Najbardziej znanym przedstawicielem nazistowskiego establishmentu zainteresowanym tym zagadnieniem był naturalnie Heinrich Himmler. Patronował on szeregowi różnych instytucji, które mniej lub bardziej ocierały się o tą tematykę. Były to m.in. naukowy (w mniemaniu Himmlera) instytut badawczy, zajmujący się wykazaniem wielkości rasy nordycko-niemieckiej współcześnie i w zamierzchłych czasach – Ahnenerbe, badający zagadnienia parapsychologiczne Paracelsus-Institut (koncentrujący się na badaniach z zakresu radiestezji) czy wyspecjalizowana komórka zajmująca się badaniami procesów czarownic – H-Sonderkommando1. Instytucje te nie były ze sobą tożsame, ale z racji powiązań personalnych i politycznych mniej lub bardziej współpracowały ze sobą.
Interdyscyplinarna jednostka badawcza
H-Sonderkommando jest nie tylko swoistą ciekawostką, zdradzającą inspiracje nazistowskich notabli, ale również przykładem wykorzystania badań archiwalnych w pracy służb specjalnych. Jednostka ta wchodziła w skład Wydziału VII Reichssicherheitshauptamt (Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy). Wydział ten zajmował się gromadzeniem informacji o wrogach ideologicznych np. żydach, masonach czy jezuitach. Została z niego wyłoniona specjalnie wybrana z niego komórka H (od niemieckiego słowa Hexe czyli czarownica). Na czele H-Sonderkommando stał najpewniej doktor Rudolf Levin, kierował on zespołem badaczy (Fritz Schmidt, Rudolf Richter, Ernst Merkel, Tammo von Schrenck-Notzing, Alfred Ferdinand Karl Wenzel, Martin Biermann, Friedrich Murawski, Wilhelm August Patin). Do zadań członków zespołu należało gromadzenie wszelkich informacji o prześladowaniu czarownic, zwyczajach dawnych wiedźm i doszukiwanie się w nich śladów kultury starogermańskiej.
Członkowie H-Sonderkommando pracowali w Belinie i prowadzili interdyscyplinarne badania z zakresu etnologii, archiwistyki i historii. W większości dokumenty zebrane przez H-Sonderkommandozostały odnalezione i zabezpieczone przez UB na terenie Sławy Śląskiej w 1946 r.
Skład zespołu był silnie zdywersyfikowany pod względem naukowym, zarówno jeśli chodzi o posiadane stopnie, jak i prezentowane dyscypliny np. Rudolf Levin był językoznawcą (specjalistą zarówno w zakresie germanistyki jak i anglistyki) i socjologiem (doktoryzował się tekstem o założeniach myśli pozytywistycznej), z zawodu nauczycielem był Ernst Merkel (napisał on doktorat poświęcony postaci diabła w heskich procesach o czary) podczas gdy Tammo von Schrenck-Notzing był dopiero studentem. Najciekawszą postacią w tym gronie był jednak Wilhelm August Patin.
Patin był prywatnie starszym kuzynem Himmlera, urodził się w Wurzburgu i został katolickim księdzem. Zrobił doktoraty z teologii i prawa kanonicznego i, pnąc się po szczeblach duchownej kariery, piastował stanowiska wykładowcy na katolickich uczelniach. Wraz z wzrostem wpływów SS w państwie niemieckim, również i on uległ namowom kuzyna. Zrzucił sutannę i dołączył do SS. 1 września 1939 roku został awansowany na SS-Obersturmbannführera.
Kartoteka
Członkowie H-Sonderkommando pracowali w Belinie i prowadzili interdyscyplinarne badania z zakresu etnologii, archiwistyki i historii. Siedziba ich komórki mieściła się przy ówczesnej ulicy Wilhelmstraße 102. W większości dokumenty zebrane przez H-Sonderkommando zostały odnalezione i zabezpieczone przez UB na terenie Sławy Śląskiej w 1946 r. W całości przekazano je do poznańskiego Archiwum Państwowego w Poznaniu.
Już w XVIII wieku niemieccy myśliciele oświeceniowi dopatrywali się w praktykach czarownic śladów dawnej, przedchrześcijańskiej religii, którą naturalnie chcieli zniszczyć źli chrześcijanie.
Poznański zasób jest znany, opisany i opracowany (przez m.in. Bożenę Ronowską, Macieja Zdunka czy najlepiej opisany przez Andrzeja Kamieńskiego) ale najpełniejszą pracą poświęconą tej tematyce jest wydana w Niemczech w 1999 r. praca zbiorowa Himmlers Hexenkartothek. Das Interesse des Nationalsozialismus an der Hexenverfolgung.
Zespół nazwany powszechnie Hexenkartothek czy też kartoteką procesów o czary zawiera 3884 jednostki archiwalne opisujące wydarzenia z okresu od 385 r. do 1936 r. (sic!), dysertacje doktorskie czy materiał ikonograficzny. W sumie zachowało się około 19 metrów bieżących akt. Niestety nie jest to materiał kompletny – wiadomo, że np. zbiory ikonograficzne tyczące się „wampirów, demonów i wilkołaków” się nie zachowały.
Po co to było potrzebne?
Silnie zideologizowany reżim nazistowski był też związany własnymi założeniami ideologicznymi. Czarownice zaprzątały głowy niemieckich myślicieli od lat i stworzenie takiej komórki było ideologicznie uzasadnioną koniecznością. Już w XVIII wieku niemieccy myśliciele oświeceniowi dopatrywali się w praktykach czarownic śladów dawnej, przedchrześcijańskiej religii, którą naturalnie chcieli zniszczyć źli chrześcijanie.
Początków tezy o dawnej powszechności zaginionych pogańskich kultów należy dopatrywać się w pracy Gottfrieda Christina Voigta (1740–1791). W swojej rozprawie Etwas über die Hexenprozesse in Deutschland przeprowadził szacunki, z których wynikało, że skoro na niewielkim obszarze Quedlinburga w ciągu stu lat średnio 135 kobiet i mężczyzn skazywano w wyniku oskarżeń o czary, to w Europie od średniowiecza po czasy mu współczesne co sto lat ofiarami prześladowań padało 858454 osób. W sumie dawało to od wydania edyktu mediolańskiego po czasy autorowi współczesne niebagatelną liczbę ponad 9 milionów ofiar rozłożonych równomiernie na jedenaście stuleci.
Tezy Ludendorffów stały się bardzo popularne. Sam Bund für Gotteserkenntnis, choć skłócony z NSDAP (Ludendorffowie uważali nazistów za… zbyt chrześcijańskich), liczył przynajmniej kilkanaście tysięcy członków i do połowy lat trzydziestych był wpływową organizacją na skraju niemieckich nacjonalistów.
Tezę o 9 milionach ofiar powtarzano przez cały XIX wiek, ale dopiero na początku XX stulecia spleciono ją z rozważaniami antysemickimi. Najbardziej kluczową rolę w tej syntezie odegrało małżeństwo generała Ericha Ludendorffa (1865–1937) i jego małżonki Mathilde Ludendorff (1877–1966). Powołana przez nich organizacja „Bund für Gotteserkenntnis” oraz prace wydawane w oficynie „Ludendorff Volkswarte” utożsamiała prześladowania czarownic z katolickim (a więc -w ich mniemaniu – kontrolowanym przez zakamuflowanych żydów) spiskiem, mającym na celu zniszczenie rasy niemieckiej poprzez eliminację i pohańbienie niemieckich kobiet. Tezy te zostały dokładnie wyłożone w broszurze Christliche Grausamkeit an deutschen Frauen (Chrześcijańskie okrucieństwa wobec niemieckich kobiet). Zgodnie założeniami tej broszury czarownice miały posiadać tajną i przekazywaną przez kolejne pokolenia starogermańską gnozę, na zniszczeniu której zależeć miało krwiożerczym żydom.
Tezy Ludendorffów stały się bardzo popularne. Sam Bund für Gotteserkenntnis, choć skłócony z NSDAP (Ludendorffowie uważali nazistów za… zbyt chrześcijańskich), liczył przynajmniej kilkanaście tysięcy członków i do połowy lat trzydziestych był wpływową organizacją na skraju niemieckich nacjonalistów (aż w praktyce jego miejsce w umysłach radykałów zajęło SS). Himmler, przejąwszy postulaty Ludendorffów, usiłował wykazać prawdziwość ich twierdzeń.
Z tej też przyczyny jednostka nie tylko katalogowała dane o procesach o czary, ale przygotowywała i ich opracowania. Np. Ernst Merkel pisał swą rozprawę habilitacyjną Die germanischen. Grundlagen des Hexenwahns. Wykazywano również tradycje pokoleniową, badając zależności genologiczne między oskarżonymi o czary. Alfred F. K. Wenzel wykazał nawet, że jedna z przodkiń Himmlera (niejaka Margareth Himbler z Markelsheim) była jedną z oskarżonych o czary i skazanych przez „chrześcijańsko-żydowskich spiskowców”.
* * *
Przechowywane w Poznaniu akta zebrane na osobiste polecenie Reichsführera-SS są zarówno pomnikiem ideologicznej megalomanii Himmlera, jak i ciekawym materiałem badawczym – zarówno dla historyków zajmujących się historią nauki i ideologii XX wieku, jak i dla nowożytników i mediewistów, którym dostarczają bezcennych informacji o procesach o czary.
[1] Himmler roztaczał też protekcję nad niezależnymi badaczami (choć określenie szarlatani byłoby bardziej na miejscu) dla których (takich jak Karl Maria Wiligut-Wisethor) nie było miejsca w żadnej z tych organizacji.
