Na 2026 r. przypada setna rocznica zbrojnego zamachu stanu, przeprowadzonego przez Józefa Piłsudskiego pomiędzy 12 a 15 maja 1926 r. Trzydniowe walki, prowadzone na ulicach Warszawy, pochłonęły życie 215 żołnierzy oraz 164 ofiar cywilnych; po doliczeniu osób rannych oraz kontuzjowanych otrzymujemy liczbę 1299 poszkodowanych. Ludzie ci stracili życie nie w wyniku najazdu wroga, rewolucji – ale za sprawą sporu o władzę, toczącego się w obrębie elit; ściślej zaś mówiąc – wymknięcia się tego sporu z ram prawnych. Mówiąc językiem współczesnym: „wojny polsko-polskiej”, tyle że „wojny” toczonej w innym historycznym czasie – gdy doświadczenia niedawnej Wielkiej Wojny oraz sąsiedztwo rewolucji rosyjskiej relatywizowały stosunek do przemocy – i innych realiach społecznych: niskiej średniej wieku oraz wielości sytuacji konfliktowych, potęgowanych biedą.
Rezultatem przesilenia była trwała zmiana systemu politycznego. Demokracja parlamentarna ustąpiła miejsca autorytarnej dyktaturze. Nie wchodząc w subtelności definicyjne na temat różnic między demokracją a dyktaturą, w świadomości społecznej obecnie zupełnie zatartych, wyjaśnię, ze dyktaturą jest system, w którym nie da się zmienić elity władzy w drodze wyborów. I taki właśnie system zafundowała Polsce uformowana w wyniku przewrotu grupa wojskowych oraz cywilnych współpracowników Józefa Piłsudskiego, sprawując władzę aż do końca września 1939 r.
Symptomy kryzysu
Pod względem politycznym, przewrót kierował się przeciw prawicy, która dysponowała w parlamencie najliczniejszym klubem parlamentarnym, stanowiła zatem, za sprawą parlamentarnej geografii, główne oparcie systemu demokracji parlamentarnej. Z różnych powodów funkcję swoją wykonywała niezadowalająco. Historycy często wskazują, że nacjonalizm środowiska nie odpowiadał potrzebom kraju, w którym co trzeci obywatel nie był Polakiem; wątpliwości tego rodzaju odnosić się mogą także i do liberalnego programu gospodarczego: w biednym kraju hasła typu „bogaćcie się” jaskrawo rozmijały się z rzeczywistością społeczną.
Istniał też problem przywództwa: historyczny lider środowiska, Roman Dmowski, przebywał na swego rodzaju politycznej emeryturze, władzę zaś sprawowała grupa polityków parlamentarnych, pozbawiona charyzmy, chociaż sprawna w rozwiązywaniu bieżących problemów, nieraz dużej wagi i trudnych – jak kwestie związane z uszczelnieniem granicy wschodniej, stabilizacji pieniądza, czy określeniu kierunków strategicznych inwestycji państwa (Gdynia).
Nie była ona jednak w stanie rozwiązać dwóch strukturalnych usterek polskiego parlamentaryzmu, fatalnie ważących na jego losach: braku stałej większości oraz trudności tworzenia się stabilnych koalicji. Rozproszkowanie parlamentu (ponad 20 frakcji!) było skutkiem tego, że polska opinia publiczna była podzielona, a ordynacja wyborcza przenosiła te podziały do Sejmu i Senatu. Gdy idzie o trudności tworzenia koalicji, to ważyła na pewno nieufność pozostałych stronnictw wobec najliczniejszego klubu sejmowego – którego kierownictwo nie potrafiło nieufności tej rozwiać.
Pamiętać jednak trzeba także o tym, że trudności tworzenia koalicji miały także swoje szersze tło społeczne: wyłonione w wyborach elity nie były wolne od emocji swego elektoratu, podzielonego na tle społecznym oraz kulturowym. Niski stan edukacji, niecierpliwość, powszechność biedy – wszystkie te czynniki podsycały pokusę odwołania się do demagogii. W rezultacie politykowi łatwiej było wytłumaczyć się z pryncypialnej sztywności, niż z dążenia do kompromisu i zgody.
Nastroje antyparlamentarne
W takiej sytuacji trudno się dziwić, że na długo przez zbrojnym zamachem we wszystkich obozach politycznych ujawniły się nastroje antyparlamentarne. Na prawicy (endeckiej oraz konserwatywnej) przybrały one spektakularną postać pochwał Mussoliniego. I chociaż wypowiadający się w podobnym duchu dziennikarze i politycy nie decydowali o poczynaniach najliczniejszego w Sejmie klubu parlamentarnego, ich enuncjacje nie były bez znaczenia – choćby w kontekście sygnalizowanej wcześniej nieufności co do zamierzeń prawicy.
Tak się złożyło, że najbardziej zasłużone dla odzyskania niepodległości postacie, dysponujące wyjątkowym autorytetem – dotyczyło to zarówno Romana Dmowskiego, jak i Józefa Piłsudskiego – przed 1926 r., w wyniku różnych okoliczności, znalazły się poza kręgiem władzy.
Na lewicy nastroje antyparlamentarne przybrały różne formy. W obrębie ruchu komunistycznego, plasującego się poza ramami systemu politycznego, piętnowanie „burżuazyjnej” demokracji łączyło się z wychwalaniem dyktatury sowieckiej. Gdy idzie o socjalistów, krytykowali oni regulacje ustawy zasadniczej z 1921 r. z powodu ich „burżuazyjnego” charakteru. Oprócz gwarancji dla własności chodziło o kontrolę stanowionego przez Sejm prawa – z tych powodów podczas debaty konstytucyjnej zablokowano możliwość oceniania ustaw przez sądy, przeciwstawiano się także wprowadzeniu drugiej izby parlamentu. Jakkolwiek zasadniczo opowiadano się za rozbudową uprawnień parlamentu, a równocześnie kwestionowano zawartą w ordynacji wyborczej premię (skądinąd niewielką) dla stronnictw uzyskujących w wyborach najwięcej głosów. Inną niekonsekwencją było – z myślą o Piłsudskim – akcentowanie potrzeby rozbudowania kompetencji głowy państwa.
Z czasem w enuncjacjach socjalistów pojawił się motyw „kryzysu parlamentaryzmu” – uzasadniany co prawda inaczej niż analogiczne opinie, wypowiadane na prawicy, ale podobny co do skutków w postaci erozji autorytetu Sejmu. Inaczej niż ta część prawicy, która objawiła zainteresowanie instytucją dyktatury, socjaliści próbowali godzić pochwały demokracji parlamentarnej z demaskowaniem jej polskiej mutacji. Chodziło tu nie tyle o niesprawność systemu (uważano bowiem, że płynność władzy jest mniejszym złem od perspektywy jej ustabilizowania przez prawicę), ile o to, że za sprawą ułomności społecznych struktur, oddziaływania tradycyjnej hierarchii społecznej, Kościoła, niedostatków edukacji – ludzie robią zły użytek z kartki wyborczej, obdarzając swoim zaufaniem niewłaściwych ludzi.
Niezależnie od intencji przyświecających autorom tego rodzaju wypowiedzi ich wymowa była drastyczna, prowadząc do podobnych wniosków, do których dochodzili konserwatywni publicyści, wyszydzający „wielogłowego Suwerena” – czyli naród, wedle konstytucji jedyne źródło władzy. „Złe” społeczeństwo nie zasługuje przecież na to, by się samo rządzić.
Trudno określić wpływ tego rodzaju wynurzeń na opinię publiczną przed majem 1926 r. – wszakże sprzyjały im realia kraju biednego, w którym, w obliczu wielorakich problemów oraz napięć parlamentarne, rozgrywki raczej ludzi irytują, niż angażują. Powszechne były obawy o przyszłość – własne państwo w zestawieniu z dawnymi zaborczymi sprawiało wrażenie o wiele mniej stabilnego. Tego rodzaju frustracje szczególnie silnie zaznaczały się na obszarze dawnego zaboru rosyjskiego.
Zgoda na przemoc
Z perspektywy czasu widać także błędy, popełnione przez polityków parlamentarnych. Największym z nich było rzecz jasna dopuszczenie do sytuacji, w której rywalizacja stronnictw wymknęła się spod kontroli. Wielość stronnictw i rozproszkowanie opinii było oczywiście problemem, ale – paradoksalnie – wcale nie największym. Niebezpieczna dla systemu politycznego okazała się dopiero sytuacja, w której wzajemna wrogość osiągnęła pułap, powyżej którego dopuszczalną opcją staje się sięgnięcie do przemocy. Zanim pojawiło się na ulicach wojsko, scena polityczna została spolaryzowana, dzieląc się na dwa antagonistyczne obozy.
Czasem ważył brak wyobraźni. Tak się złożyło, że najbardziej zasłużone dla odzyskania niepodległości postacie, dysponujące wyjątkowym autorytetem – dotyczyło to zarówno Romana Dmowskiego, jak i Józefa Piłsudskiego – przed 1926 r., w wyniku różnych okoliczności, znalazły się poza kręgiem władzy. Przy czym, inaczej niż Dmowski, Piłsudski nie myślał o politycznej emeryturze, krytykę prawicy w rosnącym stopniu łącząc z piętnowaniem ułomności życia politycznego, a także z walką o wpływy w wojsku, prowadzoną umiejętnie, w oparciu o krąg bezwzględnie oddanych mu ludzi.
Świadectwem rozpowszechnionych przed majem 1926 r. w obrębie klasy politycznej złudzeń było przekonanie, że przewrót jest w Polsce niemożliwy, gdyż żaden odpowiedzialny polityk nie zaryzykuje (prawdopodobnej w przypadku próby zamachu stanu) interwencji mocarstw sąsiednich. Brak wyobraźni ważył na podjętej w początkach 1926 r. próbie równoważenia budżetu przez cięcie wynagrodzeń urzędniczych, w tym gaż oficerskich... Wiara, że patriotyzm osób zatrudnionych w państwowej służbie jest równoznaczny z akceptacją osobistych ofiar w imię państwowych konieczności, została w dniach zamachu poddana ogniowej próbie. Uprzedzając dalszy bieg wydarzeń, wyjaśnić w tym miejscu warto, że po przewrocie Piłsudski podobnych złudzeń nie miał, stosownie korygując politykę płacową.
* * *
Gdy idzie o mechanizmy przekształcania się demokracji parlamentarnej w autorytarną dyktaturę, istotne były (i chyba są) dwie kwestie. Pierwszą kwestią było to, że konsekwencje zmiany systemu władzy odczuła nie tylko prawica, ale wszystkie środowiska polityczne, łącznie z tymi, które poparły zamach.
Piłsudski zdobył władzę dla siebie, nie zamierzając nią dzielić – a takie skutki przyniosłaby realizacja programu społecznego lewicy. Pierwsze napięcia pojawiły się już w lecie 1926, podczas głosowania poprawek do konstytucji, a potem już było tylko gorzej. Dla socjalistów, lewicy ruchu ludowego oraz powiązanych z nimi grup postępowej inteligencji, uważających przewrót za zwycięski, było to niemiłe zaskoczenie. Znamienne jednak, że rozbrat z obozem Piłsudskiego okazał się długim, rozciągniętym na lata, bolesnym procesem, pociągającym za sobą rozłamy, dzielącym ludzi. Procesem, który – mimo pogłębiającej się monopolizacji władzy przez obóz rządzący, mimo coraz wyraźniejszego dystansowania się obozu władzy od lewicowych idei i mimo zaostrzania kursu politycznego – w gruncie rzeczy nie został doprowadzony do końca.
Kwestia druga, to jednak brak pogłębionej refleksji nad tym, co się stało. Ustanowienie autorytarnej dyktatury dokonało się ze wsparciem akurat tych środowisk politycznych, które najsilniej zaangażowane były w promocję demokratycznych idei. Przejściowo zapomniały o nich w klimatach polaryzacji, w zacietrzewieniu, pochłonięte walką z ideowym przeciwnikiem. Zapłaciły za to słoną cenę, w drugiej kolejności, ale jednak. Co dzisiaj pamiętamy z tamtej lekcji?
