Janina Sznura, córka Zygmunta Aksienowa, wspomina swego ojca:
„Klechdy” Leśmiana przy świecach
Ojciec, Zygmunt Aksienow, był bardzo pogodnym człowiekiem. Zawsze się śmiał i dowcipkował, chociaż jego życie nie było zabawne. Może dlatego nigdy się nie załamał i wychował mnie i brata na uczciwych ludzi i patriotów. Wojna nie pozwoliła mu skończyć szkoły. Chociaż miał tylko kilka klas, ceniłam go za jego ogromną mądrość i życiową dojrzałość. Mówił, że zawsze trzeba być przyzwoitym w stosunku do drugiego człowieka i należy przestrzegać pewnych wartości, aby nikogo nie zranić. Kiedy byliśmy małymi dziećmi, na dobranoc czytał nam bajki.
Robił do tego specjalny nastrój. Gasił światło i zapalał świeczki. I wtedy czytał nam Klechdy polskie Leśmiana. Baliśmy się tych upiorów i diabłów, kuliliśmy się w naszych łóżkach, ale słuchaliśmy o nich z zapartym tchem i pamiętamy to do dziś. Nikt na podwórku nie mówił na niego inaczej jak tylko dziadek. Dzieci z naszego bloku bardzo go lubiły. Ze wszystkimi rozmawiał gwarą, ale do końca pozostał mu warszawski akcent. Mówił np. krupnik zamiast krupniok.
Na wakacje jeździliśmy pod namiot. W lecie chodziliśmy z ojcem do lasu nad Czarnawkę, która płynęła niedaleko naszego domu. Kąpaliśmy się w rzece i wygrzewaliśmy się na złotym piasku. Wtedy spytałam ojca, dlaczego mamy takie dziwne, ruskie nazwisko. Nikt nie potrafił go poprawnie wymówić. W urzędach raz zjadali i, innym razem pisali przez j, a tak naprawdę powinno się pisać Aksienow. Nawet w napisie na rodzinnym grobie zrobiono pomyłkę.
Wtedy ojciec powiedział, że nasze prawdziwe nazwisko to Stankiewicz. Nasz pradziadek został zesłany na Syberię jeszcze przed uzyskaniem przez Polskę niepodległości i poznał tam innego więźnia, o nazwisku Aksienow (wymowa rosyjska: Aksionow). Rosjaninowi kończyła się kara i mógł wrócić do domu, ale był już bardzo chory i czuł, że nie przeżyje podroży. Zaproponował pradziadkowi zamianę tożsamości. Ten podał się za Aksienowa. Aby uczcić pamięć o człowieku, dzięki któremu odzyskał wolność, pradziadek pozostał przy nazwisku swojego wybawcy.
Julien Bryan i chłopiec z kanarkiem
Mijały lata. Stawaliśmy się starsi i coraz więcej rozumieliśmy. Ojciec jeździł z nami wtedy do ciotki na Bielany w Warszawie. Po wizycie w zoo, gdzie zrobiliśmy sobie z moim bratem Henrykiem zdjęcie na lamie, ojciec zaprowadził nas na Stare Miasto. Tam pokazywał nam, gdzie znalazł klatkę z kanarkiem w pierwszych dniach wojny. Ojciec zawsze lubił zwierzęta. Mieliśmy psy, koty, świnki morskie, a pod koniec życia kupiłam mu dwa szczurki, które mam do dziś. Są to Lady Black i Lady Brown.
Wrzesień 1939 r. był bardzo słoneczny. Do tego w Warszawie codziennie działy się niecodzienne rzeczy. Nie było szkoły. Nic więc dziwnego, że babci Mariannie trudno było upilnować mojego ojca. Razem ze swoim bratem Olkiem, którego nazywał „Olejem”, byli strasznymi urwisami. Ojciec miał wtedy dziewięć lat. Ich mama bała się o synów, kiedy wymykali się z domu i wałęsali po stolicy. Pamiętam, jak ojciec opowiadał, że 10 albo 11 września po kolejnym nalocie bomby zniszczyły mieszkanie sąsiada i okoliczne domy.
Właśnie wtedy znalazł na ulicy klatkę z kanarkiem. Wypadła z mieszkania jego kuzynki Zosi. Kiedy ją podniósł, nagle ktoś zaczął robić mu zdjęcia. Chwilę po rajdzie niemieckich sztukasów na Starym Mieście pojawił się samochód z amerykańskim fotografem Julienem Bryanem. Pani Janina słyszała od ojca, że kiedy Bryan robił mu zdjęcia, fotografa otoczyli rozdrażnieni, niechętni mu ludzie.
„Kto w takiej chwili robi zdjęcia? Przecież tu giną ludzie”
– pomstowali sąsiedzi. Wtedy towarzyszący Bryanowi policjant wytłumaczył, że Amerykanin chce pokazać światu okrucieństwo, z jakim Niemcy mordują ludność cywilną. W pierwszych dniach września 1939 r. Julien Bryan przyjechał do Warszawy ostatnim, pustym pociągiem z Bukaresztu. Był już znanym i cenionym fotografem w Stanach Zjednoczonych. Publikował swoje zdjęcia w najlepszych amerykańskich magazynach, takich jak: „Life” i „Look”.
W Polsce był już w 1936 r. i bardzo mu się nasz kraj podobał. Spotkał się z ogromną życzliwością i przyjaźnią ze strony polskiej ludności. Nakręcił wówczas film Polska, w którym pokazał tysiącletnią historię narodu polskiego. Teraz chciał w jakiś sposób pomóc Polakom w ich nierównej walce z Niemcami. Jedyne, co potrafił robić, to zdjęcia i filmy.
Od razu udał się do prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego, który przydzielił mu samochód z kierowcą i obstawę. Starzyński zdawał sobie sprawę z tego, że publikacja zdjęć Bryana w prasie międzynarodowej jest ogromnie ważna dla sprawy polskiej. Amerykanin był jedynym korespondentem zagranicznym, który pozostał w oblężonej Warszawie.
Filmy i zdjęcia z walczącej Warszawy nakręcone przez Bryana bardzo przysłużyły się prezydentowi Franklinowi Rooseveltowi w jego kampanii na rzecz pomocy Europie. Ojciec dopiero po dwudziestu latach dowiedział się, że jego fotografie z kanarkiem ukazały się w najbardziej prestiżowych magazynach amerykańskich. Po powrocie Bryan był kilka razy w Białym Domu.
O wojnie ojciec opowiadał nam tylko zabawne historie, a przecież...
…do codzienności należały łapanki i rozstrzeliwanie ludzi na ulicach. Młodych wywożono na roboty do Niemiec, a starszych do Oświęcimia. Mój ojciec był za mały na jedno i drugie, dlatego niemieccy żandarmi po sprawdzeniu legitymacji szkolnej dawali mu na drogę kopniaka i wysyłali do domu. Przez całą wojnę rodzina Aksienowów żyła w ciągłym stresie. Wszyscy domownicy byli zaprzysiężeni w ZWZ, a potem AK. Wiele razy gestapo robiło naloty na ich mieszkanie. W domu był magazyn z krótką bronią. Kiedy akowcy szli na akcje, mój dziadek, Karol Roman Aksenow, wydawał im broń. Z racji swojego zawodu przyjął pseudonim „Malarz”, ale wszyscy zwracali się do niego „panie rotmistrzu”, bo przed wojną służył w kawalerii na Polesiu.
W czasie powstania w getcie dziadek razem z bratem, pseudonim „Orlik”, nosili broń i granaty dla żydowskich bojowników. Zygmunt też „musiał” pomagać. Przez płot przerzucał powstańcom chleb. Widział, jak z okien płonącego budynku na rogu Bonifraterskiej i Franciszkańskiej wyskakiwali ludzie, do których z karabinów maszynowych strzelali niemieccy żołnierze. Po powstaniu w getcie Niemcy wywozili ciężarówkami gruz z kośćmi zabitych Żydów nad Wisłę i usypywali z tego wały.
W 1944 r. aresztowano stryja Jana oraz – kilka dni później – dziadka Romana, którego jednak udało się wykupić z więzienia.
W Powstaniu Warszawskim...
Rotmistrz Aksenow był wtedy dowódcą plutonu. Bronił Zamku i katedry na Starym Mieście. Zginął 17 sierpnia po wycofaniu się na nową placówkę w okolicach kamienicy PKO na Brzozowej. W czasie Powstania Warszawskiego niemiecki żołnierz strzelił z bliskiej odległości do Polaka na oczach trzynastoletniego wówczas Zygmunta, który nie namyślając się długo, uciekł w sąsiednią uliczkę. Pewnego dnia w czasie powstania babcia załapała jego i Olka, gdy jechali na niemieckim „Goliacie”. Spuściła im wtedy solidne lanie (o takich przykrych historiach pani Janina dowiedziała się dopiero z pamiętnika, który Zygmunt Aksienow pisał tuż przed śmiercią). Ojciec i Olek biegali z listami i „bibułą” dla żołnierzy walczących na barykadach. Byli wtedy w „Szarych Szeregach”. Podczas wybuchu samochodu pancernego-pułapki na Starym Mieście – obaj zostali lekko ranni. Pod koniec sierpnia przebijali się kanałami do Śródmieścia. Po całym dniu, śmierdzący fekaliami, doszli do Tamki, gdzie w Konserwatorium Muzycznym był szpital i kompania por. Szczerby. W czasie niemieckiego bombardowania Olek został ranny w głowę, a starszy brat Jan zginął. Ojciec pisał w swoim pamiętniku, że trudno było wytrzymać „wycie” pikujących w locie nurkowym sztukasów.
Zygmunt pisał w swoim pamiętniku, że Warszawa wyglądała jak Hiroszima po zrzuceniu na nią bomby atomowej. Razem z matką i Olkiem uciekli z kolumny, w której warszawiacy wychodzili pod eskortą niemieckich żołnierzy z miasta do obozu w Pruszkowie.
Wszyscy się bardzo cieszyli, gdy w biały dzień na niebie ukazały się amerykańskie samoloty. Były to zrzuty broni i konserw, które i tak w większości spadły na niemieckie tereny. W tym czasie broń, suchary i kaszę zrzucali też Rosjanie, ale… bez spadochronów. Wszystko rozbijało się o ziemię w drobny mak i nie było co zbierać.
Niemcy atakowali barykady z powstańcami, prowadząc przed sobą kobiety i dzieci. Wiele z nich wpadło pod gąsienice. W październiku Niemcy palili każdy dom miotaczami ognia. Tak samo rozprawiali się z gettem rok wcześniej. Dwumiesięczne piekło zakończyło się podpisaniem kapitulacji przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego.
Zygmunt pisał w swoim pamiętniku, że Warszawa wyglądała jak Hiroszima po zrzuceniu na nią bomby atomowej. Razem z matką i Olkiem uciekli z kolumny, w której warszawiacy wychodzili pod eskortą niemieckich żołnierzy z miasta do obozu w Pruszkowie. Ukrywali się bez dokumentów w chłopskich chatach. Kiedy natknęli się pewnego razu na niemiecki patrol, mama powiedziała, że mają tyfus. Niemcy natychmiast uciekli. Koniec okupacji zastał ich w mieszkaniu babci w miejscowości Pionki. Był styczeń 1945 r. Zygmunt piekł z dziadkiem chleb dla wojska. Zarabiali na bochenek chleba i dwa litry zupy na dzień.
W marcu 1945 r. rodzina ekshumowała ciała ojca i najstarszego brata Zygmunta z ogrodu na Starym Mieście i pochowała ich w rodzinnym grobie, z ich sztandarem, na bródnowskim cmentarzu. Inne pamiątki, jak Krzyż Walecznych i Virtuti Militari dziadka, jego broń osobistą, legitymację AK, mama schowała w mieszkaniu babci w Pionkach.
...i w ubeckim więzieniu
W tym samym miesiącu Zygmunt z Olkiem zostali po raz pierwszy aresztowani przez NKWD. Tym razem udało się i zostali wypuszczeni. Po raz drugi zatrzymano ojca w sylwestra 1949 r. Siedział najpierw w więzieniu przy ul. Cyryla i Metodego, a potem przy ul. 11 Listopada. Ludzie w celach nie mogli się pomieścić. Codziennie dokonywano egzekucji więźniów skazanych na kary śmierci. Ubecy bili go i wymyślali różne tortury. Przygniatano mu palce szufladą. W zimie często wrzucano go do karceru i polewano zimną wodą. Dzięki biciu wymuszano przyznanie się do win, których więźniowie nigdy nie popełnili.
Sąd wojskowy skazał go z bratem i kolegami na kary kilkuletniego więzienia jako wrogów Polski Ludowej za rzekomą chęć wysadzenia sowieckiego pociągu. Na pięć lat ojciec utracił prawa obywatelskie. Dopiero podczas sprawy wszyscy usłyszeli akt oskarżenia. Po wyroku siedział w obozie Gęsiówka, gdzie pracował przy wyrobie pustaków, które służyły do budowy pierwszych osiedli mieszkaniowych w Warszawie: Muranowa i Mirowa. Po kilku miesiącach wysłano ojca do więzienia w Sosnowcu, gdzie przydzielono go do pracy w kopalni węgla w Sośnicy k. Gliwic. Tam dopiero stawiano ogrodzenie z drutu kolczastego, wieżyczki dla strażników i robiono pas śmierci.
Obozu pilnowali strażnicy z psami. Zygmunt pracował z niemieckim żołnierzem. Górnikom powiedziano, że więźniowie to bandyci. W styczniu 1953 r. ojca zwolniono. Co tydzień musiał zgłaszać się na komisariat milicji. Nigdzie nie mógł znaleźć pracy.
Służba wojskowa pod ziemią
Po kilku miesiącach dostał wezwanie do wojska. Bardzo się zdziwił, że takiego wroga Polski Ludowej powołują do odbycia służby wojskowej. Jak się okazało, zamiast służby wojskowej posłano go do... kopalni.
Ojciec został przydzielony do karnego batalionu, który funkcjonował pod szyldem Wojskowej Służby Zasadniczej. Do kopalni kierowano „element klasowo obcy i politycznie obciążony”.
Ówczesny minister obrony narodowej i marszałek Polski Konstanty Rokossowski na podstawie ustawy o powszechnym obowiązku wojskowym z 4 lutego 1950 r. rozkazywał, aby do służby zastępczej kierować poborowych, którzy byli skazani w Polsce Ludowej za przestępstwa polityczne i społeczne na karę powyżej jednego roku więzienia.
W 1955 r. Zygmunt został zwolniony z „wojska”. Nie otrzymał pozwolenia na przeniesienie się do Warszawy. Pracując tyle lat pod ziemią, miał zawód i dostał wreszcie pracę... w Kopalni „Makoszowy”. Do emerytury pracował jako rębacz przodowy.
Mamy sposób na ubeków
Poznał tam swoją żonę, a moją mamę, Wandę, która pracowała jako pomocnik maszynisty. Pamiętam, kiedy ojciec nie wracał późno do domu, wychodziliśmy mu z mamą naprzeciw. Szłyśmy drogą przez las pod bramę kopalni. Zdarzały się wypadki, ale ojciec zawsze wychodził spod ziemi żywy, a my oddychaliśmy wtedy z ulgą. Rodzice byli bardzo zgraną parą. Nigdy nie kłócili się i mogli być wzorem do naśladowania dla innych. Lubili grać w karty i robili to prawie codziennie.
Ubecy jednak nie dawali ojcu spokoju. Co jakiś czas przychodzili do domu i ciągle zadawali te same pytania. Wreszcie mama zdenerwowała się i powiedziała im po śląsku: „wypier... pierony”. To poskutkowało. Już więcej nas nie niepokoili.
W 1958 r. fotograf Julien Bryan odszukał ojca dzięki ogłoszeniu w „Expressie Wieczornym”, na które odpowiedzieliśmy. Był u nas w Zabrzu. Zjechał z ojcem pod ziemię. Do końca jego życia mieliśmy z nim kontakt i przysyłał nam paczki ze Stanów. W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu II wojny światowej syn Juliena zaprosił ojca do Warszawy na projekcję filmu Bryana z 1939 r. Oblężenie. Ojciec był dumny z tego powodu. Mówił, że Julien Bryan był bardzo odważnym człowiekiem i dzięki niemu świat zobaczył, do czego byli zdolni hitlerowcy.
Od tej chwili ojcem zainteresowali się dziennikarze. Zaczęto pisać o nim artykuły. Kilka lat temu reżyser Eugeniusz Starky nakręcił film dokumentalny o Julienie Bryanie Ostatni korespondent, w którym wystąpił mój ojciec. Na Festiwalu Niepokorni – Niezłomni – Wyklęci otrzymał „Sygnet Niepodległości”. Zawsze bardzo interesował się polityką. Był szczęśliwy, kiedy powstała Solidarność. Ciężko przeżył stan wojenny, jednak po roku 1989 znowu odżyły w nim dawne emocje. Cieszył się z wejścia Polski do Unii Europejskiej. Odwiedził nawet swoją wnuczkę w Londynie, gdzie bardzo mu się podobało. Myślę, że umarł spełniony.
Wszystko robił zgodnie ze swoim sumieniem i takiego go zapamiętałam – mówi pani Janina.
Tekst pochodzi z numeru 12/2022 „Biuletynu IPN”
3 września 2019 roku w warszawskim Centrum Edukacyjnym IPN „Przystanek Historia” im. Janusza Kurtyki otwarta została wystawa „Oblężenie Warszawy 1939. Fotografie Juliena Bryana”. Wernisażowi towarzyszył pokaz filmu Eugeniusza Starky'ego „Ostatni korespondent – oblężenie Warszawy 1939”.
W spotkaniu wzięli udział syn słynnego fotoreportera Juliena Bryana – Sam Bryan, Eugeniusz Starky – autor filmu oraz bohaterowie fotografii sprzed ponad 80 lat: Kazimiera Mika (dziewczynka, którą przytula Bryan i która rozpacza po zabitej siostrze) i Zygmunt Aksienow (chłopiec z kanarkiem).
