„Nawet jeśli długo nie będziemy wiedzieć, gdzie są pochowani – ważne, by pamięć o NICH nie zaginęła. I by ich oprawcom uświadomić, że zbrodnia zawsze będzie zdemaskowana”.
Tak brzmi jeden z pamiątkowych wpisów z 23 sierpnia 1989 r. dokonany przez osoby odwiedzające miejsce ekshumacji zwłok, spoczywających w uroczysku Wielki Bór koło Gib na Suwalszczyźnie w przygotowanej na tę okoliczność swego rodzaju księdze pamiątkowej, zatytułowanej „Notes pamiątkowy odwiedzających”, dziś zarchiwizowanej i przechowywanej w Oddziałowym Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku. Choć wiadomo, że nie odkryto tam grobów ofiar Obławy Augustowskiej, a szczątki żołnierzy niemieckich, miejsce to do dziś przywołuje pamięć o wydarzeniach z lata 1945 r.
Wielu osobom nie zabrakło determinacji w poszukiwaniach, nawet w obliczu strachu, jaki uruchamiał i potęgował komunistyczny aparat represji w powojennej Polsce.
Początkowo o losie aresztowanych w lipcu 1945 r. w ramach sowieckiej operacji wywiadywali się, a następnie o ich pamięć dbali i wciąż dbają – gdy prawdziwym scenariuszem okazał się być ten najczarniejszy – zwłaszcza najbliżsi ofiar tej okropnej powojennej zbrodni. Wielu osobom nie zabrakło determinacji w poszukiwaniach, nawet w obliczu strachu, jaki uruchamiał i potęgował komunistyczny aparat represji w powojennej Polsce. Dziś, po niemal 80. latach od zamordowania przez Sowietów około 600 osób zamieszkałych w północnej części województwa białostockiego, należy się również im pamięć.
Michał Olechnowicz
Jedną z takich osób stanowczo walczących o prawdę o obławie był Michał Olechnowicz, urzędnik pocztowy z Augustowa. 17 lipca 1945 r. „władze Polsko Radzieckie” – jak podał – aresztowały „z nieznanych przyczyn” i po upływie tygodnia wywiozły w niewiadomym kierunku jego syna, 23-letniego Stanisława Olechnowicza, także urzędnika pocztowego. Miał być przetrzymywany na Zarzeczu, w zabudowaniach Dowgierdów w Augustowie, razem z m.in. rolnikami Jatkowskim Mieczysławem, Jedlińskim Władysławem, kołodziejem Stelmasikiem Tadeusz i nauczycielem Rzepeckim Janem.
Według relacji świadków wszyscy zostali wyprowadzeni pod eskortą w stronę miasta, załadowani do ciężarówki, do której wrzucono łopaty, i wywiezieni. Wspominająca po latach moment aresztowania swego męża, Pawła Kondrackiego, Helena Kondracka pisała, że listonosz Olechnowicz szukał swego syna wszędzie, wysyłał listy nawet do Stalina. Potem także do Chruszczowa. Jego zawziętość w tym przedsięwzięciu widoczna jest w zachowanych w materiałach archiwalnych. Wysyłał pisma indywidulane i zbiorowe do różnych instytucji – do Polskiego i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, do władz administracji rządowej, do organów wymiaru sprawiedliwości, do władz partyjnych, do Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie, do ONZ.
„Do wszystkich władz polskich i radzieckich”
We wrześniu 1945 r., zbierając podpisy od 30 osób, jak on poszukujących swoich bliskich, odnotował w piśmie skierowanym do wojskowej prokuratury w Białymstoku 31 nazwisk i podał:
„Ponieważ Ci wszyscy aresztowani żadną polityka się nie zajmowali, a jedynie, każdy z nich pracował w swoim fachu teraz, jak i za okupacji niemieckiej, aresztowanie nastąpiło podczas ogólnego brania, jednych z ulicy, innych z łóżek a także z pracy i zaliczono ich jako bandytów, chociaż żaden z nich takim nie był, a być może, że za czasów okupacji niemieckiej ktoś z nich uciekł do lasu, ratując w ten sposób swe życie. […] Ci ludzie byli zawsze dobrymi Polakami i patriotami a teraz doczekawszy się naszej ukochanej wolnej i niepodległej Polski, muszą znosić męczarnie, jak to w więzieniu bez powietrza i pożywienia. Przeważnie szkoda młodzieży, która może stracić zdrowie, a także i nie ukończyła szkoły i to nam jest bardzo przygnębiające”.
„Jesteśmy wszyscy Polakami i my wszyscy znosiliśmy za okupacji niemieckiej najrozmaitsze katusze, więc prosimy obywatela Prokuratora rozejrzeć tę sprawę i uwolnić naszych mężów i synów niewinnie aresztowanych jak najrychlej z więzienia”
– kontynuował. Tymi synami i mężami, obok wspomnianych Olechnowicza, Jatkowskiego, Jedlińskiego, Stelmasika byli: Jan Żyliński (urzędnik skarbowy), Henryk Dyczewski (rolnik), Stanisław Wiśniewski (garbarz), Stanisław Bondziul (robotnik), Mieczysław Lipski (elektromonter), Franciszek Borucki (urzędnik starostwa), Antoni Filipowicz (stolarz), Aleksander Judycki (robotnik), Henryk Pużyński (cieśla), Aleksander Ciechanowicz (stolarz), Mieczysław Cichor (robotnik), Władysław Wasilewski (robotnik), Józef Wiśniewski (pastuch), Stanisław Niedźwiecki (robotnik), Janik Lucjusz (urzędnik starstwa), Leonard Sołtys (robotnik), Henryk Szygiel (robotnik), Józef Zakrzewski (robotnik), Bolesław Sienkiewicz (robotnik), Jan Pacykiewicz (robotnik), Bolesław Romanowski (zakrystian), Leon Ciemny (rolnik), Piotr Puczyłowski (rolnik), Józef i Aleksander Juszkiewicz (rolnicy), Józef Przekopowski (robotnik) i Stanisław Surkont (nauczyciel). Tak powstała jedna z pierwszych list zaginionych, która za sprawą listonosza rozrosła się do około 500 nazwisk.
Listonosz z Augustowa nie dawał za wygraną. Z nadzieją patrzył na „odwilż” roku 1956 i znów nie ustępował w pisaniu.
Rozsyłał ją później do „wszystkich władz polskich i radzieckich”. Współpracowali z nim wówczas m.in. Zofia Dyczewska (żona Henryka), Anastazja Sołtys (żona Leonarda), Bronisława Borucka (żona Franciszka), Jadwiga Juszkiewicz (żona Józefa), Stanisława Bondziul (żona Stanisława), Kazimiera Wiśniewska (żona Stanisława), Anna Pużyńska (żona Henryka), Helena Ciechanowicz (żona Aleksandra), Stanisława Judycka (żona Aleksandra).
W 1947 r. pisał do ambasady otrzymując odpowiedź – dającą nadzieję – że nazwiska ob. Olechnowicza Stanisława i innych figurują na liście uwięzionych i internowanych w ZSRS podlegających ewakuacji, a „ta obecnie jest w toku”. Ta informacja pociągnęła za sobą kolejną korespondencję.
Olechnowicz w swoich pismach wskazywał, że w Augustowie wciąż żyją i pracują osoby współuczestniczące w aresztowaniach z 1945 r.
W następnym roku Pan Michał wysłał następne zapytanie. Nadawcą tym razem była Polska Misja Repatriacyjna w Moskwie, która poinformowała, że podanie w sprawie zwolnienia i repatriacji obywateli miasta Augustowa znajdowało się w toku załatwiania i prosiła – co zapalało przysłowiową „lampkę” u zainteresowanych – o natychmiastowe zawiadomienie o dacie ewentualnego powrotu wymienionych do Polski.
Lata upływały a listonosz z Augustowa nie dawał za wygraną. Z nadzieją patrzył na „odwilż” jaką przyniósł rok 1956 i znów nie ustępował w pisaniu.
„Z przykrością zawiadamiamy…”
Jego podanie w lutym 1957 r. trafiło do Generalnej Prokuratury w Warszawie i kolejne do Polskiego Czerwonego Krzyża. Ten ostatni, w związku z napływającymi indywidualnymi prośbami i skargami, zareagował wówczas żądaniem od swego przedstawiciela w Augustowie sporządzenia listy zaginionych. W akcję włączyli się księża. W rezultacie augustowski oddział PCK ustalił – jak podał w czerwcu 1989 r. Obywatelski Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w Lipcu 1945 r. – 1136 nazwisk. Kontynuowane prace przerwały jednak lokalne władze partyjne, które zakazały dalszego tworzenia listy. Przedstawiciele komitetu zaznaczali przy tym, że lista wymagała weryfikacji i mogły na niej znaleźć się nazwiska osób spoza obławy, gdyż wiele rodzin szukało swoich bliskich zaginionych podczas wojny i za okupacji sowieckiej i niemieckiej.
Olechnowicz w swoich pismach wskazywał, że w Augustowie wciąż żyją i pracują osoby współuczestniczące w aresztowaniach z 1945 r. gdyż
„oni wówczas trzęśli powiatem, jako wszechwładni gospodarze”.
I z tego tytułu – uzasadniał – na pewno wiedzą
„o losie najbliższych i najdroższych nam mężów, synów i braci”.
Nie zniechęciła go również odpowiedź Zarządu Głównego PCK z sierpnia 1966 r.:
„Z przykrością zawiadamiamy, że Radziecki Czerwony Krzyż powiadomił nas obecnie, iż przeprowadzone poszukiwania na terenie Związku Radzieckiego, wszystkimi dostępnymi środkami, niestety dały wynik negatywny. Jednocześnie nadmieniamy, że biuro nasze, jak również Radziecki Czerwony Krzyż, nic już więcej uczynić nie może i uważa powyższe poszukiwania za zakończone”.
W latach 70-tych pisał do nowego I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. I tym razem… Bezskutecznie! Wkrótce (1973) zmarł. Pamięć o nim i o bracie ciotecznym pielęgnowała córka jego brata Stefana, Irena Sabok.
