Epizod dziejowy, który w dramatyczny sposób dotknął dziesiątki tysięcy osób, powołanych do służby wojskowej, a następnie skierowanych, wbrew ich woli i umiejętnościom, do trudnej i wymagającej pracy w górnictwie. Temat obecny jest we współczesnej kulturze pamięci, przede wszystkim dzięki pracy ofiar tego zjawiska, jednak ze względu na „niszowość” tej pamięci warto go przypominać publicznie.
W poszukiwaniu sił roboczych
Jednostki żołnierzy-górników powołano do życia w sierpniu 1949 r., rozkazem numer 36/GZPW wiceministra obrony narodowej gen. Edwarda Ochaba, jednocześnie szefa Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego. Cel był prosty: zatrudnienie poborowych do pracy w kopalniach, nie tylko zresztą węglowych, ale także uranowych oraz w kamieniołomach.
W 1947 roku władze konstatowały brak aż 60 tysięcy ludzi do pracy w kopalniach węglowych. Ów brak rąk do pracy trzeba było więc zniwelować, pozyskując pracowników.
Najważniejszą przyczyną tej decyzji był brak rąk do pracy w kopalnictwie węglowym, co po zakończeniu wojny okazało się poważnym problemem władz Polski „ludowej”, dla których węgiel był wszak najważniejszym towarem eksportowym. Był to surowiec strategiczny i na maksymalizacji jego wydobycia mocno zależało władzom.
Wielu górników, szczególnie z Górnego Śląska, zginęło w trakcie perturbacji wojennych, wskutek deportacji do pracy przymusowej w Związku Sowieckim, z której wielu albo w ogóle nie wróciło, albo powróciło bardzo późno, także wskutek ucieczek i wysiedleń. W efekcie w latach powojennych faktycznie brakowało wykwalifikowanych pracowników na kopalniach. W 1947 roku władze konstatowały brak aż 60 tysięcy ludzi do pracy w kopalniach węglowych. Ów brak rąk do pracy trzeba było więc zniwelować, pozyskując pracowników.
Przymus i represje
Prowadzono w całym kraju szeroko zakrojone akcje werbunku do kopalń, ale szybko uznano, że dobrą metodą było zastosowanie przymusu zatrudnienia. Najpierw wysłano do kopalń ok. 30 tys. jeńców niemieckich „otrzymanych” od Sowietów, ale z końcem lat czterdziestych repatriowano ostatnich z nich do Niemiec.
Znów powstała zatem luka zatrudnieniowa, którą trzeba było zapełnić i ponownie sięgnięto po mechanizm przymuszenia osób, które takiej pracy same z siebie by się nie podjęły. Tak pojawiła się koncepcja skierowania do pracy kopalnianej żołnierzy Wojska Polskiego.
W 1949 r., tuż po powołaniu Wojskowych Batalionów Górniczych, jak nazwano te jednostki, zatrudnionych było w przemyśle węglowym 4500 żołnierzy. Selekcja do tej formacji polegała często na wykorzystaniu mechanizmu politycznego – stąd można mówić o represyjnych charakterze służby w batalionach – ponieważ kierowano do pracy kopalnianej tzw. elementy niepewne, a więc osoby wywodzące się ze środowisk postrzeganych jako nastawione wrogo do państwa „ludowego”. Większość zatrudnionych wysyłano do kopalń węgla kamiennego w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym, do niecki węglowej na pograniczu Górnego Śląska i Małopolski.
Tysiące poborowych na kopalniach
Bataliony górnicze w 1951 r. podporządkowano innej formacji, mającej świadczyć w formie swoistej mobilizacji pracę w przemyśle: Powszechnej Organizacji „Służba Polsce”. Wojskowe Bataliony Górnicze podlegały jej w latach 1951–1955, a więc do likwidacji PO „SP”. W początkach lat pięćdziesiątych istniały 24 bataliony ze stanem około 22 tys. żołnierzy-górników, pracujących głównie w kopalniach węgla kamiennego, także w kamieniołomach, ale dwa bataliony – 10. i 11. – zatrudniono w kopalniach uranu. Najwyższy stan zmobilizowania żołnierzy górników osiągnięto w 1956 r., gdy osiągnięto pułap 35 tysięcy osób.
Ostatni działający batalion Wojskowego Korpusu Górniczego – batalion 6. – pracował przy Kopalni Węgla Kamiennego „Wieczorek” w Katowicach (niedaleko znanego osiedla fabrycznego Nikiszowiec) i jesienią 1959 r. uległ likwidacji.
Po 1955 r., kiedy zlikwidowano Powszechną Organizację „Służba Polsce”, doszło również do przekształcenia formuły funkcjonowania batalionów żołnierzy-górników. Powstał wówczas Wojskowy Korpus Górniczy, który funkcjonował do końca istnienia formacji, czyli przez następne cztery lata. Ale tak naprawdę już po 1956 r., to jest w trakcie przemian „październikowych”, zaczęto się przymierzać do rozformowania Korpusu.
I faktycznie, od jesieni 1956 r. obserwowalne jest faktyczne topnienie szeregów formacji, zmniejszanie się liczby batalionów, w efekcie w 1958 r. ze wspomnianych 35 tysięcy pozostało już tylko 8 tysięcy żołnierzy-górników na stanie Wojskowego Korpusu Górniczego. Ostatecznie do likwidacji, jak wspomniano, doszło w 1959 r. Ostatni działający batalion Wojskowego Korpusu Górniczego – batalion 6. – pracował przy Kopalni Węgla Kamiennego „Wieczorek” w Katowicach (niedaleko znanego osiedla fabrycznego Nikiszowiec) i jesienią 1959 r. uległ likwidacji. Definitywną datą zamknięcia korpusu był ostatni dzień grudnia tego roku.
Represyjna „służba zastępcza”
W latach 1949–1959 przeszło przez bataliony górnicze około 120 tysięcy osób (wedle innych szacunków nawet 200 tysięcy). Trudno potraktować istnienie tej formacji inaczej jak rodzaj represji, a w niektórych przypadkach wręcz zbrodni stalinowskiej. Szczególnie dramatyczny był fakt przymuszania do pracy w kopalniach uranowych. Ale także zmuszanie do pracy w kopalniach węgla kamiennego trudno traktować jako coś innego niż represję, ze względu na fakt, że to praca trudna i wymagająca, do której nie każdy jest zdatny, a przymuszano do niej w ramach batalionów górniczych często osoby, które nie posiadały predyspozycji ani psychicznych, ani fizycznych do takiej pracy, które same z siebie nigdy by się w górnictwie nie zatrudniły.
Tymczasem nie było możliwości odmowy. Wcielony do wojska poborowy, zamiast trafiać do koszar, kierowany był do obozów przykopalnianych i zatrudniany był w formule przypominającej wojskową służbę zastępczą (tak zresztą niekiedy określano WKG). Wykorzystano więc mechanizm nacisku i przymusu z opłakanymi konsekwencjami dla poborowych-górników. Kierowano ich bowiem na szczególnie niebezpieczne odcinki, do trudnej pracy, ale i w tych odcinkach prostszych wielu żołnierzom niełatwo było się odnaleźć. Dlatego cechą charakterystyczną funkcjonowania Wojskowych Batalionów Górniczych była wysoka wypadkowość; wedle niektórych szacunków zginąć miało aż tysiąc z nich.
