W 1983 r. Gwardia Warszawa, pierwszy krajowy klub w europejskich pucharach, spadła z ekstraklasy i stało się oczywiste, że jej najlepsi zawodnicy pożegnają się z zespołem. Rozpoczęło się wielkie polowanie…
A wiecie, że jesteście szeregowym?
Widzew Łódź, opromieniony występem w Pucharze Europy, gdzie dotarł aż do półfinału, miał u steru charyzmatycznego prezesa, który budował klub zupełnie inaczej niż socjalistyczni patroni większości zespołów.
Najzdolniejszym ze wszystkich był Dziekanowski, który, po udanej karierze młodzieżowej, był już reprezentantem Polski seniorów i nawet otarł się o wyjazd na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii.
Widać było, że potrzebuje nowego wyzwania, aby zacząć spełniać pokładane nadzieje – i tak się dobrze składało, że w tym samym mieście był klub, który mógł zapewnić mu wszystko, czego wtedy sobie życzył. Legia Warszawa, bo o niej mowa, od kilkunastu lat nie mogła wrócić na tron i wydawało się, że oboje tak siebie potrzebują, że szykuje się małżeństwo doskonałe…
„Spotkałem się z pułkownikiem Olszakiem, który wtedy był osobą decyzyjną w warszawskim klubie. Zaczęło się miło. Powiedział: Co mogę dla Ciebie zrobić, Darku. Czego byś chciał. Powiedziałem mu o moich oczekiwaniach. Wydawało mi się, że to warunki, jakie wtedy zawodnik Dziekanowski powinien dostać. Pułkownik od razu zmienił ton: A wiecie, że jesteście szeregowym? Możecie być zadowoleni, że będziecie na kortach w trzyosobowym pokoju mieszkać. I że będziecie po cywilnemu chodzić, a nie w mundurze. Nie było już Darku, tylko per szeregowy”
– mówił po latach w wywiadzie (źródło: „Przegląd Sportowy”, 25 października 2020).
W owym czasie piłkarską potęgą w naszym kraju był Widzew Łódź. Opromieniony wspaniałym występem w Pucharze Europy, gdzie dotarł aż do półfinału, miał u steru charyzmatycznego prezesa, który budował klub zupełnie inaczej niż socjalistyczni patroni większości polskich zespołów. Za gotówkę i perspektywę rozwoju sportowego oraz (co istotne dla rodziców) pilnowania obowiązków szkolnych, przyciągał młodych zawodników, stając się dla nich drugą rodziną, tak jako to praktykowały kluby na Zachodzie. W ten sposób Ludwik Sobolewski doprowadził klub do dwóch tytułów mistrzowskich i dochował się w pierwszej jedenastce swojej drużyny połowy reprezentacji kraju.
Pismo prezesa Warszawskiego Klubu Sportowego „Gwardia” Jerzego Ćwieka do ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka, w sprawie transferu Dariusza Dziekanowskiego do „R.T.S. »Widzew«”. Warszawa, 28 VII 1983 r. (z zasobu IPN)
Ale w 1983 r. Widzew stracił miano najlepszej drużyny w Polsce i prezes postanowił, że zrobi wszystko, by tytuł wrócił do Łodzi. Dziekanowskiego chciał ściągnąć już rok wcześniej, kiedy z Włoch trafiły pieniądze za rekordowy transfer Zbigniewa Bońka do Juventusu Turyn. Obiecał zawodnikowi to, czego nie chciała dać Legia i pozostało już tylko… najtrudniejsze. Jak wyciągnąć z klubu milicyjnego zawodnika, który formalnie podlegał Dowódcy Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW i nie ukończył jednego roku służby, co pozwoliłoby ubiegać się o przedterminowe zwolnienie od zaszczytnego obowiązku wobec ojczyzny. W skrócie: jak z żołnierza ludowego WP zrobić cywila zatrudnionego w wojskowych strukturach?
Rekordowy transfer
Zadecydowały pieniądze i kontakty Ludwika Sobolewskiego. 21 milionów złotych przekonało wojskowych decydentów, choć legalność tej transakcji była podważana jeszcze jakiś czas później. Niemniej
„z dniem 5 sierpnia szer. Dariusz Dziekanowski został na mocy decyzji Dowódcy Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW oddelegowany na czas nieograniczony do dyspozycji Szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Łodzi celem odbycia praktyki na stanowisku instruktora fizycznego”.
Nie było wówczas innego tematu w rozmowach rodaków, nie tylko na stadionach, ale i w zakładach pracy czy w kolejkach sklepowych. Przeliczano, ile można kupić za to „dużych fiatów”, które dla większości rodaków były całkowicie niedostępne. Średnia pensja w 1983 roku wynosiła 14475 złotych i wyliczono, że przeciętny Polak musiałby pracować 121 lat, by dobić do tej kwoty. Dzisiaj, kiedy w świecie sportu operuje się już niemal abstrakcyjnymi sumami, może nie robi to już takiego wrażenia, ale w socjalistycznej Polsce, gdzie sportowcy byli jednymi z nas i (fikcyjnie) funkcjonowali na państwowych etatach, społeczeństwo doznało szoku.
Sobolewski uważał, że Dziekan jest wart takich pieniędzy. Szukał drugiego Bońka. Chciał też zrobić wrażenie na pozostałych klubach, by pokazać, że jego sposób zarządzania sportową organizacją ma wielką przyszłość.
Prezes Sobolewski uważał, że Dziekan jest wart takich pieniędzy. Szukał drugiego Bońka i był przekonany, że i tym razem nos go nie zawiedzie. Chciał też zrobić wrażenie na pozostałych klubach, by pokazać, że jego sposób zarządzania sportową organizacją ma wielką przyszłość.
Miał również ukryty cel: utrzeć nosa Warszawie, bo piłkarskie animozje między wielkimi polskimi miastami były już wówczas dość odczuwalne. Zorganizował więc kontrolowany przeciek do mediów i od tej pory każdy Polak, nawet obudzony w środku nocy, bez problemu mógł wskazać z czym kojarzy mu się liczba 21.
Opinia wiceministra spraw wewnętrznych Lucjana Czubińskiego w „sprawie DZIEKANOWSKIEGO”. Warszawa, 27 IX 1983 r. (z zasobu IPN)
Niełatwe zadanie
Zapewne nie myślał o tym, jak wielki ciężar włożył na barki utalentowanego chłopaka. Ludzie oczekiwali i wymagali stosownie do gigantycznej kwoty, którą za niego zapłacono. I wyobrażali sobie, w jakich pławi się luksusach.
„W Widzewie zgodzili się na większość moich żądań. Obiecano mi segment na osiedlu Retkinia, gdzie mieszkał m.in. Władek Żmuda. Pokazali mi działkę, na której stanąć miał dom. Pamiętam, że był tam już nawet jego szkielet, ale mieszkania nigdy się nie doczekałem. Co do zarobków, to żyję z nich do dziś. A poważnie już nawet nie pamiętam, jakie to były kwoty. Ale jak na studenta i żołnierza nie było źle. Dało się przeżyć”
– wspominał w „Magazynie Sportowym”.
Dariusz Dziekanowski nie poprowadził Widzewa do oczekiwanych triumfów. Grał w Łodzi dwa sezony, strzelając w każdym 10 bramek. Oczekiwano znacznie więcej. Albo nie pasował do charakterników z Robotniczego Towarzystwa Sportowego, albo zbyt wiele osób nie mogło przestać myśleć o 21 milionach, które powinien „odpracować”, sam ciągnąc drużynę do sukcesów.
Dziekanowski nie poprowadził Widzewa do oczekiwanych triumfów. Grał dwa sezony, strzelając w każdym 10 bramek. Oczekiwano znacznie więcej.
Pod koniec następnego roku udzielił głośnego wywiadu pt. „Spowiedź napastnika” (tygodnik „Sportowiec”, 25 grudnia 1984 r.), po którym stało się jasne, że jego widzewska przygoda właśnie dobiega końca.
I mimo że wrócił do Warszawy za dużo większą sumę, do dziś pamięta się tylko tę kwotę, jaką na początku sierpnia 1983 roku zapłacił za niego prezes Ludwik Sobolewski.
* * *
W zasobie Archiwum IPN znajdują się materiały archiwalne dotyczące transferu „zawodnika piłki nożnej” Dariusza Dziekanowskiego, zawierające m.in. korespondencję odnoszącą się do umowy zawartej pomiędzy WKS „Gwardia” a RTS „Widzew”, dokumentację wytworzoną w tej sprawie przez Biuro Organizacyjno-Prawne MSW oraz wycinki prasowe. Istotne źródło informacji o nim stanowią również akta paszportowe.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
