Wojnie 1939 r. towarzyszy od początku terror wymierzony w cywilów. Zbrodnie popełniają nie tylko żołnierze Wehrmachtu i SS, lecz także członkowie Selbstschutzu i innych niemieckich formacji. Wieści o tych wydarzeniach, potęgowane przez plotki i pogłoski, rozchodzą się błyskawicznie. Bezlitosna wojna mobilizuje setki tysięcy cywilnych mieszkańców Rzeczpospolitej do ucieczki na wschód. Dotyczy to wszystkich – bez względu na płeć, wiek, zawód, stopień zamożności.
Desperacka ucieczka
Decyzje w tej sprawie zapadają na ogół szybko i spontanicznie, a ucieczki są chaotyczne i niezorganizowane. Rządzi zasada „byle szybciej, byle dalej!”. Nieodłącznymi towarzyszkami wrześniowego exodusu są rozpacz, przerażenie, panika i chaos, z czasem dołącza do nich apatia. Uciekają nie tylko cywile; trwa ewakuacja wojska i administracji. W założeniach jest planowa, lecz z praktyką bywa rożnie. Zjawisko wywołuje przygnębiające wrażenie, zwłaszcza w konfrontacji z przedwrześniową propagandą, że Niemcom „nie oddamy ani guzika”.
W pierwszych dniach września uciekinierzy przemieszczają się stosunkowo sprawnie; część z nich wyrusza w tułaczkę przed niemieckim atakiem. Już 1 września 1939 r. lekarz ze Szczebrzeszyna Zygmunt Klukowski notuje:
„Do całej Zamojszczyzny przyjeżdża coraz więcej ludzi z pogranicza niemieckiego. Władze starają się temu przeciwdziałać, rezerwując miejsca na jakieś urzędy”.
Przeważnie uciekają całe rodziny, zdarzają się też zagubione dzieci i sieroty. Uchodźcom ze wsi towarzyszą zwierzęta domowe i bydło. Stan uciekinierów jest na ogół opłakany: są ranni, chorzy, wyczerpani, głodni, biedni i brudni.
Symbolem wrześniowego exodusu stanie się „szosa zaleszczycka”, która w propagandzie PRL będzie ponurym obrazem „upadku II RP i jej elit”. Ale kontrowersyjną ucieczkę wyższych sfer dostrzegają też współcześni.
Początkowo dla wielu punktem docelowym lub etapowym jest Warszawa. 4 września docierają tu pierwsi uciekinierzy z Wielkopolski, spod Częstochowy, z okolic Łodzi. Mieszają się z cofającym się wojskiem, koczują na ulicach lub w podwórzach. Z czasem otrzymują opiekę i pomoc. Z punktu rozdzielczego przy ul. Sienkiewicza uciekinierzy są rozsyłani do miejsc, które przeznaczono dla nich na tymczasowe schronienie – głównie do szkół i budynków instytucji.
Pomagają też ludzie dobrej woli, udostępniając własne mieszkania i lokale. Bezinteresowne wsparcie w różnych formach jest udzielane na wszystkich trasach ucieczek. Ale nie zawsze i nie wszędzie. Czas wojny rządzi się swoimi prawami. Gdy polska obrona się załamuje, „solidaryzm społeczny” zaczyna mieć swoją wymierną cenę; kogo na to nie stać, jest skazany na łaskę i niełaskę losu.
Wyjście z Warszawy
4 września zapada decyzja o częściowej ewakuacji rządu i urzędów centralnych z Warszawy. Do 7 września opuszczają stolicę naczelne władze administracyjne i wojskowe na czele z prezydentem Ignacym Mościckim, premierem Felicjanem Sławojem-Składkowskim i naczelnym wodzem marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym.
Dezorganizację zaplecza potęguje szef propagandy w sztabie naczelnego wodza ppłk Roman Umiastowski, który w nocy z 6 na 7 września wydaje przez radio apel do wszystkich niezmobilizowanych dotąd mężczyzn zdolnych do noszenia broni, aby bezzwłocznie udali się na wschód, gdzie zostaną wcieleni do wojska; równocześnie wzywa do masowego udziału w budowie barykad w stolicy. W efekcie tysiące mężczyzn, często z całymi rodzinami, ruszają z miasta. Koszmarnie zatłoczona ludźmi i pojazdami droga Warszawa–Lublin zyska miano „szosy Umiastowskiego”.
Chaos i panikę udaje się opanować prezydentowi i komisarzowi cywilnemu przy Dowództwie Obrony Warszawy Stefanowi Starzyńskiemu oraz Dowódcy Obrony Warszawy gen. Walerianowi Czumie. Okrążoną stolicę opuści jeszcze 21 września 178 członków korpusu dyplomatycznego i 1,2 tys. osób z tutejszej kolonii cudzoziemskiej.
Rzesze cywilów zdążają głównie na wschód, a z czasem – w miarę coraz bardziej niekorzystnego dla Polski przebiegu kampanii – także na południowy wschód – w stronę przejść przez granicę z sojuszniczymi Rumunią (w Kutach, Śniatyniu, Zaleszczykach) i Węgrami (w Siankach, na Przełęczy Tatarskiej). Z perspektywy 17 września ten ostatni kierunek exodusu okaże się „bezpieczniejszy”.
Uciekano jak się da i czym się da. Klukowskiego uderza we Włodzimierzu Wołyńskim (zostaje tam skierowany jako oficer rezerwy) „niezmierna liczba uciekinierów”, którzy jadą głównie samochodami osobowymi, autobusami, ciężarówkami i motocyklami. Widok tego korowodu jest dla niego „okropnie przykry, przygnębiający i denerwujący”:
„Widok był niesamowity. Cała ta lawina ludzka, ogarnięta paniką, gnała gdzieś przed siebie, często nie wiedząc dokąd właściwie dąży i gdzie będzie kres tej wędrówki. Tempo nadawały samochody osobowe, które wyprzedzały nie tylko tabory konne, lecz i auta ciężarowe. Piękne limuzyny, niektóre jeszcze lśniące, a przeważnie celowo niemyte lub nawet całe wysmarowane gliną dla zamaskowania przed okiem nieprzyjacielskich lotników, najczęściej ze znakami rejestracyjnymi Warszawy, przeładowane były uciekającymi i ich rzeczami”.
Pojazdy były oblepione uchodźcami, którzy stali na ich stopniach, błotnikach, zderzakach, trzymali się klamek i ram okiennych. Ich rzeczy były poprzywiązywane gdzie tylko się dało. Wiele samochodów nosiło ślady ucieczki: miały wybite szyby, zgniecione zderzaki, błotniki i chłodnice. Wolniej od samochodów osobowych jechały autobusy i ciężarówki – wszystkie również zapchane po brzegi uciekinierami i ich bagażami. W użyciu były też konie, które ciągnęły wozy drabiniaste i furmanki. Dużo osób, głównie młodzi mężczyźni, uciekało na rowerach z bagażami przywiązanymi do kierownicy lub siodełka.
Oblężenie uchodźcami przeżywają dworce kolejowe. Kolejarze robią co mogą, by sprawnie odprawiać pociągi, ale w warunkach wojny błyskawicznej zamętu i zniszczeń nie można opanować. Dziennikarz Stanisław Saliński przywołuje obrazek z Dworca Wschodniego w Warszawie:
„W przejściach pod torami na perony leżał pokotem zbity zmaltretowany tłum – śpiący żołnierze, jacyś uciekinierzy, płaczące przerażone kobiety, dzieciarnia. Toboły, stosy tobołów, skrzynie, walizy. Fala uciekinierów z zachodnich i północnych rejonów już zalewała Warszawę. [...] Między stojącymi wzdłuż peronów wagonami miotał się bezładny tłum, szturmowano do przepełnionych już wagonów, które nie wiadomo, dokąd i kiedy miały odejść. [...] Powietrze nasycone było rozpaczą i paniką”.
Nie wszyscy mieli to „szczęście”, by uciekać środkami transportu. Wielu szło pieszo, często z dobytkiem umieszczonym na wózkach lub w bagażu podręcznym. Niektórzy zostali zmuszeni do porzucenia pojazdów z powodu braku benzyny lub nie dającej się usunąć na poczekaniu awarii. A paliwo było na wagę złota, zwłaszcza, gdy zaczął się kurczyć do niego dostęp. W krytycznych chwilach i miejscach, np. przed mostem na Bugu w Uściługu, żądano za litr benzyny 100 lub nawet 200 zł. Z czasem w ogóle nie można było jej zdobyć, bo wszystkie zapasy znalazły się w rękach wojska. Gdy zabrakło benzyny, modne stały się rekwizycje. Wspomina dziennikarz Mieczysław Krzepkowski:
„Każdy, kto miał jaki taki urzędowy papierek, choćby osobiście sfabrykowany, nadawał sobie prawo rekwizycji poparte rewolwerem, jeśli tupet nie wystarczał”.
W warunkach wojennych siła nabywcza pieniądza była iluzoryczna lub żadna. Czasem, żeby coś zjeść, napić się lub znaleźć miejsce do spania należało wyzbyć się wartościowych przedmiotów: biżuterii, zegarków itp. Determinacja uciekinierów nie miała granic. Dla przykładu, 12 września w granicznej miejscowości Sianki żołnierze i cywile zajęli węgierski pociąg z całym składem osobowym, którym pojechali do polskiej jeszcze Turki, po czym jak gdyby nigdy nic odesłali pociąg Węgrom. Dlaczego nie uciekli od razu na Węgry, nie wiadomo.
Pogłębiający się chaos
Symbolem wrześniowego exodusu stanie się „szosa zaleszczycka”, która w propagandzie PRL będzie ponurym obrazem „upadku II RP i jej elit”. Ale kontrowersyjną ucieczkę wyższych sfer dostrzegają też współcześni. Klukowski pisze 7 września:
„Ewakuują z Warszawy ministerstwa. Dygnitarze z rodzinami, ministrowie, wyżsi wojskowi, korpus dyplomatyczny – wszyscy pędzą na wschód i południe. [...] Ucieka elita, wnosząc niesłychane zamieszanie, graniczące z paniką, udzielającą się coraz szerszym warstwom społeczeństwa”.
Przykre wrażenie sprawiał na Klukowskim widok stosunkowo dużej liczby starszych stopniem oficerów, którzy uciekali razem z rodzinami. Podobny widok odnotował dziennikarz Klemens Malicki:
„Samochody sunęły coraz liczniej ulicami Łucka. Szczególną uwagę zwracały limuzyny wojskowe, objuczone od zewnątrz, a wewnątrz oficerowie, o wysokich dystynkcjach wojskowych, z rodzinami”.
Pieniądze i „szarża” zapewniały czasem większe szanse powodzenia i „komfort” ucieczki. Klukowski wspomina np. swoją znajomą – uciekinierkę z Poznania, którą wyrzucono z dwojgiem dzieci z lubelskiego hotelu, by zrobić w nim miejsce dla notabli z Warszawy. Trudy nie opuszczają uchodźców do końca. Jeden z nich Mieczysław Chrapek tak kwituje postój na granicy z Węgrami:
„Tłok, przepychanki, zamęt i chaos”.
Dla wielu ucieczka nie oznacza ratunku – wprost przeciwnie. Krzepkowski zapamiętał taki obraz:
„Widzieliśmy na szosach kłębowiska porozbijanych samochodów i wozów, obryzganych krwią i strzępami ludzkich ciał, a przy drogach płytkie świeże mogiłki, z których wystawały ręce i nogi”.
Terrorystyczne ataki niemieckich lotników nie oszczędzają zatłoczonych cywilami pociągów i bezbronnych kolumn spieszonych uchodźców. Bombardowania i dźwięk potęgujących panikę syren, które montowano w junkersach, niektórzy zapamiętają na całe życie. Tam, gdzie kończy się władza polskiego wojska i policji, gehennę uchodźców dopełniają grabieże i mordy, popełniane np. na Kresach przez zrewoltowanych Ukraińców. Są żołnierze, zwłaszcza oficerowie, którzy przed przekroczeniem granicy popełniają samobójstwo.
Najwięcej cywilów uciekło do Rumunii i na Węgry. Szacuje się, że do końca września 1939 r. znalazło się ich tam odpowiednio około 26 tys. i ponad 1,3 tys. Niektórzy pozostali na emigracji, inni wrócili do kraju lub ruszyli dalej – głównie do Francji.
Skala ucieczki niepokoi polskie władze. Exodus fatalnie wpływa na nastroje ludności, która pozostaje w swoich domach. Cywile tarasowali wojskowe kolumny, które z czasem zmierzały w tym samym, co oni kierunku – w stronę ostatniego bastionu oporu, przedmościa rumuńskiego. 8 września w Brześciu premier rozkazuje głównemu komisarzowi cywilnemu Ludwikowi Bociańskiemu zapanować nad falą uchodźców i zatrzymać ją na linii Bugu; to głównie zadanie dla policji, która ma stworzyć zapory na mostach. Inicjatywa jest spóźniona i przynosi jedynie doraźny skutek.
Tymczasem problemy pojawiają się także na rubieżach kraju. Rumuni blokują przez pewien czas linię Dniestru od rzeki Stryj do rejonu Horodenki i nie przepuszczają uchodźców na południe od tej granicy. W drugiej połowie września, po rozmowach z rządem II RP, blokada zostaje zniesiona. W tym czasie także Węgrzy otwierają granicę dla uchodźców z Polski.
Zaciskające się kleszcze
Decyzje w tej sprawie zostały przyspieszone przez bieg wypadków. Związek Sowiecki, wypełniając sojusznicze zobowiązania wobec III Rzeszy, atakuje Polskę 17 września. Do tego czasu Niemcy w wielu punktach przekraczają linię demarkacyjną wytyczoną w pakcie Ribbentrop-Mołotow. Polska jest w kleszczach. Rydz-Śmigły rozkazuje armii wycofanie się najkrótszymi drogami do Rumunii i na Węgry. Najwyższe władze II RP, na czele z prezydentem i premierem (17 września przed północą) oraz naczelnym wodzem (18 września o świcie), przekraczają granicę w Kutach.
Na bazie precedensu rządów Belgii, Czarnogóry i Serbii z 1914 r. wypełniają swoje konstytucyjne obowiązki na emigracji. Sowieci prą na zachód i odcinają przejścia graniczne II RP z Rumunią. Są tacy, jak np. Melchior Wańkowicz, którzy w tej sytuacji pokonują Dniestr wpław. Wkrótce dla wielu uchodźców jedyna droga ewakuacji prowadzi tylko na Węgry.
Ci, którzy uciekli daleko na wschód są w tragicznym potrzasku. Teresa Łatyńska z domu Potulicka wspomina, że do granicy z ZSRS w Równem dojechała wtedy, gdy do Polski wkroczyli krasnoarmiejcy:
„Zapamiętałam bardzo przykre sceny, część ludności witała ich kwiatami. Byli to niestety głównie miejscowi Żydzi. Nie było innej rady, musieliśmy zawracać i przebijać się z powrotem do Obór [to rodzinny majątek Potulickich, założycieli Konstancina – red.]. Nie chcieliśmy zostawać pod rządami bolszewików. Podczas kampanii 1939 roku przejechaliśmy więc naszym samochodem Polskę w tę i z powrotem. To, że nam się to udało, wydaje mi się dzisiaj wręcz niebywałe”.
Po agresji ZSRS w gehennę tułaczki ruszają Polacy z Kresów. Skala ich exodusu nie została dotychczas dobrze poznana; jego trasa prowadziła na: północ (na Litwę i Łotwę, a stamtąd również na Zachód, także do Szwecji, a nawet Japonii), zachód (np. przez Wilno i Suwałki do centralnej Polski) i południe (do Rumunii i na Węgry). Attaché wojskowy w Kownie, płk Leon Mitkiewicz, tak opisuje jedną z odsłon ucieczki Kresowian:
„Tragedia Polski doszła i do nas, do Kowna. Uciekinierzy! Wystraszeni, złamani, bez żadnych środków do życia, bo z masą złotych polskich, nic tutaj niewartych, bez cieplejszej odzieży, tylko w letnich ubraniach”.
Najwięcej cywilów uciekło do Rumunii i na Węgry. Szacuje się, że do końca września 1939 r. znalazło się ich tam odpowiednio około 26 tys. i ponad 1,3 tys. Niektórzy pozostali na emigracji, inni wrócili do kraju lub ruszyli dalej – głównie do Francji. Większość uchodźców pozostała w okupowanej Polsce. Nie zdołali przekroczyć granicy lub tego nie chcieli i wrócili do swoich domów, o ile w ogóle mieli gdzie wracać. Niestety, dla wielu z nich Wrzesień’39 był tylko preludium do dalszych okropności tej wojny.
