Samozwańczy prezydent Gdyni (następnie wicewojewoda gdański) płk Anatol1 twierdził, że wojnę „przeżyły jedynie szuje”, a wiceminister bezpieczeństwa publicznego płk Grzegorz Korczyński marzył o reaktywowaniu KL Stutthof i krematoriów.
Po wcieleniu Ziem Zachodnich i Północnych II Rzeczypospolitej do III Rzeszy, władze niemieckie rozpoczęły przygotowaną z premedytacją zbrodnię pomorską: eksterminację miejscowej inteligencji i masowe wysiedlenia. Pozostałe osoby zmuszano do przyjęcia niemieckiej przynależności państwowej. Ponieważ, mimo nacisków i szykan, mieszkańcy Gdyni i Pomorza nie wykazywali zbytniej chęci do przyjmowania (nawet ograniczonego) niemieckiego obywatelstwa, 22 lutego 1942 r. gauleiter Albert Forster wydał odezwę (Aufruf) z ultimatum: po 31 marca ci, którzy się nie zgłoszą, będą traktowani
„na równi z najgorszymi wrogami narodu niemieckiego”
– bowiem obrót sytuacji na frontach spowodował, że Niemcy potrzebowali coraz więcej nowych żołnierzy.
„Wniemczeni” bohaterowie
Mimo przyjęcia niemieckiej przynależności państwowej, wielu Pomorzan zachowało polską świadomość narodową. A byli i tacy, którzy przyjmowali folkslistę, by – działając w polskich organizacjach podziemnych – móc skuteczniej prowadzić pracę konspiracyjną. Z terenu Gdyni znane są liczne takie przypadki. Antoni Wiśniewski jeszcze w 1940 r. wystąpił o przyznanie mu obywatelstwa Rzeszy i zmienił nazwisko na Anton Wiens. W jego sklepie i mieszkaniu przy ul. Świętojańskiej 51 spotykali się wysocy funkcjonariusze gestapo: Jacob Loellgen, Lothar Stenzel czy Jan Kaszubowski, a Anton Wiens prowadził – do aresztowania w 1943 r. – działalność wywiadowczą i kontrwywiadowczą dla Armii Krajowej.
Podobnie postąpił, mieszkający przy ul. Świętojańskiej 84, Bruno Nierzwicki z Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Przyjął I grupę folkslisty i zmienił nazwisko na Bruno Niedens – była to jednak tylko przykrywka, bowiem działał w wywiadzie Organizacji Wojskowej Związek Jaszczurczy. Po dekonspiracji został stracony w Berlinie w 1945 r., a jego żonę Anielę z domu Abraham, popierającą z całego serca działania męża, zesłano do obozu w Ravensbrück.
Po wojnie funkcjonariusze nowej władzy ludowej tych, którzy przeżyli czas niemieckiej okupacji w Gdyni, wrzucili do jednego worka – tak bohaterów, jak i zdrajców. Podobnie potraktowali Kaszubów, których rodziny żyły tu od wieków.
Na prośbę Niedensa II grupę folkslisty przyjęła Joanna Lost i podjęła pracę w Kriergsmarine-Kommandatur jako telefonistka: Polka nie mogłaby pracować w takim miejscu i na takim stanowisku. Łączyła rozmowy i je podsłuchiwała, notując w pamięci szczegóły o ruchu w porcie wojennym, o okrętach, które wchodziły do portu, wychodziły w morze, m.in. o „Bismarcku”.
Żołnierz Armii Krajowej Genowefa Młynarz, by móc pracować jako telefonistka w Kriegsmarine, przyjęła III grupę niemiecką. Wystarała się o pismo polecające od znajomego Niemca, aby posadę tę uzyskać, a tym samym pracować na rzecz swojej Ojczyzny. Zdobywane przez nią wiadomości dotyczyły portów bałtyckich i Berlina. Przekazywała je lub osobiście przewoziła do Poznania i Katowic. W czerwcu 1942 r. wraz z innymi pracownikami stoczni została aresztowana przez gdańskie gestapo pod zarzutem kradzieży planów technicznych nowego typu łodzi podwodnej. 2 maja 1944 r. skazano ją na śmierć przez ścięcie; wyrok wykonano.
Zdrajców i bohaterów do jednego worka
Polska Partia Robotnicza – trzy słowa i trzy kłamstwa:
„Polska Partia Robotnicza nie była polska, lecz sowiecka, nie była partią, lecz grupą dywersyjną, i nie miała nic wspólnego z polskimi robotnikami”
– podsumował jej istotę dr Piotr Gontarczyk, autor książki Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941–1944. I to Stalin wymyślił jej nazwę.
Po wojnie funkcjonariusze nowej władzy ludowej tych, którzy przeżyli czas niemieckiej okupacji w Gdyni, wrzucili do jednego worka – tak bohaterów, jak i zdrajców. Podobnie potraktowali Kaszubów, których rodziny żyły tu od wieków na przemian w Polsce, w Prusach, znów w Polsce, w III Rzeszy. Przystosowani do zewnętrznych zmian politycznych, niezmiennie trwali w poczuciu wewnętrznej narodowej przynależności.
Jak pisał Cezary Obracht-Prondzyński, w polityce narodowościowej władz komunistycznych stosowanej od zakończenia wojny zmierzającej do utworzenia państwa jednonarodowościowego i usunięcia z Polski osób obcej narodowości, był pewien paradoks: akcentowano polskość Kaszubów, jednocześnie wyrażając wątpliwość co do jej jakości. Dlatego też ludność rodzima musiała udowadniać swą przydatność narodową w drodze weryfikacji i rehabilitacji.
Problem pogłębiał niechętny stosunek przybyszów z Generalnego Gubernatorstwa do osób wpisanych na listę, bowiem na ogół nie znali oni skrajnie trudnej sytuacji okupacyjnej miejscowej ludności. Polacy w Generalnym Gubernatorstwie nie rozumieli, czym była Niemiecka Lista Narodowościowa na ziemiach wcielonych do Rzeszy, nie słyszeli o Stutthofie, o masowych egzekucjach, nie znali miejsc kaźni w Piaśnicy czy Szpęgawsku.
Komisja Rehabilitacyjna przy Zarządzie Miejskim
Już w lipcu 1945 r. prezydent Gdyni Henryk Zakrzewski powołał Komisję Rehabilitacyjną przy Zarządzie Miejskim, a w „Dzienniku Bałtyckim” zaczęły się ukazywać artykuły nawołujące do czujności i donosicielstwa.
Nawet po pomyślnej rehabilitacji, osoby posiadające w czasie okupacji grupę nie mogły czuć się pełnoprawnymi obywatelami.
Nie zdając sobie sprawy z różnicy między Rzeszą, do której wcielona była Gdynia, a Generalnym Gubernatorstwem, gdzie wpisywanie na listę nie odbywało się pod przymusem, red. Zofia Żelska-Mrozowicka (siostrzenica kardynała Jana Puzyny, która wojnę przeżyła w Warszawie) napisała artykuł Idę się zrobić na Polaka:
„Rząd nasz w ustawie o rehabilitacji dał możność powrotu do społeczności polskiej tym tylko osobnikom, którzy do wniemczenia zostali zmuszeni przez hitlerowców. Przymus taki – moralny zwłaszcza – mimo wszystko – istniał i niesłuszne jest stanowisko niektórych obywateli, którzy nienawiść i pogardę dla Eingedeutschów posuwają tak daleko, że nie dopuszczają nawet do siebie myśli, żeby ten czy ów działał pod przymusem. Owszem, był i przymus. [...] Ale są tacy Eingedeustche, którzy ani słowa nie umieją po polsku lub język nasz kaleczą niemiłosiernie. Cóż to za Polacy? Kaszubi mówią po polsku lub gwarą kaszubską. Ci nie umieją po polsku, nie rozumieją nawet, a bezczelny butny sposób bycia – zdradza aż nadto dobitnie ich istotną narodowość. [...] Codziennie po 200 Eingedeustchów składa deklarację wierności i już 4000 osób w Gdyni wystąpiło o rehabilitację. Ilu z nich przyjmiemy? Nie wiadomo. Żałujemy, że plakaty z opublikowanymi nazwiskami mają być rozlepiane tylko na gmachu Zarządu Miejskiego i w miejscu zamieszkania petentów. Radzi byśmy, aby je umieszczono podobnie jak inne obwieszczenia w miejscach przez publiczność licznie uczęszczanych, na placach i głównych ulicach. Nie żałujemy papieru na afisze o rewiach i dancingach. Nie skąpmy go na to obwieszczenie. Chodzi wszak o to, aby nie przeoczyć zdrajców i wrogów!”.
Wezwania do sądu i relacje z procesów
Do sądu „wniemczeni” wzywani byli imiennie i publicznie, poprzez ogłoszenia w „Dzienniku Bałtyckim”, a relacje z procesów były publikowane na łamach prasy, często pod tytułem, któremu przeczył przebieg postępowania i wyrok.
Oto w październiku 1945 r. ukazał się tekst pt. Ci, którzy wyparli się polskości. Sprawy o rehabilitacje w Gdyni:
„Jako pierwsza staje na wokandzie sprawa Agnieszki Denc, żony rybaka, która usprawiedliwia swe wpisanie się do II grupy przymusem okupanta, groźbą konfiskaty kutra i sieci, twierdząc, że mimo to pozostała Polką. Po zeznaniach świadków przychylnych dla petentki, sąd postanowił ją uznać za zrehabilitowaną, zasądzając na rzecz Ministerstwa Sprawiedliwości 2 tys. złotych”.
„Następna sprawa – małżonków Kłodkowskich, Anny i Józefa, mistrza przeładunku portowego. W czasie jego pobytu w niewoli niemieckiej w Gross Born, żona chcąc go ratować, złożyła podanie, które Niemcy wykorzystali, uzyskując podstępnie podpis pod deklaracją II grupy. Po wysłuchaniu świadków i obrońcy, sąd uznał ich za zrehabilitowanych (zasądzając po 200 i 100 zł na rzecz Ministerstwa Sprawiedliwości)”.
„Po południu toczyła się sprawa Buchholz Jana, Buchholz Marty i Buchholz Ireny, należących do II grupy volkslisty. [...] Zeznanie świadka Janczarskiego było bardzo korzystne dla Buchholza. Janczarski zeznał, że jako maszynista prowadził raz w czasie okupacji lokomotywę i przed dworcem gdyńskim zderzył się z lokomotywą prowadzoną przez Buchholza. Buchholz z własnej inicjatywy wziął całą winę za wypadek na siebie, przez co uratował Janczarskiego od Stutthofu, a sam naraził się na trzymiesięczną karną służbę w parowozowni. Świadek zaznaczył, że poznał Buchholza dopiero w czasie wypadku”.
Na 8 listopada 1945 r. wezwana została na rozprawę rehabilitacyjną cała rodzina Rekowskich: Jadwiga, Leon i ich cztery córki. Pani Jadwiga, z domu Joachimczyk, była ciotką porucznika Armii Krajowej Joachima Joachimczyka, żołnierza i fotoreportera, autora 1500 1,5 tys. zdjęć z Powstania Warszawskiego.
W czasie okupacji Leon prowadził w baraku przy ul. Świętojańskiej 137 warsztat rymarski, w którym był tajny sztab Akcji B-2 i punkt kartograficzny, gdzie opracowywano zebrane materiały wywiadowcze. Był też miejscem odpraw drużynowych i zespołów Tajnego Hufca Harcerzy, przygotowujących zaakceptowaną przez Dowództwo Okręgu AK akcję. Jej celem było wykrycie i naniesienie na plany miasta wszystkich stanowisk wojsk niemieckich, a następnie przekazanie ich przez linię frontu sztabowi wojsk sowieckich – w nadziei na uratowanie miasta przed zniszczeniami. Dla ukrycia planów państwo Rekowscy uszyli dla kurierki plecak z podwójnym dnem. Kilka miesięcy później okazało się, że muszą udowadniać przed sądem, że są dobrymi Polakami.
Było i tak, że sąd nie widział podstaw do rehabilitacji – jak np. w przypadku rodziny Waltersów. Świadkowie twierdzili, że jako pierwsi wywiesili flagę hitlerowską, mówili po niemiecku i szykanowali sąsiadów Polaków.
„Sąd postanowił petentów umieścić w miejscu odosobnienia na czas nieograniczony w obozie i poddać przymusowej pracy, pozbawić na zawsze praw obywatelskich i honorowych, przeprowadzić konfiskatę mienia”.
W lutym 1946 r. zapadł wyrok śmierci, który Sąd Karny w Gdańsku wydał na sesji wyjazdowej w Gdyni.
„Obywatelka III niemieckiej grupy narodowościowej Zielińska Franciszka, lat 61, matka siedmiorga dzieci, oskarżona o to, że w okresie okupacji była konfidentką policji niemieckiej, donosami swymi spowodowała aresztowanie i prześladowanie obywateli narodowości polskiej”.
Szykany po rehabilitacji
Nawet po pomyślnym zakończeniu administracyjnej lub sądowej rehabilitacji, osoby posiadające w czasie okupacji grupę nie mogły czuć się pełnoprawnymi obywatelami. Widać to wyraźnie po jątrzących artykułach kontrolowanej przez PPR prasy.
Na przykład Władysław Zdunek w artykule pt. W czwartek będę Polakiem, nawoływał we wrześniu 1945 r.:
„Bądźmy czujni! Urzędy rehabilitacyjne winny wiedzieć, że nie należy opierać się na formalnych aktach o brzmieniu polskim lub podobnym polskiemu. Tego rodzaju dokumenty zrodzone jak raz przy pomocy różnych sposobów i środków finansowych – nie mogą służyć jako dowód stwierdzający polskość danego adepta. A już karygodnym jest dopuszczać neofitów do stanowisk, na których z kolei taki osobnik ma możność wpływać na wydawanie dokumentów polskich – ludziom nie zasługującym na nie”.
W sierpniu 1945 r. Związek Zawodowy Ekspedytorów w Gdyni przyjął uchwałę o niezatrudnianiu w portach osób z III i IV grupą NLN oraz z paszportami gdańskimi, nawet jeżeli złożyli deklarację wierności i posiadają zaświadczenia tymczasowe. Ta decyzja dotykała głównie ludność kaszubską, której w pierwszych latach powszechnie zamykano drogę awansu i możliwości zdobycia pracy.
Otoczyć opieką Kaszubów i zweryfikowanych…
Gdy we wrześniu 1946 r. powstał Miejski Komitet Opieki nad Zweryfikowanymi, na jego czele stanęła Jadwiga Szlenkowa, radykalna działaczka PPR, prowadząca z ramienia tej partii polityczne szkolenia dla funkcjonariuszy UB. W Gdyni mieszkała od 1933 r., ale urodziła się w Strzemieszycach w Zagłębiu Dąbrowskim, a wychowywała w Rosji, dokąd został wysłany ojciec kolejarz. Opowiadała, że w 1919 r. wstąpiła do Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), ale legitymację zniszczyła na granicy, wracając do Polski. W powojennej Gdyni stała się komunistyczną szarą, a raczej czerwoną, eminencją.
Związek Zawodowy Ekspedytorów w Gdyni przyjął uchwałę o niezatrudnianiu w portach osób z III i IV grupą NLN oraz z paszportami gdańskimi, nawet jeżeli złożyli deklarację wierności i posiadają zaświadczenia tymczasowe. Ta decyzja dotykała głównie ludność kaszubską.
Wiceprzewodniczącym komitetu został inspektor szkolny Artur Beyna, reprezentujący jednocześnie komórkę PPR w Związku Nauczycielstwa Polskiego. Jak wyglądała jego rola „opiekuna”? Ano tak, że szykanował Jana Kamrowskiego, przedwojennego (i pierwszego polskiego po I wojnie) kierownika Szkoły Powszechnej nr 1. Kamrowski w czasie okupacji kilkakrotnie więziony, prześladowany, wyrzucony z mieszkania, pracował dorywczo: jako szewc, w rzeźni miejskiej, w przedsiębiorstwie budowlanym. W 1941 r. wy wieziony został na roboty przymusowe na Litwę i do Estonii.
Schorowany i uznany za niezdolnego do pracy, wrócił do Gdyni w 1943 r. – miał wtedy sześćdziesiąt lat. Nie mogąc dostać żadnej posady, zatrudnił się przy kopaniu rowów strzeleckich w powiecie brodnickim. W końcu otrzymał pracę jako nauczyciel w drugiej klasie szkoły powszechnej w Górkach Wschodnich pod Gdańskiem. Trzej jego synowie walczyli we wrześniu w obronie Gdyni, dwaj wojnę przeżyli w oflagach, trzeci zginął w Powstaniu Warszawskim.
Artur Beyna usunął Jana Kamrowskiego ze szkoły i przeniósł wraz z częścią uczniów do poniemieckiego baraku przy ul. Abrahama, a kierowniczką szkoły nr 1 została żona inspektora Maria Beynowa.
Towarzysz Bigus
Urzędowym przedstawicielem Kaszubów, choć wbrew ich woli, stał się z czasem, mieszkający w Gdyni, Antoni Bigus. Był człowiekiem prostym, bez wykształcenia, komunistą z przekonania, sekretarzem Rady Dzielnicy PPR na Grabówku. W latach 1947–1957 był posłem na Sejm PRL i przyczynił się do likwidacji wszelkich przejawów życia kaszubskiego o znamionach ruchu regionalnego. Wiedział i godził się z tym, że istniał specjalny rozkaz ministra obrony narodowej, zakazujący kierowania Kaszubów do odbycia zasadniczej służby wojskowej w Marynarce Wojennej, w wojskach lotniczych i jednostkach rakietowych. Minister zalecał, żeby ich kierować do kompanii górniczych i batalionów budowlanych, możliwie jak najdalej od Kaszub. Młodzieży kaszubskiej, jako podejrzanej politycznie, utrudniano dostęp do szkół rybackich i morskich.
Tadeusz Bolduan w książce Nie dali się złamać napisał:
„Niepotrzebni byli ludzie otwarci, myślący, z własnym ja, przyznający się do rodowodu regionalnego i w regionie aktywni. Potrzebne były polityczne atrapy. Na pełnienie takiej roli niewielu się godziło. Partii wystarczył Antoni Bigus”.
Tekst pochodzi z numeru 1-2/2023 „Biuletynu IPN”
1 Płk Anatol – tak się podpisywał, używał różnych nazwisk, m.in. Zbaraski, naprawdę nazywał się Anatolij Aleksandrowicz Kuzniecow.
