, i zapytał, czy to prawda, że bronił Żydów z getta warszawskiego. Gdy potwierdził, jedyny raz podał mu rękę”
– zapisał w swoich wspomnieniach prof. Strzembosz.
Jednocześnie podczas kilkutygodniowego spektaklu „procesowego” trwała szeroko zakrojona nagonka propagandowa wymierzona w postawionych przed komunistycznym trybunałem wojskowym polskich działaczy niepodległościowych. Haniebny tekst pt. Kondotierzy, oczerniający II Rzeczpospolitą oraz Polskę Podziemną, w poczytnym wówczas „Przekroju” (nr 124, 24–30 VIII 1947, s. 2), napisał Jerzy Waldorff:
„Iluż było tych najdziwniejszego chowu patriotów, którzy z ustami pełnymi Ojczyzny sprzedawali korony królewskie agentom obcych domów panujących, a potem szli z Gustawem Adolfem w pogoń za uciekającym na Śląsk Janem Kazimierzem, a potem w czasie rozbiorów brali, ciągle pełni patriotycznych frazesów, pieniądze od Fryderyka Pruskiego, od Katarzyny II, od Marii Teresy. Kondotierzy obcych interesów we własnym kraju! Kimże innym, jeśli nie typem kondotierów, byli ludzie z epoki piłsudczyzny? [płk Józef] Beck, który jako polski attaché wojskowy musiał być odwołany na żądanie Focha z Paryża, gdy okazało się, że tajemnice wojskowe przekazane przez Francję tylko sojusznikom, dostały się w ręce sztabu niemieckiego? – Ten sam Beck wraz z resztą członków rządu sanacyjnego doprowadził swą pseudomocarstwową, nierealną polityką do tego, że we wrześniu 1939 roku stanęliśmy wobec ataku niemieckiego praktycznie osamotnieni. Reprezentanci owej właśnie sanacyjnej koncepcji politycznej przetrwali w organizacjach Brygad Wywiadowczych i WiN [... ]. Po zlikwidowaniu dywersji »las« zlikwidowaniu ulega dywersja podziemia miejskiego. Oby proces krakowski był ostatnim z tego rodzaju smutnych procesów”.
„Po wyroku nastąpiły długie lata więzienia, bo aż pełnych 122 miesięcy. Nie zmarnowałem ich. Wykorzystałem każdego człowieka, poza pojedynką, żeby nie marnować czasu. Wachlarz ludzi był ciekawy – od profesorów wyższych uczelni do analfabetów, od ludzi z moralnych szczytów do ostatnich i najgorszych odpadków ludzkich. Wszyscy byli dla mnie ciekawi. Od wielu dużo się nauczyłem. Wiele czasu poświęciłem filozofii i innym zagadnieniom ogólnym, a specjalnie zająłem się matematyką i mechaniką budowli. W zasadzie okres ten trzeba podzielić na dwa podokresy. Pierwszy do roku 1949, tj. do czasu aresztowania ujawnionych. W tym czasie uważano mnie (współtowarzysze) za trochę pomylonego. Rozumny był [płk Jan] Rzepecki „Ożóg” i płk [Jan Mazurkiewicz] »Radosław«. Kiedy ich w styczniu [19]49 r. aresztowano, zrozumiano, że ja broniłem pewnych wartości. Logika przegrała, zaczęły się ludziom otwierać oczy. Zrozumieli, że inni stali się narzędziem gry politycznej w rozgrywce wewnętrznej i z Londynem. Taką jest i będzie taktyka komunistów. I wierz mi, niewiele dziś się zmieniło pod tym względem. Drugi okres – dosyć ciężki tym [bardziej] że niektórzy ujawnieni napisali setki stronic. Wiele z tego uderzało we mnie. Jakoś z tego szczęśliwie wybrnąłem. Trochę jaśniej na duszy zrobiło się, kiedy w prasie zaczęto po październiku 1956 przebąkiwać o zdeptanej godności narodowej”
– pisał pułkownik w 1958 r. do ppłk. Kraczkiewicza.
Trudno dzisiaj nie przyznać, że to płk Niepokólczycki miał rację, przewidując już w roku zakończenia wojny, że akcje amnestyjne ogłaszane przez MBP wobec niepodległościowego podziemia miały – od samego początku, zarówno w 1945, jak i w 1947 r. – przede wszystkim cele operacyjne.
„Walka nadal trwa”
Po zwolnieniu z więzienia płk Niepokólczycki zamieszkał w Milanówku, a następnie, kilka lat przed śmiercią, w Brwinowie. Egzystować musiał w półkonspiracji, ostrożnie, chociaż raz po raz włączał się w różne inicjatywy społeczne.
Pułkownik Niepokólczycki do śmierci godnie reprezentował Polskę Podziemną. Głęboko wierzył, że Polacy wcześniej czy później odzyskają niepodległość.
Zwolnienie z więzienia nie oznaczało jednak, że bezpieka przestaje się interesować osobą pułkownika. Jak wszyscy inni „amnestionowani” żołnierze podziemia niepodległościowego tak i on – może szczególnie on – czołowy oficer KG AK i prezes II ZG WiN, podlegał od momentu zwolnienia w 1956 r. ścisłej kontroli operacyjnej. Tym bardziej że w przechwyconym w tym samym roku przez funkcjonariuszy zajmujących się perlustracją korespondencji liście do znajomych miał stwierdzić, że
„walka nadal trwa, dając tym do zrozumienia swoje nieprzejednane stanowisko z zamiarem udziału w tej walce”.
Dlatego też bardzo szybko zjawili się konfidenci – dzisiaj wiemy, że co najmniej kilkunastu. Kilku z tych TW możemy bez przesady określić mianem dobrych znajomych pułkownika. Przynajmniej Niepokólczyccy za takich ich uważali, zapraszając na rodzinne uroczystości, kombatanckie spotkania, rocznicowe nabożeństwa. Niektóre ze spotkań pułkownika, odbywane w latach sześćdziesiątych ze znajomymi z okresu służby w szeregach Polski Podziemnej, zapewne musiały przebiegać w atmosferze takiej, jaką sugestywnie przedstawił na łamach paryskich „Zeszytów Historycznych”, przebywający wtedy w Buenos Aires, Stanisław Lis-Kozłowski:
„»Teodor« był tradycjonalistą w najlepszym słowa tego znaczeniu. Tradycję zachowywał i tworzył. W pokoju, w którym przyjmował odwiedzających go, w skromnym mieszkaniu w Brwinowie, na pustych poza tym ścianach wisiały jedynie dwie duże fotografie Marszałka, [Matka Boska] Częstochowska i przy drzwiach wejściowych symbol Polski Walczącej – kuta w żelazie kotwica, pod nią takiż mały kinkiet z woskową świecą. Zapalało się ją – a był to przywilej wnuka – tylko wówczas, gdy gościem był dawny towarzysz broni – Akowiec”.
Niepokólczyccy nie wiedzieli, że z każdego spotkania z „Frankiem” konfidenci przekazywali bezpiece nawet kilkunastostronicowe raporty.
Nieugiętą wobec komunistów postawę płk. Niepokólczyckiego trafnie zdefiniował jego podkomendny:
„[W PRL-u] nadal pozostał wierny swym ideałom. Nie przez jakiś upór, czy zatwardziałość, czy zawężenie horyzontów, lecz z głęboko przemyślanego przeświadczenia o słuszności swego stanowiska. Z żelazną konsekwencją odrzucał wielokrotnie wszelkie sugestie, odpowiadał odmownie na propozycje, które nie zgadzały się z linią jego dotychczasowego postępowania, nie były zgodne z jego pojęciem żołnierskiego honoru. A propozycje te mogłyby mu zapewnić nie tylko dużo dostatniejsze i wygodniejsze bytowanie, ale przede wszystkim bezpieczniejsze i spokojniejsze ostatnie lata życia”.
Pułkownik Niepokólczycki do śmierci godnie reprezentował Polskę Podziemną. Głęboko wierzył, że Polacy wcześniej czy później odzyskają niepodległość, ale muszą w tym kierunku działać własnymi siłami. Stefan Korboński zapamiętał go z okresu okupacji niemieckiej i Powstania Warszawskiego jako „niepoprawnego optymistę”. Bezpieka nie zaprzestała działań operacyjnych nawet u schyłku życia pułkownika, kiedy zarówno on, jak i jego żona, borykali się z dolegliwościami wieku.
Były one prowadzone nawet jeszcze w czerwcu 1974 r., gdy w Warszawie i Brwinowie trwały uroczystości pogrzebowe pułkownika. Oprócz rodziny, kolegów, podkomendnych towarzyszących w jego ostatniej drodze znaleźli się tam również cywilni funkcjonariusze bezpieki oraz co najmniej trzech konfidentów, wcześniej przez wiele lat inwigilujących „Franka”. Jednym z nich był samozwańczy rotmistrz wileńskiej AK Zygmunt Augustowski TW „Bross”.
„Życie nie skąpiło mu bolesnych i ciężkich przeżyć, które zawsze znosił po żołniersku, godnie, bez słowa skargi”
– stwierdził płk Jan Zientarski podczas pogrzebu. W 2008 r. płk Niepokólczycki został odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego. Od lipca 2020 r. jest patronem 16 Tczewskiego Batalionu Saperów w Nisku.
Tekst pochodzi z numeru 5/2023 „Biuletynu IPN”
