Hiszpańska influenza pojawiła się w Europie pod koniec I wojny światowej, przywieziona najprawdopodobniej ze Stanów Zjednoczonych do portów iberyjskich. Tam znajdowało się pierwsze ognisko choroby, dlatego współcześni nazwali tę chorobę hiszpanką. Amerykańscy żołnierze przywieźli ją także do portów brytyjskich i francuskich. Ale nie była to jej jedyna nazwa.
Gorączka hiszpańska, flandryjska, chińska…
Jak pisze Andrzej Chwalba:
„w walońskiej części Belgii nazywano ją gorączką flandryjską, w Rosji gorączką chińską, a w Polsce chorobą bolszewicką albo chorobą ukraińską, na Cejlonie gorączką z Bombaju. Hiszpanka okazała się największym zabójcą tego czasu, nieraz większym niż sama wojna. […] Była to choroba typu globalnego. Według szacunków w latach 1918–1921 na hiszpankę chorowało około 500 milionów ludzi, a zmarło z jej powodu od 20 do 50 , a nawet 100 milionów”.
Nazwa bowiem zależała od kierunku, z którego ta infekcja przybyła do poszczególnych krajów.
Choroba zbierała żniwo wśród dzieci, młodzieży i osób dorosłych, niezależnie od pochodzenia. Dalej historyk pisze:
„Hiszpanka nie wybierała. Nie znała pojęć granic politycznych, etnicznych czy geograficznych. Nie miała również swoich preferencji odnośnie do wieku, zamożności, urodzenia, dostojeństwa, płci. Każdy mógł i powinien czuć się zagrożony”.
Nie pomagała profilaktyka ani ograniczenie kontaktów towarzyskich. Nie znaleziono na nią lekarstwa. Hiszpanka charakteryzowała się wysoką gorączką, biegunką, szybkim odwodnieniem, zapaleniem płuc połączonym z krwawieniem. Przyczynę epidemii odkryto dopiero w 1997 r., a sprawcą okazał się wirus oznakowany AH1N1, ale do dziś brak przekonującej opinii na temat przyczyn ówczesnej pandemii.
… ukraińska, bolszewicka
Na ziemie polskie dotarła stosunkowo późno. W lipcu 1918 r. zarejestrowano pierwsze zachorowania we Lwowie, następnie koleją wraz z podróżnymi przeniesiono ją do Krakowa. Stąd trafiła również do naszej parafii, przeniesiona przez podróżujących koleją i handlujących płodami rolnymi chłopów. We wrześniu zarejestrowano pierwsze osoby zarażone w Warszawie.
Wirus atakował falami. Kolejna nastąpiła w styczniu 1919 r., lecz, jak twierdzą historycy, przyniosła mniejsze spustoszenie niż pierwszy atak. Objawy infekcji były typowe dla grypy, jednak jej tempo zaskakiwało. Choroba w przypadkach śmiertelnych trwała niekiedy tylko trzy dni, a ozdrowieńcy wspominali, że ich stan chorobowy przedłużał się nawet i do dwóch tygodni, zanim poczuli się trochę lepiej. Niestety w wielu przypadkach pozostawały powikłania, które na stałe uszkadzały organizmy. Wyleczenie było o tyle trudne, że nie znaleziono ani skutecznego lekarstwa, ani tym bardziej szczepionki. Szacuje się, że zmarło ok. 15% wszystkich zarażonych, jednak strach przed pandemią był powszechny. Potrafił przyćmić nawet ważne wydarzenia polityczne.
Niestety nie można nawet w przybliżeniu oszacować danych o śmiertelności mieszkańców Polski w okresie rozprzestrzeniania się choroby, ponieważ w trakcie II wojny światowej zniszczono część ksiąg zgonów. Podobnie nie można określić liczby zmarłych po czasie w skutek konsekwencji powikłań. Skala śmiertelności była tak duża, że choroba stała się przedmiotem rozmów i korespondencji w każdej grupie społecznej. Ks. Edward Bielecki, proboszcz parafii Gorzków koło Kazimierzy Wielkiej w lutym 1919 r. informował, że:
„w jesieni grasowała epidemicznie choroba zwana »hiszpanką«. Od paru miesięcy rozszerzył się tyfus plamisty. Codziennie do paru chorych wzywają, tak że w zeszłym tygodniu byłem do 16 chorych wezwany. Na wiosnę, każe się domyślać, będą choroby – po całych dniach wypadnie objeżdżać chorych, zwłaszcza przy tutejszych ciężkich drogach”.
Jego spostrzeżenie znajduje potwierdzenie w zachowanych księgach zgonów, np. parafii w Luborzycy. W wyniku wzrostu liczby zachorowań chorobami zakaźnymi (do nich należy zaliczyć m. in. cholerę, odrę, tyfus plamisty) w latach 1918–1922 w naszej parafii zmarło ponad 400 osób. W 1918 r. zmarło 106 osób, rok później 105 osób, a od 1922 r. odnotowujemy znaczący spadek zgonów – poniżej 70 osób w skali roku. Podobne tendencje można dostrzec np. w parafii Polanka Wielka koło Oświęcimia. W 1917 r. zmarło 30 osób, a szczyt śmiertelności miał miejsce w 1918 r. – w tej małej parafii zmarło 58 osób, by rok później nastąpiła tendencja spadkowa, która utrzymywała się do zakończenia epidemii: w 1919 r. zmarły 32 osoby, w 1920 r. 33 osoby, w 1921 r. 39 osób, a w kolejnym 37 osób.
* * *
Nie sposób obojętnie przejść wobec faktu, że choć to wojna wydawała się wszystkim największym nieszczęściem, to jednak pandemia grypy stała się zjawiskiem społecznym, które dużo bardziej doświadczyło ludzi, niż same działania wojenne. Tak jak nagle się pojawiła, tak również po trzech latach zniknęła.
Warto zadać sobie pytanie, jak w takich okolicznościach można było w latach 1918–1921 skutecznie prowadzić działania zbrojne na kilku frontach, skoro wojska same były zagrożone chorobą i zarazem były roznosicielami wirusa grypy. Być może dlatego w świadomości części Polaków ta choroba została zapamiętana jako „bolszewicka” i ustała podobnie, jak nawała ze wschodu. Niektórzy również w stosunku do jej ustania dopatrywali się cudu. Jednak duża w tym zasługa samych mieszkańców Polski i ówczesnych władz cywilnych oraz wojskowych. Dlatego tym bardziej należy z uznaniem spojrzeć na osiągnięcia nieokrzepłego jeszcze państwa polskiego – obroniono niepodległość pomimo zagrożenia zewnętrznego i wewnętrznego, epidemiologicznego.
