„Gdy miałam trzy lata, Bóg dawał mi wszystko, czego potrzebowałam – przez miłość mamy i taty. Mam ponad 90 lat... i nic się nie zmieniło. Niezmiennie jestem Jego ukochanym dzieckiem”
– pisała Róża Siemieńska we wspomnieniach. Uwieczniła swoją rodzinę i wydarzenia, które przeszły do historii. Ani tragedia II wojny światowej, ani utrata majątku przez rodzinę w pierwszych latach komunizmu nie odebrały jej radości życia i głębokiej wiary. Starała się tak przeżywać każdy dzień, aby osiągnąć najlepszy z możliwych celów – zbawienie.
Opisywała tych, którzy ją w tym wspierali. Oprócz członków jej ziemiańskiej rodziny, byli wśród nich także św. Jan Paweł II i bł. Stefan Wyszyński. To dzięki prymasowi rozważała słowa tzw. dziennego rozkazu, czyli liturgicznych czytań z Ewangelii na każdy dzień roku.
Głęboką wiarę Róża Siemieńska wyniosła z domu. Jej rodzice, Stefan Siemieński i Jadwiga Horodyńska, poznali się we Lwowie w 1912 r. Według rodzinnej opowieści Jadwiga zrezygnowała dla przyszłego męża z kariery aktorskiej, którą wróżył jej sam Ludwik Solski. Młodzi pobrali się dwa lata później we Lwowie i zamieszkali w starym dworze w Krzepinie koło Włoszczowy, gdzie przyszło na świat czworo ich dzieci: Leonilla, Jan, Róża i Antonina. Róża mawiała, że jej mama, niespełniona aktorka, miała swoją własną, czteroosobową trupę teatralną.
Siemieńscy i Horodyńscy
Ród Siemieńskich wywodzi się z Siemienic koło Kutna. W XVII w. Siemieńscy przenieśli się do Żytna koło Radomska, a w końcu XIX w. część rodziny nabyła majątek na Kielecczyźnie. Po 1918 r. było to ponad tysiąc hektarów lasów.
Zgodnie z wolą Jana Siemieńskiego, dwaj bracia Stefan (ojciec Róży) i Stanisław po ukończeniu nauki w gimnazjum jezuitów mieli kształcić się na wyższych uczelniach. W młodości byli swoim przeciwieństwem. Stefan – „myślący, życzliwy spokój”; Stanisław – „półdiablę weneckie”, nie słuchał „nigdy i nikogo”. Gdy chłopców przedstawiono spowinowaconej z rodziną Wandzie Malczewskiej, znanej mistyczce, zawyrokowała: „Stefcio zawsze będzie porządnym człowiekiem. Staś będzie chlubą Polski i Kościoła”. Przepowiednia się sprawdziła: Stefan został szanowanym inżynierem agronomem; mądrze zarządzał majątkiem. Okazał się człowiekiem żelaznych zasad i silnego charakteru. Róża Siemieńska wspominała:
„Tata nie wtrąca się do wychowania dzieci, ale gdy coś powie – nie ma odwołania”.
Stanisław Siemieński, miał zostać prawnikiem, jednak ostatecznie zdecydował się wstąpić do zakonu jezuitów. Po uzyskaniu święceń zgłosi się w Rzymie na misje i został wysłany przez Włodzimierza Ledóchowskiego, generała zakonu, do brytyjskiej kolonii w Rodezji Północnej, w Afryce (obecnie Zambia). Stanisław zakładał tam szkoły, napisał w lokalnym języku podręcznik gramatyki. W 1928 r. przyjechał do Polski, by „żebrać na swoje czarne dzieci”. Był propagatorem kultu Serca Jezusowego. Zmarł w rodezyjskiej misji w 1947 r.
Jej rodzice, Stefan Siemieński i Jadwiga Horodyńska, poznali się we Lwowie w 1912 r. Według rodzinnej opowieści Jadwiga zrezygnowała dla przyszłego męża z kariery aktorskiej, którą wróżył jej sam Ludwik Solski.
Jadwiga Siemieńska pochodziła z osiadłego na Kresach rodu Horodyńskich pieczętującego się herbem Korczak. Wychowała się w majątku rodziców w Przybyłowie – później jej dzieci spędzały tam każde wakacje. Została wysłana do znanej placówki edukacyjnej w Jazłowcu na Podolu, prowadzonej przez siostry niepokalanki. Ukończyła również Szkołę Gospodarstwa Wiejskiego w Chyliczkach pod Warszawą. Róża podkreślała, że jej matka Jadwiga była arystokratką, ale także gospodynią, ogrodnikiem, pszczelarzem i hodowcą. W latach trzydziestych Jadwiga posłała swoje córki do gimnazjum sióstr niepokalanek im. Królowej Korony Polskiej w Nowym Sączu.
Gdy Róża zdawała maturę w czerwcu 1938 r., jej najstarsza siostra pracowała już na Uniwersytecie Ludowym w Warszawie, a brat, absolwent Szkoły Handlowej w Krakowie, rozpoczął pracę jako urzędnik na Śląsku. Niestety, wkrótce wybuchła wojna i ich świat legł w gruzach. Jan Siemieński we wrześniu 1939 r. opuścił Krzepin, by na ochotnika dołączyć do oddziałów Wojska Polskiego – przez Rumunię i Francję udało mu się dotrzeć do Wielkiej Brytanii. Służył w 1. Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego. Po wojnie do komunistycznej Polski nie wrócił; zmarł w Kenii w 1965 r.
Polskie wojenne losy
Od pierwszych dni września 1939 r. rodziny Siemieńskich i Horodyńskich doświadczyły tragedii wojny. Podczas niemieckiego bombardowania 3 września zginął Władysław Siemieński, brat stryjeczny Stefana Siemieńskiego, organizator i dyrektor stadniny koni w Racocie pod Poznaniem. Po jego śmierci Niemcy zrabowali cały majątek i stadninę. Antonina Horodyńska, matka Jadwigi Siemieńskiej, musiała uciekać z Przybyłowa do Małopolski. Zmarła po wojnie w Krakowie. Brat Jadwigi, Bogusław, oficer WP, w Bukareszcie organizował przerzut żołnierzy polskich na Zachód; wywieziony do ZSRS zmarł w obozie na Kołymie w 1952 r.
Stanisław Siemieński, miał zostać prawnikiem, jednak ostatecznie zdecydował się wstąpić do zakonu jezuitów. Po uzyskaniu święceń zgłosi się w Rzymie na misje i został wysłany do brytyjskiej kolonii w Rodezji Północnej.
Jego żonie i córce udało się wydostać z sowieckiej Rosji z Armią Andersa, a syn, również Bogusław, który z pomocą ojca przez Rumunię dotarł szczęśliwie do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, zginął pod Arnhem 25 września 1944 r.
Drugi brat Jadwigi Siemieńskiej Zbigniew Horodyński został zamordowany z rodziną i krewnymi – 24 czerwca 1943 r. w Zbydniowie, z rąk Waffen SS zginęło dziewiętnaście osób z rodziny i gości świętujących ślub kuzynki Horodyńskich.
W okupowanej Warszawie
W 1942 r. Stefan i Jadwiga Siemieńscy po raz pierwszy utracili majątek w Krzepinie – został „wzięty na Liegenschaft”, czyli uznany za własność niemiecką. Rodzice wraz z Różą i Antoniną przenieśli się do Warszawy; zamieszkali przy ul. Siennej 5. Starali się wiązać koniec z końcem – Stefan podejmował się prac dorywczych; Jadwiga została gospodynią w firmie Simon i Stecki, przedwojennym składzie win na Krakowskim Przedmieściu.
Róża chciała studiować medycynę, ale jak wspominała, nie było to możliwe – przyjmowano tylko mężczyzn, „bo byli potrzebni w partyzantce”. Zgłosiła się więc do szkoły pielęgniarskiej. Jej młodsza siostra Antonina uczyła się i pracowała w Szpitalu Maltańskim, ale za to obie wstąpiły do AK. Pierwszym rozkazem w konspiracji było
„morda w kubeł – ani słowa o tym ani do siebie, ani do rodziców”.
Róża, pielęgniarka w Szpitalu Dzieciątka Jezus, tak opisała swój zwykły dzień w okupowanej Warszawie:
„O szóstej mama mnie budzi, prędko jem śniadanie, mama robi mi krzyżyk, pędzę do tramwaju, przeskakuję do następnego, wyskakuję przy pierwszej bramie Szpitala Dzieciątka Jezus. Biegnę na internę, gdzie teraz mam praktykę. Za pięć siódma odbieramy meldunek od sióstr z nocnego dyżuru. O czternastej dziesięć wybiegam ze szpitala prosto na zbiórkę mojego oddziału AK. Albo wykład. Albo ćwiczenia z bronią. Albo ćwiczenia polowe z chłopcami z Szarych Szeregów. Albo roznoszenie gazetek, czy tym podobne. Wracam do domu zawsze po dziesiątej. Spotykam na ulicy moją siostrę, która biegnie ze Szpitala Maltańskiego. Mama stoi zawsze na schodach i mówi różaniec, bo od dziesiątej godzina policyjna i Niemcy strzelają na ulicach”.
Narzeczony
W marcu 1944 r. Róża uczestniczyła w rekolekcjach w Laskach pod Warszawą. Prowadził je „prosto i rzeczowo” kapelan AK posługujący się pseudonimem „Siostra Cecylia”. Wywarł na Róży duże wrażenie i na jej prośbę zgodził się zostać jej spowiednikiem. W ten sposób poznała ks. Stefana Wyszyńskiego, który gdy dowiedział się o jej zaangażowaniu w konspirację, powiedział:
„To znaczy, że pół dnia jesteś narażona na śmierć! […] To byłoby dobrze, żebyście mieli stale Pana Boga za pazuchą”. „Czy masz narzeczonego? – spytał. – Jeszcze nie mam – odburknęłam. – To pomyśl, że masz. Jest ranny. Leży na drugim piętrze kamienicy blisko twojej drogi do szpitala. Codziennie rano marzy o tym, żebyś wpadła na chwilę, że może ci się to uda przed dyżurem. […] Nie możesz wpaść, bo spóźniłabyś się na dyżur. Pół niedzieli jesteś u niego, cieszycie się sobą. Nigdy ci nie powie, że codziennie czeka. Wie, że zmusiłby cię tym do wstawania wcześniej. – Cisza. Nie mówię ani słowa”
– tak Róża wspominała spowiedź u Wyszyńskiego, która odmieniła jej życie. Odtąd codziennie starała się uczestniczyć w Eucharystii.
Powstanie
1 sierpnia 1944 r. obie siostry Siemieńskie wyszły do powstania i stawiły się w punkcie sanitarnym w Kamienicy Frageta przy ul. Elektoralnej 16. Opatrywały rannych w Szpitalu Maltańskim; obie należały do oddziału „Bakcyl”. Z pierwszych dni sierpnia Róża zapamiętała epizod ratowania rannego niemieckiego jeńca. Chłopak miał dziewiętnaście lat i umierał ze strachu – dokuczali mu ranni cywile leżący na jednej sali w szpitalu polowym.
„Wchodzę tam ze sterylizatorem, staję jak wryta i wybucham śmiechem. Z jednej strony stoi kucharz w fartuchu wysokiej białej czapie z olbrzymim nożem. Podnosi go nad głową chłopca i ryczy: »Ty pruska świnio! Zaraz zrobię z ciebie kotlety!«. Chłopak naciąga koc na głowę, jęcząc: »Mein Gott! Mein Gott!«. Zrobiłam groźną minę i krzyknęłam: »Marsz do kuchni! Jak was tu jeszcze raz zobaczę, podam was do Międzynarodowego Trybunału w Hadze!«” – opisywała.
Już 5 sierpnia dowództwo powstania podjęło decyzję o ewakuacji szpitali polowych na Woli. W gmachu sądów przy ul. Leszno pozostało kilkudziesięciu rannych cywilów. Róża Siemieńska „Kasia” i Maria Świeżyńska „Magda” zgłosiły się na ochotnika, by z nimi zostać.
„W sądach urzęduje miła krawcowa z córkami. Pomagają nam roznieść śniadanie, umyć rannych, zmienić opatrunek. Krawcowa siedzi przy maszynie i bez przerwy szyje opaski czerwonego krzyża. Zrywa nam siłą opaski WP i pali”
– opisywała Róża Siemieńska. Kiedy 7 sierpnia hitlerowcy weszli na teren sądów, Niemiec jeniec, którego Róża wybawiła wcześniej z opresji, zaświadczył, że w polskim szpitalu polowym uratowano mu życie. Tym wyznaniem ocalił innych rannych – na polecenie niemieckiego oficera wszyscy zostali wyniesieni ze szpitala, dołączeni do grupy cywilów prowadzonych do kościoła św. Wojciecha przy ul. Wolskiej.
„Wychodzimy ostatnie. Marzymy tylko o jednym: skok w boczną uliczkę i na Starówkę. Ale to niemożliwe, cała Chłodna w płomieniach. Idziemy w morzu ognia. Niemieccy żołnierze stoją gęsto. Jeden z nich przyskakuje do mnie i odwraca opaskę na ręku, sprawdza czy nie mam WP. Bóg ci zapłać krawcowo!”
– relacjonowała ten moment Róża. Z koleżanką Marią Świeżyńską postanowiły przedostać się do powstańców w Kampinosie, jednak zatrzymano je i cofnięto. Wkrótce wraz z mieszkańcami stolicy Róża dotarła do obozu w Pruszkowie, gdzie pomagała chorym i rannym.
Gdy do Pruszkowa zaczęły docierać transporty do Auschwitz i innych obozów, pielęgniarkom udawało się wydostać z konwoju choć kilka osób. Róża i pozostałe sanitariuszki podawały akowcom opaski czerwonego krzyża i wyprowadzały ich z transportów jako członków personelu medycznego, „braci” lub „narzeczonych”.
Warszawa płonęła; Róża bardzo martwiła się o rodziców. Nie wiedziała, że pracująca w powstańczej kuchni matka została dotkliwie ranna w czasie ostrzału rakietowego. Odnalazł ją mąż i udało się im wydostać ze stolicy. Jesienią 1944 r. Siemieńscy dotarli na Kielecczyznę i wrócili do Krzepina. Jednak krótko cieszyli się odzyskanym domem. Róża zanotowała we wspomnieniach, że już w lutym 1945 r. władze komunistyczne uwięziły jej ojca w areszcie we Włoszczowie –
„by móc spokojnie wszystko rozgrabić”.
Z zachowanych w archiwum IPN dokumentów bezpieki wynika, że Stefan Siemieński został aresztowany przez PUBP we Włoszczowie i przez sześć tygodni przebywał w areszcie – zatrzymano go 29 maja 1945 r. za utrudnianie reformy rolnej. Małżonkowie Siemieńscy znów stracili odziedziczony majątek – tym razem już na zawsze.
Francuzka
Ich najmłodsza córka, Antonina, za udział w powstaniu otrzymała Krzyż Walecznych i awans na starszego szeregowca – przeprowadziła swój oddział kanałami ze Starówki do Śródmieścia. Jej także udało się wydostać z Warszawy i jesienią 1944 r. powrócić w rodzinne strony. Na Kielecczyźnie dołączyła do oddziału w 7 DP AK, a w Boże Narodzenie 1944 r. wróciła do Krzepina. Niedługo potem otrzymała wiadomość, że jest poszukiwana przez komunistyczną bezpiekę. Odtąd (pod zmienionym nazwiskiem) ukrywała się na wsi niedaleko Kielc, razem ze swoją ciotką Teresą Lipczyńską, wypędzoną z własnego majątku. Stamtąd również musiała uciekać.
Okazało się, że w czasie wojny do Grabau koło Hamburga Niemcy wywieźli – oprócz wyposażenia dworu w Racocie – wszystkie wartościowe konie z jego tamtejszej stadniny, a także słynne araby z Janowa.
Na dworcu kolejowym w Częstochowie dołączyła do grupy jeńców francuskich zwolnionych z obozu niemieckiego na Śląsku. Transport kierowany był do Lublina, do obozu Czerwonego Krzyża, i dalej przez Ukrainę do Odessy. W odeskim porcie byli jeńcy mieli wejść na statek płynący do Marsylii, do wolnego świata. Dzięki świetnej znajomości francuskiego Antonina mogła uchodzić za Francuzkę – została wpisana na listę byłych jeńców wojennych jako „Antoinette Martin z Lille, sanitariuszka”. Udało się jej dostać na brytyjski okręt wojenny, jednak została zdemaskowana przez sowieckiego szpiega.
Pierwszego dnia rejsu do Siemieńskiej podeszła młoda Rosjanka i powiedziała:
„Wiem, że jesteś Antonina Maria Stiepanowna Siemieńska, pamieszczyk, AK, partyzantka... Byłam zrzutkiem w waszych lasach, ranna, Niemcy byli na moim tropie. Polska dziewczyna schowała mnie w swoim łóżku. Pielęgnowała, karmiła. Postanowiłam, że i ja uratuję życie polskiej dziewczynie. Nie wiem, dlaczego tobie”.
Antonina szczęśliwie dotarła do Paryża, gdzie spotkała swojego brata Jana. Siemieński pod koniec wojny został sekretarzem Kajetana Dzierżykraja-Morawskiego, ambasadora Rządu RP na Uchodźstwie we Francji. Dzięki temu rodzeństwo miało za co żyć. Antonina również znalazła pracę dorywczą w Paryżu, jako szwaczka. Dobry czas nie trwał jednak długo. Jak Róża zapisała we wspomnieniach, Jan musiał zdać ambasadę „przedstawicielom Polski Ludowej”, ponieważ od lipca 1945 r. Francja nie uznawała dłużej rządu na uchodźstwie za legalne władze polskie.
Przez Niemcy do Afryki
Niedługo później rodzeństwo otrzymało niespodziewaną wiadomość o odnalezieniu w okupowanych Niemczech części zagrabionego majątku ich stryja, Władysława Siemieńskiego. Okazało się, że w czasie wojny do Grabau koło Hamburga Niemcy wywieźli – oprócz wyposażenia dworu w Racocie – wszystkie wartościowe konie z jego tamtejszej stadniny, a także słynne araby z Janowa.
Antonina zdecydowała się wyjechać do Niemiec, by odzyskać dla rodziny Władysława choć część przedwojennego majątku. I tak poznała Eustachego Sapiehę, który z nadania brytyjskich władz okupacyjnych tymczasowo zarządzał stadniną w Grabau. Antonina – przedstawiona Sapiesze jako „kobieta-bohater” – wywarła na nim duże wrażanie:
„Młode to, pyskate, w mundurze i nawet z wstążką Krzyża Walecznych. Śmieje się i gada za trzech”.
Eustachy, potomek magnackiego rodu, także wiele przeżył w czasie wojny. Jako porucznik WP brał udział w kampanii wrześniowej. W szeregach Suwalskiej Brygady Kawalerii walczył w bitwie pod Kockiem i został odznaczony Krzyżem Walecznych. Od jesieni 1939 do marca 1945 r. był jeńcem w oflagu w niemieckim Woldenbergu (dziś Dobiegniew).
W obawie przed wojskami sowieckimi nie wrócił do Polski, lecz razem z innymi polskimi jeńcami przedarł się do zachodnich Niemiec, do aliantów. Eustachy i Antonina pobrali się w Paryżu w 1945 r. Dwa lata później zdecydowali się wyjechać do Kenii, gdzie przebywał ojciec Eustachego. Książę Sapieha, minister spraw zagranicznych RP, cudem przeżył sowiecką niewolę. Więziony na Łubiance, skazany na łagier, doczekał podpisania układu Sikorski-Majski.
Po zwolnieniu i wyjeździe z ZSRS znalazł się w Kenii, gdzie został przedstawicielem Rządu na Uchodźstwie do spraw organizacji obozów dla ludności cywilnej ewakuowanej z Armią Andersa. Cieszył się z przyjazdu syna i synowej, którzy postanowili zbudować swój mały kawałek Polski na afrykańskiej ziemi.
Zielona granica…
Tymczasem w okupowanej przez Sowietów Polsce rodzice Antoniny zastanawiali się, jak dalej żyć po utracie majątku. Zdecydowali się wrócić do zniszczonej Warszawy; zamieszkali u przyjaciół w małym pokoiku na Pradze. Warunki, w których przyszło im bytować, były cięższe niż te za okupacji. Aby utrzymać siebie i męża, Jadwiga piekła ciastka i sprzedawała na ulicy. Pewnego dnia Stefan Siemieński zobaczył ogłoszenie ministerstwa rolnictwa o poszukiwaniu fachowców do pracy na Ziemiach Odzyskanych. Siemieńscy zgłosili się do wyjazdu. Dostali przydział w Polanicy-Zdroju.
„Mama znajduje piękny pensjonat pozostawiony przez Niemców, w pełni wyposażony. Rok później w Boże Narodzenie [1946 r.] przyjeżdżamy tam całą bandą studentek KUL-u”
– relacjonowała Róża. W lecie 1948 r. do mieszkających w Polanicy Stefana i Jadwigi Siemieńskich dotarła wiadomość z Czech.
Kurier przekazał list od ich syna Jana, który przyjechał do Pragi jako przedstawiciel francuskiej firmy i chciał potajemnie spotkać się z rodziną. Mimo ryzyka Jadwiga Siemieńska razem z Różą zdecydowały się przekroczyć nielegalnie granicę polsko-czeską koło Kudowy. Z pomocą polskich przemytników dotarły szczęśliwie do wskazanej miejscowości w Czechach, gdzie czekał na nie Jan. Polały się łzy, nie mogli uwierzyć, że po tych wszystkich tragicznych przeżyciach razem siedzą w pokoju. Jadwiga zobaczyła syna po raz pierwszy od września 1939 r. Pożegnanie z synem i bratem było trudne, ale kobiety wracały do kraju podniesione na duchu.
Potem wróciły do codziennych obowiązków, ale szczęście trwało krótko.
„Jednak sprawa się wydaje”
– relacjonowała Róża we wspomnieniach. W ramach represji za ten czyn Siemieńskich wyrzucono z Polanicy, a pensjonat im odebrano.
Rodzice odchodzą
Stefan i Jadwiga po raz kolejny utracili miejsce zamieszkania. Wtedy najstarsza córka Leonilla ich przygarnęła do siebie. Mieszkała we Wrocławiu, wyszła za mąż za Franciszka Longchamps de Berier, prawnika, późniejszego profesora Uniwersytetu Wrocławskiego.
Jan Siemieński we wrześniu 1939 r. opuścił Krzepin, by na ochotnika dołączyć do oddziałów Wojska Polskiego – przez Rumunię i Francję udało mu się dotrzeć do Wielkiej Brytanii. Służył w 1. Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej gen. Sosabowskiego.
We Wrocławiu Siemieńscy mogli wreszcie wieść spokojne życie. Początkowo Stefan nie znalazł pracy, jednak ostatecznie został zatrudniony w archiwum Muzeum Diecezji Wrocławskiej. Był bliskim współpracownikiem dyrektora archiwum, bp. Wincentego Urbana. Uczestniczył w poszukiwaniu i opracowywaniu zachowanych poloników diecezji wrocławskiej.
Pracował też dorywczo jako tłumacz prac naukowych przy Uniwersytecie Wrocławskim. Także Jadwiga Siemieńska przez pewien czas była aktywna zawodowo. Według wpisu w dokumentach bezpieki została nawet kierownikiem administracyjnym domu NOT we Wrocławiu. Stefan zmarł w 1969 r. Z powodu przeżyć wojennych i pogarszającego się stanu zdrowia od końca lat sześćdziesiątych Jadwiga wymagała stałej opieki najbliższych. Zmarła w Krynicy-Zdroju w 1974 r.
Był dla nich ojcem
Róża Siemieńska wróciła w 1945 r. do Warszawy i podjęła pracę w Szpitalu Przemienienia Pańskiego na Pradze. W październiku tego roku została zaproszona przez Marię Okońską do grupy „Ósemka”, zespołu młodych katolickich kobiet, które chciały utworzyć „Miasto Dziewcząt” i zrealizować program odrodzenia Polski. Ojcem duchowym „Ósemki” był znany Róży z okresu okupacji ks. Stefan Wyszyński, którego członkinie grupy nazywały Ojcem. Gdy Wyszyński został mianowany biskupem lubelskim, a później prymasem Polski, wspólnota kobiet przekształciła się w jeden z pierwszych w Polsce katolickich instytutów świeckich, a Róża Siemieńska została członkiem Instytutu Prymasowskiego.
Zgodnie ze wskazaniami bp. Wyszyńskiego w 1946 r. rozpoczęła studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Początkowo nie wiedziała, jaki kierunek studiów wybrać: wahała się między pedagogiką, filozofią i polonistyką. Gdy poprosiła Wyszyńskiego o radę, odpowiedział:
„Moje dziecko! Masz rozum, masz łaskę! Musisz wiedzieć!”.
Te słowa zapamiętała na całe życie – mówiła później, że były jak rozkaz dowódcy. Wybrała pedagogikę; studia ukończyła w 1950 r. Włączyła się w pracę wychowawczą – współorganizowała obozy dla studentek i uczennic.
Życie to nie teatr
Rok 1945 był przełomowy w jej życiu również z innego powodu. W czasie dyżuru nocnego w szpitalu przeczytała artykuł w „Tygodniku Powszechnym” o krakowskim Teatrze Rapsodycznym. Wówczas podjęła decyzję, że zostanie aktorką – okazało się, że talent aktorski odziedziczyła po matce Jadwidze.
„Ale po drodze mam parę przystanków”
– wspominała – najpierw Instytut Prymasowski, potem ukończenie studiów na KUL. Tematem jej pracy magisterskiej obronionej na pedagogice była rozprawa Wychowawcze znaczenie teatru szkolnego. W grudniu 1949 r., po absolutorium, pojechała do Krakowa na spotkanie z Mieczysławem Kotlarczykiem, prosić o przyjęcie do zespołu teatralnego. Dwa lata później została przyjęta:
„Kotlarczyk zastanawiał się, jaki mi dać etat. »Będę sprzątała teatr« – zadecydowałam. Uśmiechnął się: »Mam jeszcze etat bibliotekarki«. Stanęło na tym, że przed południem Studio Teatralne, po południu – biblioteka”.
Rzemiosła aktorskiego Róża Siemieńska uczyła się na zajęciach studyjnych prowadzonych przez Danutę Michałowską. Właśnie wtedy poznała dawnego członka tego zespołu, ks. Karola Wojtyłę. Na jego prośbę przygotowała misterium wielkanocne dla młodzieży akademickiej Krakowa. Kiedyś była świadkiem zabawnej sceny, gdy przyjaciele ks. Lolka – członkowie zespołu teatralnego – próbowali przekonać go, by swoje artykuły pisał prosto i konkretnie. Pretekstem dla tego „sądu koleżeńskiego” był opublikowany przez Wojtyłę artykuł w „Tygodniku Powszechnym” Cnota czystości u św. Tomasza.
„Lolek zwariował”
– zawyrokowali przyjaciele Wojtyły. Róża relacjonowała:
„Początkujący filozof, biedny wikary w jakimś szarawym wspomnieniu po sutannie, wciśnięty w stosy książek, w kącie swego pokoiku, siedzi jak podsądny na ławie oskarżonych”.
16 października 1978 r. na pl. św. Piotra w Rzymie Róża była świadkiem ogłoszenia wyboru nowego papieża – został nim ks. Lolek z Teatru Rapsodycznego. Tak wspominała ten moment:
„Widzę film: historia wszystkich narodowych klęsk, przegranych wojen, bitew […] rozbiory, powstania, wywózki, łagry i obozy, podziemie, Warszawa […]Wszystkie nieszczęścia, męki, prześladowania, modlitwy uczyniły z tego człowieka Duchową Potęgę, przed którą klęknie cały świat”.
Dokładnie wiedziała, czym jest komunizm, i doświadczyła go na własnej skórze. Już w czasie studiów Róża Siemieńska była inwigilowana przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Lublinie. Założycielki „Ósemki” – Maria Okońska i Maria Wantowska – w 1948 r. trafiły na kilka tygodni do aresztu pod zarzutem nielegalnej działalności. Zwolniono je po interwencji Stefana Wyszyńskiego. Róża też była przesłuchiwana, tłumaczyła ubekom, że celem zespołu jest
„praca nad sobą i nad uświęceniem własnym oraz szerzenie kultu Matki Boskiej”.
Na zarzut, że ich grupa jest nielegalna, odparła bezczelnie, że nie prowadziły tajnej działalności i nie było żadnej potrzeby jej legalizowania.
„Nasz stosunek do obecnego ustroju jest jak najpozytywniejszy”
– odpowiedziała. Była to świadoma taktyka członkiń „Ósemki”, uzgodniona z Wyszyńskim. Inwigilowano ją także w Krakowie. Informator bezpieki – członek zespołu teatralnego – raportował, że aktorka
„utrzymuje bardzo różne kontakty [...]. Sporo jest osób z którymi rozmawia na osobności, bardzo cicho, zwracając uwagę, czy nikt nie podsłuchuje”.
W doniesieniu pisano także, że
„stosunek Siemieńskiej do dzisiejszej rzeczywistości jest stosunkiem rozparcelowanego, który się przyczaił”.
Zaznaczono, że ukrywała swoje ziemiańskie pochodzenie. Róża napisała w życiorysie, że jej ojciec Stefan „to nie obszarnik, ale inżynier rolnik”. Kiedy nad Teatrem Rapsodycznym zbierały się ciemne chmury, a władze przygotowywały jego likwidację, Mieczysław Kotlarczyk postanowił wprowadzić do repertuaru sztuki socrealistyczne, by chronić członków zespołu.
„Dyrektor zdecydował: »Gramy Majakowskiego… Kraków nie będzie chodził… Ale trudno…«. Zaczęły się próby. W pierwszą niedzielę pojechałam do Warszawy na Miodową. »Proszę Ojca, już nie mogę być w teatrze! Nie będę latała z czerwonym sztandarem po scenie!« Prymas spokojnie się uśmiechnął: »Dlaczego nie? Przecież to jest twoje studyjne ćwiczenie«”
– wspominała Róża.
Ciocia w Ostoi
W 1969 r. na prośbę prymasa Wyszyńskiego Róża Siemieńska została kierownikiem pensjonatu „Ostoja” w Krynicy-Zdroju. Drewniany domek zakupiony od Łemków przed wojną przez rodzinę Marii Okońskiej został przekazany na własność prymasowi, a on chciał przekształcić go w dom wypoczynkowy dla niezamożnych katolickich rodzin. Róża Siemieńska z pomocą przyjaciół, m.in. architekta Stanisława Pospieszalskiego, przeprowadziła rozbudowę ośrodka i odtąd każdego roku przyjmowała na wakacje rodziny i grupy młodzieży, wielu gości z Polski i z zagranicy. Dla wszystkich odwiedzających została „ciocią Różą”; była uwielbianym wychowawcą i doskonałym organizatorem. Budowa „Ostoi” zakończyła się w 1978 r. poświęceniem przez prymasa Wyszyńskiego kaplicy domowej pw. Jasnogórskiej Matki Kościoła.
Róża Siemieńska kierowała tym miejscem długo, od lat dziewięćdziesiątych przebywała na emeryturze – najpierw w „Ostoi”, a później w Warszawie, w siedzibie Instytutu Prymasowskiego, gdzie zmarła w 2015 r. Do końca pozostała pogodna, uśmiechnięta, pełna miłości do ludzi. Dla wielu osób była autorytetem, dla dawnych podopiecznych z Ruchu Rodzina Rodzin ukochaną ciocią i przyjacielem.
* * *
Zdjęcia w tekście pochodzą z Archiwum Instytutu Prymasa Stefana Wyszyńskiego.
Tekst pochodzi z numeru 12/2022 „Biuletynu IPN”
