Często poddawani byli brutalnym represjom, okrutnym torturom w trakcie śledztw, skazywani na wieloletnie ciężkie więzienia, lub po prostu mordowani. Przykładem takiego postępowania jest bohater poniższego tekstu, którego losy doskonale ilustrują to, jakimi metodami komuniści przejmowali po 1945 r. władzę w Polsce.
Pierwsze lata życia
Leszek Biały pochodził z Kresów, urodził się bowiem w 1919 r. Sewerynówku na Podolu. W obliczu zajęcia tamtych terenów przez bolszewików i przy prawdopodobieństwie, że nie wejdą one w skład odradzającego się państwa polskiego, rodzina postanowiła zmienić miejsce zamieszkania. W 1920 r. przyjechała do Łodzi, ale już w styczniu 1922 r. osiedliła się w Bydgoszczy, z którą związała się na stałe.
Matka zajmowała się prowadzeniem domu, natomiast ojciec, który był ekonomistą z wykształcenia, początkowo podjął pracę w banku, a później pracował jako księgowy dla wielu bydgoskich firm. Zarabiał dobrze, w połowie lat trzydziestych stać go było na wybudowanie domu przy ul. Sielanka.
Rodzina przykładała dużą wagę do wykształcenia swoich dzieci. Siostry Leszka studiowały – Maria i Alina ukończyły farmację na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, a Zuzanna wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Leszek w 1936 r. zdał maturę w Gimnazjum Matematyczno-Przyrodniczym im. Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy i rozpoczął studia elektrotechniczne na Wydziale Mechanicznym Politechniki Lwowskiej. Nie ukończył ich jednak, ponieważ naukę przerwał wybuch II wojny światowej.
II wojna światowa
Wybuch wojny zastał go w Bydgoszczy, gdzie przebywał na wakacjach. W obliczu represji, które po zajęciu miasta spadły na jego mieszkańców, opuścił miasto i udał się w kierunku Warszawy. Do stolicy jednak nie zdołał dotrzeć. Nie udało mu się również przedostać do Rumunii, skąd chciał przemieścić się dalej na Zachód. W obliczu tego powrócił do Bydgoszczy i zaczął się w niej ukrywać. Jego przyjaciel, Maciej Krzyżanowki, wspominał to w następujący sposób:
„W zimie 1940 r. ukrywaliśmy się z Leszkiem po szopach i cmentarnych kaplicach, gdy hitlerowski Sicherheitsdienst (służba bezpieczeństwa) wyciągał w nocy z mieszkań młodych Polaków bądź to jako zakładników dla późniejszej egzekucji, bądź na wywózkę do obozów koncentracyjnych czy też na roboty do Niemiec”.
Represje dotknęły również Białych. Wiosną 1940 r. Niemcy wysiedlili ich z domu przy ul. Sielanka. Od 1 kwietnia zamieszkali w kamienicy przy ul. Garbary 19.
Wiosną 1940 r. Biały przestał się ukrywać. Otrzymał nakaz pracy, w następstwie którego został zatrudniony jako elektromonter w firmie „H. Bromm & Comp”, której właścicielem był Niemiec Jakob Koch. Firma ta zakładała instalacje elektryczne w powstających pod Bydgoszczą zakładach zbrojeniowych DAG (Dynamit-Nobel Aktion Gesellschaft), a później świadczyła usługi elektryczne na ich rzecz. Dzięki temu Biały miał możliwość w miarę swobodnego poruszania się po zakładzie, poznawania ludzi i zdobywania informacji. Potencjał ten dostrzegli członkowie działającej w zakładzie konspiracyjnej komórki ZWZ/AK o kryptonimie „Brahnau”, którzy zaproponowali mu dołączenie do niej.
Formalnie Leszek Biały został zaprzysiężony w 1942 r., prawdopodobnie jesienią, i przyjął pseudonim „Jakub” (później posługiwał się też pseudonimami „Radius” i „Herbert”). Jego związki z konspiracją były jednak wcześniejsze, bowiem już od początku lat czterdziestych utrzymywał kontakty z działającą w Bydgoszczy młodzieżową organizacją konspiracyjną. Wstąpienie w szeregi AK było więc logiczną konsekwencją tamtych wcześniejszych działań, ale również wyznawanych wartości i prezentowanych jeszcze przed wojną postaw.
Urodzony konspirator
Dość szybko zaczął być doceniany przez swoich konspiracyjnych zwierzchników, którzy – nabierając do niego zaufania – powierzali mu coraz to bardziej odpowiedzialne zadania i funkcje. Zwieńczeniem tego było powierzenie Białemu we wrześniu 1944 r. funkcji szefa Wydziału V Łączności AK na Pomorzu (wcześniej był już szefem Wydziału V Inspektoratu Bydgoszcz AK, następnie szefem łączności w Podokręgu Północno-Zachodnim Pomorze AK). Był również przewidywany na szefa Wydziału II Wywiadowczego AK na Pomorze, ale młody wiek i brak wcześniejszych związków z wojskiem skłoniły władze AK do odstąpienia od powierzania mu takiej funkcji. Uhonorowany został przez władze Polskiego Państwa Podziemnego przyznanymi mu pod koniec wojny odznaczeniami: Srebrnym Krzyżem z Mieczami oraz Krzyżem Walecznych. Został również awansowany na podporucznika czasu wojny.
W trakcie swojej działalności konspiracyjnej „Jakub” był niezwykle aktywny, nie ograniczając się tylko do organizowania sieci kurierów operujących na całym Pomorzu. Werbował ludzi dla AK, tworzył struktury i wyszukiwał bezpieczne kwatery dla osób zdekonspirowanych przez Niemców. Lokale takie zapewnił m.in. komendantowi Okręgu Pomorze AK ppłk. Janowi Pałubickiemu „Januszowi”, komendantowi Inspektoratu Bydgoszcz AK por. Aleksandrowi Schulzowi „Michałowi” i sekretarce szefa Sztabu Okręgu Pomorze AK Jadwidze Deruckiej „Marii” i innym. Ukrywającym się dostarczał żywność i zapewniał bezpieczeństwo.
Ściśle współpracował również z oddziałami partyzanckimi ze zgrupowania AK „Jedliny”, stacjonującymi w Borach Tucholskich, wielokrotnie udając się do nich osobiście, w celu dostarczenia lub odebrania meldunków, przewiezienia broni i lekarstw, a także przetransportowania uciekinierów, którzy znajdowali wśród partyzantów bezpieczne schronienie. Maciej Krzyżanowski wspominał:
„Z Leszkiem obsługiwaliśmy grupę »Dana«, przewoziliśmy wraz z pocztą pewną liczbę granatów, dynamit lub broń krótką. Nieraz w naszych plecakach były również lekarstwa i materiały opatrunkowe. Kilka razy pilotowaliśmy do oddziału nowych żołnierzy. Z reguły byli to młodzi ludzie, którym grunt palił się pod nogami, lub synowie rodziców, którzy ze strachu przed prześladowaniem przez Niemców podpisali tzw. III grupę [volkslisty] (Eingedeutsch), co pociągało automatycznie powołanie młodych do Wehrmachtu”.
Zorganizowane przez siebie lokale konspiracyjne wykorzystywał nie tylko dla ukrywania działających w AK osób, ale również do przechowywania broni, lekarstw, podziemnej prasy, prowadzenia nasłuchu radiowego i szkoleń z zakresu szyfrowania. Ważnym lokalem, gdzie prowadzono tego typu działania, było też mieszkanie jego rodziców przy ul. Garbary 19 w Bydgoszczy. Komendant Okręgu Pomorze AK, ppłk Jan Pałubicki, spotykał się tam z podległymi mu oficerami sztabu. Bywali tam m.in. por. Aleksander Schulz (komendant Garnizonu, następnie Inspektoratu Bydgoszcz AK, a jeszcze później Podokręgu Północno-Zachodniego Pomorze AK), ppor. Alojzy Suszek „Paweł” (komendant Inspektoratu Bydgoszcz AK), por. Bronisław Sonnenfeld „Lech” (ostatni komendant Garnizonu Bydgoszcz AK), Michał Krzyżanowski „Kuba” (szef łączności w Inspektoracie Bydgoszcz AK) i inni.
„Jakub” prowadził także działania wywiadowcze, wynosząc m.in. z fabryki DAG dokumentację związaną z produkcją zbrojeniową Niemców. Założył komórkę legalizacyjną, która zajmowała się wytwarzaniem dokumentów dla „spalonych” konspiratorów. Aleksander Schulz tak po latach wspominał jej działalność:
„Dowody wystawiane przez komórkę legal[izacyjną] »Jakuba« nigdy nie były kwestionowane przez Niemców, którzy nawet nie przypuszczali, że na terenie Pomorza istnieją fałszywe dowody. Było ich zresztą b. mało, gdyż akowcy żyjący na »nielegalnej stopie« nie stanowili promili stanu”.
Utrzymywał ponadto liczne kontakty z konspiratorami z Pomorza, harcerzami z Szarych Szeregów, przedstawicielami organizacji „Miecz i Pług”, a także przedstawicielami Komendy Głównej AK, którzy przybywali w celach organizacyjnych na Pomorze. Jednym z nich był przybyły w lutym 1945 r. do Bydgoszczy wysłannik gen. Leopolda Okulickiego o nieustalonych personaliach, noszący pseudonim „Bolesław”. Jego przyjazd wiązał się z reorganizacją struktur konspiracyjnych po rozwiązaniu AK i dostosowaniem ich do zmienionej rzeczywistości w ramach nowej organizacji o nazwie Niepodległość („NIE”). Przejęcie przez „Bolesława” obowiązków szefa łączności oznaczało, że „Jakubowi” prawdopodobnie wyznaczono nową funkcję. Niestety nie zdążył jej objąć, nie wiemy nawet, na czym miała ona polegać.
W szponach UB
27 lutego 1945 r. do bydgoskiego mieszkania Białych przy ul. Garbary przybyło kilku funkcjonariuszy UB, aby zatrzymać „Jakuba” i zabrać mu radiostację, którą miał posiadać. Informację na jego temat mieli od aresztowanych wcześniej partyzantów z Borów Tucholskich. Wraz z Leszkiem zatrzymano również „Bolesława”.
Obydwu zabrano do siedziby UB przy ul. Markwarta, obiecując rodzinie, że po przesłuchaniu zostaną zwolnieni do domu. Po czasie okazało się, że funkcjonariusze UB podczas swojej wizyty ukradli z domu wszystkie cenne przedmioty na które natrafili w trakcie przeszukania. „Zniknęły” pierścionki, łańcuszki, zegarki, a nawet maszyna do pisania. Rodzina nigdy ich nie odzyskała. Do domu nie wrócił też nigdy „Jakub”.
O tym co stało się z Leszkiem Białym dowiedzieć się możemy z zeznań składanych w późniejszych latach przez osoby, które przebywały wraz z nim w budynku UB. Na ich podstawie wiemy, że przetrzymywano go w jednej z piwnic i przez kilka kolejnych dni poddawano brutalnemu śledztwu, które zakończyło się tragicznie. Od zatrzymanego chciano wydobyć informacje na temat struktur AK na Pomorzu i osób, które zaangażowane były w działania konspiracyjne. Funkcjonariuszy UB interesowało także, gdzie schowana jest radiostacja, którą posługiwał się „Jakub”.
Miejsce przetrzymywania Leszka następująco opisał Leon Aldag:
„Przebywał on w celi bardzo wąskiej, podłużnej, mieszczącej się na prawo przy wejściu do piwnic, gdzie poprzednio w czasie okupacji mieścił się skład materiałów piśmiennych. Okna w tym pomieszczeniu nie było, które by prowadziło na zewnątrz gmachu. Jedynie w drzwiach, prowadzących do tego pomieszczenia, był otwór wielkości około pół metra w kwadracie. W otworze tym były ślady po szybie, której tam jednak już nie było. Szyba ta, jak sobie przypominam, była tam poprzednio. Była ona nieprzejrzysta, lecz mleczna”.
Były funkcjonariusz UB Aleksy Jagodziński dodawał:
„Osobiście widziałem Białego dwa razy. Pierwszy raz widziałem go w pomieszczeniu niedaleko schodów. Widziałem go wówczas przez okienko, jakie było w górnej części drzwi. Biały siedział wówczas zdaje się na posadzce, gdyż siedział nisko i był odwrócony do mnie plecami. O ile pamiętam, był on wówczas bez marynarki. Zdaje się, że był w koszuli. Na czym siedział – nie widziałem. Nie rozmawiałem z nim wtedy. Nie usiłowałem też z nim rozmawiać, gdyż Halewski zabronił przeprowadzania rozmów, a nawet zaglądania do aresztowanych. O ile dobrze pamiętam, krótko po tym, może następnego dnia, ponownie widziałem Białego. Teraz widziałem go na schodach jak prowadzono go z pierwszego piętra na dół do piwnic. Był on w koszuli i spodniach. Włosy miał w nieładzie, koszula była pomięta i był załamany. Z tego wnioskowałem, że był pobity. Również i teraz nie rozmawiałem z nim. Więcej Białego nie widziałem”.
Kolejnych informacji dostarcza strażnik UB Józef Nowak, który zeznał:
„W 1945 r. byłem zatrudniony jako klucznik w woj[ewódzkim] UB w/m przy ul. Markwarta. Leszka Białego osobiście nie znałem. Dopiero Halewski zwrócił moją uwagę na jednego z więźniów, mówiąc »zwróć uwagę na Białego, aby nie uciekł i aby go nikomu nie pokazywać«. W ten sposób dowiedziałem się, że więzień, który siedział w jednej z trzech małych cel nazywa się Leszek Biały. Więzień ten siedział w celi o wymiarach 1 metr na metr. Na noc przeważnie odbierano mu ubranie. Podawałem mu nieraz słomiankę do wycierania nóg, aby mógł przynajmniej na niej usiąść. […] Wygląd Leszka Białego wskazywał na to, że był on katowany. Wiem, że Halewski stosował metody niedozwolone, gdyż sam byłem bity przez niego. Halewski przyszedł do mnie i powiedział: »Przyszedłem wypróbować moją delikatna rączkę na twojej parszywej mordzie« i uderzył mnie tak mocno, że do dziś mam zaburzenia słuchu”.
Z innych zeznań dowiadujemy się nie tylko o tym jak znęcano się nad osadzonym, ale również o tym kto to robił. Interesujące w tym względzie są chociażby relacje Wojciecha Felcyna:
„Sam zostałem później aresztowany przez Halewskiego za przynależność do AK w czasie okupacji. Tenże Halewski, w czasie kiedy byłem aresztowany, bił mnie osobiście i groził pistoletem. Wybił mnie jeden ząb oraz brał udział z trzema innymi w biciu mnie pałkami gumowymi po piętach. Powalono mnie na podłogę, bito, kopano i deptano po mnie. Halewski brał w tym czynny udział. Bito mnie w ten sposób wiele razy, zawsze w nocy i zawsze z udziałem Halewskiego, który osobiście wyprowadzał mnie z celi. W ten sposób wymuszał na mnie przyznanie się do nie popełnionych czynów. Później zabrano mnie do Warszawy i tam już nikt mnie nie bił. Gdybym pozostał w Bydgoszczy, niewątpliwie już bym nie żył. Tutaj bowiem Halewski strasznie się nade mną znęcał”.
Potwierdzenie bestialskiego znęcania się nad Leszkiem Białym znajdujemy również w innych zeznaniach. Józef Nowak mówił, że:
„Biały przebywał w celi około 8–10 dni. W tym okresie Halewski wzywał go często na przesłuchania. Biały, kiedy z tych przesłuchań wracał, był zawsze bardzo pobity. Halewski też przychodził do niego do celi i tutaj polecał mu się rozebrać do naga, po czym tak go w celi pozostawiał. Halewski polecał Białego rozebrać zawsze na noc”.
Na tortury stosowane w trakcie przesłuchań wskazują także słowa przywoływanego już strażnika więziennego Leona Aldaga:
„Zobaczyłem wówczas w maleńkim pomieszczeniu młodego człowieka, znanego mi osobiście, o nazwisku Leszek Biały, który siedział zupełnie nago rozebrany na cemencie, gdzie była warstwa grubości 10 cm wody i wybite okno [w drzwiach], prowadzące na korytarz. Halewski dochodził do piwnicy co pewien czas do Białego i rozpytywał go czy chce już zeznawać, wyzywając go i lżąc. Kiedy Biały nic nie mówił, Halewski polecał polewać go wodą co pewien czas. Kto go polewał wodą – zeznać nie mogę, gdyż osób tych nie znam. Widziałem jednak jak przez okno polewano go wodą. Widziałem Białego w tym pomieszczeniu przez trzy kolejne dni, zawsze nagiego. Kiedy go widziałem ostatni raz w tym pomieszczeniu, to na moje wezwanie Biały już nie reagował. Po tym Białego już nie widziałem. Zapytałem umyślnie Halewskiego czy jeszcze trzeba pilnować, na co ten odpowiedział mi: »temu już nic nie trzeba«, polecając mi: »Pysk trzymać«, bo może mnie też to spotkać, co spotkało Białego”.
Grób pod śmietnikiem
Po latach udało się ustalić nazwiska oprawców Leszka Białego. Byli nimi funkcjonariusze UB tacy jak: Bolesław Halewski, Ryszard Szwagierczak i Henryk Wątroba. Co ciekawe, byli oni równie młodzi jak „Jakub”. Dwaj pierwsi byli wręcz jego równolatkami, w 1945 r. mieli tylko 26 lat, a ostatni był nawet o trzy lata młodszy. Mimo to nie mieli litości dla aresztowanych, wykazywali się okrucieństwem, w bestialski wręcz sposób znęcając się nad zatrzymanymi. Wielu z nich nawet po latach ze strachem wspominało chwile spędzone w areszcie. Mieli jednak to szczęście, że przeżyli, chociaż w wielu przypadkach byli trwale okaleczeni fizycznie i psychicznie.
„Jakub” takiego szczęścia nie miał. Wraz z „Bolesławem” został podczas przesłuchań zakatowany na śmierć, co nastąpiło prawdopodobnie 3 marca 1945 r. Ich zwłoki zakopano w dole na podwórzu Urzędu Bezpieczeństwa, w miejscu, gdzie później stały śmietniki.
Rodzinie nie zdradzono co stało się z zatrzymanym. Twierdzono, że wyszedł, że pewnie wyjechał albo ukrywa się w obawie o swoje życie. Zaniepokojeni rodzice podejmowali różne interwencje. Pisali pisma do bezpieki, ministerstwa sprawiedliwości, prokuratury, posłów, a nawet… do Stalina. Na nic się to jednak zdało. Wokół „zaginionych” zapadła zmowa milczenia. Dopiero w wyniku tzw. odwilży politycznej udało się doprowadzić do wszczęcia śledztwa, a w jego konsekwencji uzyskać zeznania, które pozwoliły przeprowadzić ekshumacje i odnaleźć zwłoki. Po wydaniu ich rodzinie w 1957 r. zorganizowano oficjalny pogrzeb, na który przybyło wielu współpracowników z czasu działalności w szeregach AK.
Pomimo próby wymazania go z historii pamięć o Leszku nie zaginęła. Upór rodziców doprowadził do wydobycia nie tylko jego ciała, ale również pamięci o jego dokonaniach. W dzisiejszych czasach jest on wzorem wskazywanym młodzieży jako godny naśladowania, podczas gdy jego oprawcy skazani są na słowa potępienia. „Jakub” jest patronem skweru w Bydgoszczy, jeden z tramwajów nosi jego imię, ma także tablice, które przypominają jego osobę. Szkoda, że za to wszystko musiał ponieść tak wysoką cenę.
