Pamiętny wrześniowy poranek mija w stolicy Polski względnie spokojnie. Pierwszy nalot i walki powietrzne nad miastem niektórzy uważają za manewry polskich samolotów, a alarm lotniczy za sprawdzian obrony przeciwlotniczej, odbywający się cyklicznie nad Warszawą od marca 1939 r. Wśród mieszkańców miasta dominuje wiara w zwycięstwo, nastroje są bojowe. Wojna nie osłabia tętna miasta, ale czyni jego życie bardziej ruchliwym i rozedrganym.
To tylko wojna
Nawet nalot na stolicę 2 września, który przynosi śmierć wielu cywilów i zniszczenia zabudowy, nie wywołuje paniki. Pracownik Polskiego Radia Józef Małgorzewski notuje tego dnia:
„Nastrój w mieście dość dobry. Nie widać lęku ani grozy, raczej zaciętość, wolę oporu, odwetu”.
Linia frontu jest daleko, a warszawiacy żyją złudzeniem, że Polska „nie odda Niemcom ani guzika”.
Lecz sytuacja się zmienia, gdy już drugiego dnia wojny napływa do stolicy fala uchodźców z Pomorza i Wielkopolski, a wraz z nią tragiczne wiadomości z frontu. Ludzie stają się nerwowi i myślą, jak ratować swój dobytek. Mało kto zdaje sobie sprawę z prawdziwego oblicza konfliktu. Pracowniczka MSZ Teodora Żukowska zapamiętała, że wszyscy myśleli kategoriami I wojny światowej – „o długich walkach pozycyjnych w okopach na dalekim froncie”.
Miasto przygotowuje się do obrony. O rozkazach w tej sprawie mieszkańcy nie wiedzą, bo sytuacji o zagrożeniu stolicy nie podano do publicznej wiadomości. Trzy dni po wybuchu wojny hiobowe wieści mogą wywołać panikę, która z punktu widzenia polskich władz jest niepożądana.
Euforia
W przekonaniu, że wojna szybko się skończy, a Wojsko Polskie będzie defilowało w Berlinie, utrzymują warszawiaków alianci. Wykonując zobowiązania sojusznicze Wielka Brytania ogłasza 3 września przystąpienie do wojny z Niemcami. Warszawę ogarnia szał radości. Pozytywne emocje sięgają zenitu. Serce miasta bije najmocniej pod ambasadą brytyjską przy ul. Nowy Świat, gdzie zbiera się wielotysięczna rzesza warszawian. Na ulicach słychać okrzyki:
„Niech żyje Anglia”, „Niech żyje król angielski”, „Precz z Hitlerem”.
Ludzie się ściskają i rzucają sobie na szyję. Po owacji przechodzą pod ambasadę i konsulat Francji w Al. Frascati (Francja zadeklarowała przystąpienie do wojny po upływie terminu ultimatum postawionego III Rzeszy, czyli 3 września o godz. 17). Anonimowa kobieta notuje:
„Ludzie czują się pewniej. Otucha wstępuje w serca. Takie potęgi mamy za sobą. Wojna odpowiedni weźmie obrót. Radość powszechna”.
Ale entuzjazm manifestowany 3 września kontrastuje z pogarszającą się sytuacją na froncie. Żukowska tak opisuje ten dzień:
„To były nasze ostatnie radosne chwile. W ciągu następnych dni nasza euforia stopniowo stygła”.
Panika ewakuacyjna
4 września zapada decyzja o częściowej ewakuacji urzędów centralnych do Lublina i jego okolic. Wzrost zaniepokojenia potęguje bezład informacyjny:
„Coraz bardziej rozwijający się chaos ogólny, nieświadomość sytuacji w jakiej byliśmy, najfantastyczniejsze i wzajemnie zbijające się wieści, korzystne i tragiczne, w bardzo dużej mierze przyczyniały się do potęgowania nastroju pełnego depresji”
– zapamiętał pracownik intendentury stołecznego ratusza Władysław Pasek.
Wieczorem 5 września wyjeżdża ze stolicy prezydent RP Ignacy Mościcki. Gdy wiadomość o ewakuacji urzędów dociera do mieszkańców, sieje panikę i rozgoryczenie. Pogłębia się chaos i dezorientacja. Przez mosty na Wiśle ciągną na wschód rzesze uciekinierów, którzy kierują się hasłem:
„byle szybciej, byle dalej”.
Nie tylko cywile, lecz także żołnierze są przytłoczeni ewakuacją. Generał Stanisław Kopański zapamiętał emocje, jakie towarzyszyły mu późnym wieczorem 5 września:
„Opuszczenie Warszawy w warunkach niepewności co do dalszych losów stolicy budziło uczucie ciężkie i ponure. Potęgował je widok uchodźców na ciemnych, brudnych i zatłoczonych ulicach, wiodących ku mostowi Poniatowskiego”.
W nocy z 6 na 7 września szef propagandy ppłk Roman Umiastowski wzywa przez radio ludność do budowy umocnień i apeluje do wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni, a niepowołanych do wojska, by opuścili Warszawę i ruszyli na wschód, gdzie zostaną zmobilizowani. W nocy 7 września rząd wyjeżdża do Łucka, a naczelny wódz Edward Rydz-Śmigły do Brześcia nad Bugiem. Natłok złych wieści (o zagrożeniu stolicy, ewakuacji władz i wezwaniu mężczyzn do wymarszu) oraz tsunami uchodźców wywołują wstrząs i doprowadzają do tego, że 7 września panika ewakuacyjna obejmuje ogół mieszkańców. Cywilne i wojskowe władze stolicy robią wszystko, by nad nią zapanować. Pod koniec dnia sytuacja się „normuje”. Ogłoszenie wiadomości o obronie Warszawy krzepi nastroje:
„Lęk, osamotnienie ustępuje dziwnie zwartej i zdecydowanej woli oporu”
– zanotowała jedna z warszawianek.
W pokonywaniu defetyzmu pomaga praca. Prezydent Warszawy, a zarazem komisarz cywilny przy Dowództwie Obrony Warszawy Stefan Starzyński wzywa przez radio:
„Stańcie wszyscy do pracy. W pracy odnajdziecie siebie, spokój i drogi do zwycięstwa”.
Jego wystąpienia na falach eteru, w których walczy z paniką i podtrzymuje wiarę w zwycięstwo, kształtują pozytywne nastroje w całym okresie walk o miasto. Ważną rolę w podtrzymaniu morale odgrywa na tym polu także płk Wacław Lipiński, który zastępuje na stanowisku skompromitowanego Umiastowskiego. Obok radia także prasa – jako oręż propagandy – wpływa na emocje warszawiaków, walcząc ze strachem, zniechęceniem, apatią, goryczą i rozczarowaniem.
Mała stabilizacja
Emocje się stabilizują, ale panuje nerwowość. Komendant główny Straży Obywatelskiej Janusz Regulski apeluje, by na ulicach zachować ciszę, bo
„wszelkie krzyki powodują podniecenie mieszkańców. Stwierdziłem, że w szczególności przy zauważeniu niedostatecznego zaciemnienia okien podnoszą się niejednokrotnie zbiorowe krzyki”.
Docierające do stolicy nowe jednostki wojskowe wzmacniają obronę. Ale są wśród nich także żołnierze z rozbitych oddziałów, którzy przeszli przez wojenną gehennę i wnoszą pesymizm do życia miasta. W dniach wojny emocje górują nad racjonalnym myśleniem. Pogłębia się szpiegomania i strach przed niemiecką dywersją. Emocje zmieniają się jak w kalejdoskopie, na co wpływają plotki i pogłoski. Pojawiają się wiadomości o
„desancie oddziałów angielskich w Gdańsku”, „marszu Rydza-Śmigłego na odsiecz oblężonej stolicy”, „ucieczce prezydenta Starzyńskiego samolotem alianckim”.
Według dziennikarki Jadwigi Krawczyńskiej:
„Różne brednie krążyły ku coraz większej udręce ludzkiej”.
Sprawdzone wieści z pierwszej ręki – najlepiej jeśli pochodzą od wysokiego rangą żołnierza – są na wagę złota i – w zależności od treści – sieją strach lub wywołują euforię. Nastroje falują. Każda wzmianka o korzystnej zmianie na froncie (zwykle propagandowo spreparowana) wywołuje emocje. 10 września „Kurier Warszawski” donosi o ataku wojsk polskich na Bydgoszcz i Grudziądz (w istocie nigdy do niego nie doszło):
„Co za radość wybuchła na ulicach! Kobiety całowały się z żołnierzami, głośne okrzyki wypełniły powietrze. Entuzjazm zapanował niesłychany”
– notuje dziennikarz Andrzej Ziemięcki.
W połowie września, po klęsce Polaków w bitwie nad Bzurą, Wehrmacht zamyka pierścień okrążenia wokół Warszawy. Sytuacja obrońców jest dramatyczna. 17 września miasto dotyka najcięższe z dotychczasowych bombardowań artyleryjskich. Giną ludzie, szaleją pożary; płonie m.in. Zamek Królewski. Przemęczenie i napięcie nerwowe osłabiają kondycję psychofizyczną. Anonimowa warszawianka zapamięta:
„Rozpaczliwe wezwanie prezydenta Starzyńskiego [17 września apeluje do aliantów o pomoc – B.N.] i tak straszne przeżycia ostatniej niedzieli pogrążają nas w depresję. Czy warto tak uparcie trwać przy obronie Warszawy, kiedy gmach po gmachu sypie się w gruzy, kiedy liczba ofiar wrasta fantastycznie?”.
Wiadomość o „ciosie w plecy” zadanym 17 września przez Sowietów, którzy na mocy paktu Hitlera ze Stalinem atakują Polskę od wschodu, jest wstrząsem dla warszawiaków. Stało się jasne, że kraj czeka wojna na dwa fronty i nie ma szans na zwycięstwo. Jedna z mieszkanek stolicy notuje, że informacja o agresji sowieckiej wywarła wstrząsające wrażenie:
„Czy zmęczone wojsko zdoła walczyć na dwóch frontach? Dotychczasowe nasze osiągnięcia mogą pójść na marne. Ten ohydny czyn budzi obrzydzenie i lęk. Co będzie z nami? Już w głowie się wszystko miesza”.
Defetystyczne nastroje pogłębia informacja, że prezydent i rząd RP przekroczyli granicę rumuńską w nocy z 17 na 18 września:
„Było to dla nas przeżycie nie mniejsze od wejścia Rosjan – poczuliśmy się opuszczeni przez wszystkich”
– zapamiętała Żukowska.
Mimo to nastroje krzepną. Starzyński potwierdza to w przemówieniu radiowym 18 września:
„Na stanowiskach trwają wszyscy i to z wielkim wysiłkiem, toteż wszędzie panuje nastrój jak najlepszy, taki, jaki być powinien, aby utrwalać w nas wiarę, że Warszawa się broni”.
Dwa dni później „Kurier Warszawski” publikuje wywiad z fotoreporterem amerykańskim Julianem Bryanem, który mówi, że pracownicy ambasady USA są pełni podziwu dla wytrzymałości i „cichego bohaterstwa” cywilów:
„Imponuje nam wasz spokój, wasz humor, wasza zaciętość. Zdawałoby się, że pod wpływem nieustannego bombardowania niemieckiego duch ten załamie się, że zrodzi się myśl poddania stolicy, jednakże nie tylko nie zdarzyło mi się spotkać z takim zdaniem nawet u najbardziej skrzywdzonych przez wojnę ludzi, lecz przeciwnie, im więcej nęka was wróg, tym mocniejsza jest wasza postawa”.
W trzecim tygodniu wojny trudno już o panikę; Warszawa obawia się nie tyle walk, co poddania:
„Natomiast słowo: kapitulacja, jak dotąd, było bardzo niepopularne. Przyczyniało ono więcej strachu niż możliwość silniejszego bombardowania z powietrza i artylerii”
– zapamięta Pasek. Ale niszczycielska wojna nie mówi jeszcze wszystkiego. W dniach 23–24 września trwa ostrzał artyleryjski. Bombardowania doprowadzają ludzi do granic wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Wieczorem 24 września Żukowska słyszy krzyki i tupot nóg:
„To biegli w powiewających chałatach, trzymając się z głośnym lamentem za głowę, oszaleli ze strachu Żydzi, jakby ich te fale ognia goniły i dopadały. W życiu nie widziałam takiej paniki. Biegli na oślep przed siebie i znikli za rogiem ul. Wielkiej. Jeszcze dzisiaj mam w uszach ten krzyk”.
Na granicy załamania
Tąpnięcie w nastrojach następuje 25 września podczas najcięższego od początku wojny bombardowania lotniczego miasta, w którym uczestniczy kilkaset niemieckich samolotów. W ów „straszny poniedziałek” Niemcy niszczą głównie centralne dzielnice miasta. Jego życie jest sparaliżowane. Szacuje się, że tego dnia zginęło około 10 tys. osób, a 35 tys. zostało rannych.
Tragiczne doświadczenia demolują psychikę:
„Cała moja werwa znikła zupełnie. Załamałem się psychicznie pod ciężarem tragedii osobistej”
– odnotował Pasek, którego żona została śmiertelnie ranna na skutek bombardowania. Epizod z tragicznego 25 września zapamiętał Władysław Gomułka (przyszły I sekretarz KC PZPR):
„Piwnice domu były jednak zapchane ludźmi do granic możliwości. Poza tym rozlegał się w nich płacz i lament. Płakały dzieci na rękach matek, powszechnie słyszało się wyrzekanie kobiet, jak długo jeszcze będzie trwało to piekło, dlaczego nie oddają Niemcom miasta, jaki sens ma przedłużanie jego obrony”.
Ostrzał słabnie 26 września, ale tego dnia Niemcy szturmują miasto. Warszawiacy przechodzą doświadczenia graniczne. Jedna z sanitariuszek próbuje odnaleźć w Śródmieściu bliskich:
„Idę szukać tego co po nich zostało. Jeśli nie żyją, niech przestanę żyć i ja. Jakże będę żyła bez nich? Jestem bliska obłędu”.
W obliczu całkowitego zniszczenia miasta Dowództwo Obrony Warszawy podejmuje decyzję zaprzestania walki i podjęcia rozmów kapitulacyjnych. Umowa w tej sprawie zostaje podpisana 29 września w fabryce „Škody” na Rakowcu. Tego dnia wieczorem Wehrmacht wkracza do Warszawy.
Złowróżbna cisza
Cisza na froncie paradoksalnie wpływa negatywnie na nastroje:
„Kto nie przeżywał takiego szoku nerwowego, jak nagła, złowróżbna cisza podczas działań wojennych, w toku obustronnej kanonady, nie może mieć pojęcia, jaka wtedy rozpacz ogarnia ludzi”
– tak o sytuacji poprzedzającej zawieszenie broni pisze dyrektor Departamentu I w Najwyższej Izbie Kontroli Mieczysław Dębski. Ciszę, jaka zapanowała na froncie, świadkowie określają mianem „potwornej”. Anonimowy świadek zapamięta:
„Ta cisza wykoleja zupełnie, deprymuje, demoralizuje”.
Nieznana z imienia i nazwiska czternastolatka opisała swoje emocje związane z informacją o upadku obrony miasta:
„Kapitulacja… Wszystko stracone, całe złote nadzieje i sny o zwycięstwie rozwiały się jak tęczowe blaski w tej ciszy. Z ostatnim echem armaty zamarło serce Polski, a z nim i nasze serca. Z ostatnim echem armaty wszystko się skończyło… A cisza trwała wciąż straszna i dźwięcząca, wznosiła się ponad czarne kikuty domów, ponad dymy pogorzeli, stając się otwartym grobem dla wolnych serc i wolnych dusz. Siedziałam cicho nie mogąc wymówić słowa. Przesuwały się przede mną szeregiem dni niedawnej przeszłości, krwawe pasmo dni męki, nadziei, zwątpienia…”.
Zanim do mieszkańców dotrą odezwy i zarządzenia kapitulacyjne, panuje wśród nich dezorientacja odnośnie do okoliczności i warunków zawieszenia broni. Pogłoski o poddaniu Niemcom miasta wywołują przygnębienie i rozgoryczenie. Napięcie sięga zenitu wśród tych, którzy chcą dalej walczyć. Są i tacy, którzy mają dość wojny i wieść o kapitulacji przyjmują z ulgą. Jak zanotował Pasek, dla niektórych pracowników ratusza słowo „kapitulacja” jest jak
„najboleśniejszy policzek, a dla innych jak najmilsza nowina”.
Trudno jest opisać pełną skalę cierpień warszawiaków we Wrześniu ’39. Dobrze ilustruje je jeden, za to znamienny przykład zapamiętany przez nieznanego do dziś z imienia i nazwiska świadka:
„Na rogu N[owego] Światu i Świętokrzyskiej dobiega mnie niesamowity głos. Na rumowiskach jednego z doszczętnie zwalonych domów siedzi postać kobieca okryta strzępami ubrania. Wiek trudno określić, bo twarz i włosy pokryte grubą warstwą pyłu. Wyciąga ręce i przeraźliwym głosem wyje monotonnie. Ktoś z boku objaśnia: – Straciła w tych gruzach całą rodzinę. Obłąkana”.
28 września 1939 r. pada w Warszawie deszcz, który pogłębia poczucie smutku, przygnębienia i rezygnacji. Kapitulacja stolicy oznacza koniec gehenny związanej z jej obroną. Ale śmierć i trwoga nie opuszczają miasta. W jego życiu zacznie się już wkrótce okres znaczony nowymi cierpieniami jego mieszkańców.
