W 1932 r. w Niemczech ukazała się książka Hansa Nitrama Uwaga! Tu Radio Marchii Wschodniej! z wymownym podtytułem Polskie oddziały przekroczyły dziś w nocy granicę wschodniopruską. Powieść, utrzymana w konwencji zbeletryzowanego, fikcyjnego reportażu, spotkała się z zainteresowaniem czytelników. Oprócz wydania książkowego drukowano ją co tydzień w odcinkach w kilku gazetach wschodniopruskich oraz na łamach wrocławskiej „Schlesische Zeitung”. Trudno powiedzieć, czy czytali ją autorzy planu sfingowanego napadu polskiego oddziału na niemiecką radiostację w Gliwicach dokonanego wieczorem 31 sierpnia 1939 r., przez specjalną jednostkę Służby Bezpieczeństwa Reichsführera SS. Analogie w tym przypadku są jednak zastanawiające.
„Wojna na falach eteru”
W połowie 1925 r. rozpoczęła nadawanie nowa niemiecka rozgłośnia radiowa Schlesische Funkstunde z Wrocławia. Aby zwiększyć jej zasięg i dotrzeć do niemieckojęzycznych słuchaczy mieszkających w polskiej części Górnego Śląska, jeszcze w listopadzie tego samego roku oddano do użytku radiostację w Gliwicach. W tym górnośląskim mieście, wówczas noszącym nazwę Gleiwitz, położonym około dziesięciu kilometrów od granicy z Polską, przy dzisiejszej ul. Radiowej stanął budynek, w którym ulokowano urządzenia nadawczo-wzmacniające, studia mikrofonowe, salę koncertową i pomieszczenia redakcji. Obok stanęły dwie siedemdziesięciopięciometrowe stalowe wieże, a między nimi rozciągnięto antenę nadawczą. Całość obsługiwał nadajnik o mocy półtora kilowata, którą niebawem zwiększono do dwóch kilowatów. Kiedy w 1927 r. w Katowicach uruchomiono znacznie silniejszą stację nadawczą Polskiego Radia Katowice, Niemcy w odpowiedzi zamontowali w Gliwicach nowy nadajnik o mocy pięciu kilowatów. Obie stacje – polska i niemiecka – zawzięcie rywalizowały o słuchaczy, których spora część była dwujęzyczna. Niemcy i Polacy prowadzili nasłuch konkurencyjnych audycji, a o propagandowych atakach informowano na łamach prasy, jednocześnie kierując stosowne skargi i noty dyplomatyczne. Pod koniec lat dwudziestych pisano już wprost o „wojnie radiowej” i „walkach w eterze”. Próbą zażegnania sporu było podpisane w 1931 r. polsko-niemieckie porozumienie o nieagresji na falach eteru, które jednak notorycznie łamano. Tylko na krótko sytuacja ulegała poprawie po podpisaniu w styczniu 1934 r. polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy. Im bliżej było wojny, tym mocniej wykorzystywano radio, które okazywało się niezastąpione w propagandzie politycznej.
W 1934 r. Ministerstwo Propagandy Rzeszy zleciło zwiększenie mocy radiostacji gliwickiej poprzez budowę nowej anteny wraz z osobną stacją nadawczą na działce przy dzisiejszej ul. Tarnogórskiej (do 1945 r. Tarnowitzer Landstraße), jednocześnie zachowując studia nagraniowe, dyrekcję i administrację w starym budynku przy ul. Radiowej.
Dwie radiostacje
Początkowo radiostacja gliwicka służyła jako stacja przekaźnikowa programu nadawanego z Wrocławia. W 1927 r. rozpoczęto w Gliwicach nadawanie również własnych audycji. Na początku lat trzydziestych gliwicka radiostacja z trudem była w stanie sprostać wymaganiom coraz nowocześniejszej technologii, jak również oczekiwaniom płynącym z Berlina. W 1934 r. Ministerstwo Propagandy Rzeszy, którym kierował Joseph Goebbels, zleciło zwiększenie mocy radiostacji gliwickiej poprzez budowę nowej anteny wraz z osobną stacją nadawczą na działce przy dzisiejszej ul. Tarnogórskiej (do 1945 r. Tarnowitzer Landstraße), jednocześnie zachowując studia nagraniowe, dyrekcję i administrację w starym budynku przy ul. Radiowej. Prace budowlane ukończono jesienią 1935 r. Wyrosła stujedenastometrowa wieża antenowa, która kryła pionową antenę, a u jej stóp stanął budynek służb technicznych oraz dwa budynki mieszkalne dla pracowników radiostacji i personelu pomocniczego. Nowa stacja nadawcza rozpoczęła pracę 22 grudnia 1935 r. Niedługo później rozebrano dwie stare wieże antenowe stojące koło budynku przy ul. Radiowej. Oba gmachy – stary i nowy – oddalone od siebie o mniej więcej pięć kilometrów, połączono specjalnym podziemnym kablem. W nowym lokalu znalazły się urządzenia przekaźnikowe i wzmacniające, w starym pozostawiono pomieszczenia redakcji, salę koncertową i studio nadawcze. Warto o tym pamiętać. Ta okoliczność zmyliła bowiem nie tylko nazistowskich intrygantów z SD, lecz również wielu historyków i autorów licznych powojennych opracowań i artykułów o prowokacji gliwickiej, w których jako ilustrację miejsca wydarzeń, do których doszło 31 sierpnia 1939 r., prezentuje się fotografię gmachu przy ul. Radiowej. Nic bardziej błędnego. Miejscem rzekomego „polskiego napadu” był budynek przy ul. Tarnogórskiej, stojący u stóp widocznej z daleka pojedynczej drewnianej wieży.
Ku wojnie
Latem 1939 r. atmosfera polityczna w stosunkach polsko-niemieckich była tak napięta, że nieuchronnie zbliżająca się wojna stała się tematem numer jeden w Gliwicach. Coraz rzadziej zadawano sobie pytanie, czy w ogóle wybuchnie, a coraz częściej zastanawiano się, kiedy to nastąpi. Stacjonujący w Gliwicach żołnierze Wehrmachtu spędzali więcej czasu na ćwiczeniach, a większość z nich latem nie otrzymała zwyczajowych dłuższych przepustek i urlopów. Pracownicy służb miejskich i dozorcy byli regularnie wzywani na ćwiczenia obrony przeciwlotniczej, a na ścianach klatek schodowych pojawiły się tablice informujące o osobach odpowiedzialnych za jej organizację. Na ulicach miasta coraz częściej można było spotkać mężczyzn w mundurach feldgrau, spacerujących samotnie lub grupkami. W sierpniu 1939 r. do Gliwic skierowano żołnierzy 239. Dywizji Piechoty, w której skład wchodziły trzy pułki piechoty oraz jednostki dywizyjne: pułk artylerii, batalion saperów, oddział rozpoznawczy, oddział łączności i oddział obrony przeciwpancernej. Dodatkowo do zabezpieczenia granicy z Polską skierowano do miasta oddziały 68. Pułku Straży Granicznej. Tak silnego nasycenia wojskiem nie było w tym mieście nawet w 1914 r., tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny. Jednocześnie została uruchomiona niemiecka machina dywersyjna. Już w kwietniu 1939 r. do Gliwic powróciła, przeniesiona wcześniej na krótko do Opola, filia wrocławskiej Abwehry, a jej funkcjonariusze rozpoczęli werbunek agentów. Równolegle działania dywersyjne na terenie przygranicznym prowadziła SS.
Opracowaniem serii incydentów przygranicznych sugerujących, że to Polacy przekroczyli zbrojnie granice Niemiec, zajęły się w ścisłej tajemnicy trzy niezwykle ważne osoby w nazistowskiej machinie władzy: Reichsführer SS i szef policji Heinrich Himmler, stojący na czele gestapo Heinrich Müller i Reinhard Heydrich, kierujący SD.
Nie powinno zatem dziwić, że to właśnie Gliwice zostały wybrane jako miejsce działań operacyjnych niemieckich służb specjalnych, których zadaniem było zainscenizowanie wydarzeń mogących stanowić podstawę oskarżenia Polski o sprowokowanie czy wręcz rozpoczęcie działań zbrojnych przeciwko Rzeszy.
Opracowaniem serii incydentów przygranicznych sugerujących, że to Polacy przekroczyli zbrojnie granice Niemiec, zajęły się w ścisłej tajemnicy trzy niezwykle ważne osoby w nazistowskiej machinie władzy: Reichsführer SS i szef policji Heinrich Himmler, stojący na czele gestapo Heinrich Müller i Reinhard Heydrich, kierujący SD. To zapewne w berlińskim gabinecie tego ostatniego na początku sierpnia 1939 r. zapadła decyzja, by przeprowadzić operację dywersyjną polegającą na sfingowanym ataku Polaków na niemiecką przygraniczną placówkę radiową. Jej wykonanie Heydrich powierzył swojemu podwładnemu Alfredowi Naujocksowi, funkcjonariuszowi SD i oficerowi SS w stopniu Sturmbannführera.
Naujocks w 1939 r. miał 28 lat. Od ośmiu lat był członkiem partii nazistowskiej i SS. W 1934 r. został funkcjonariuszem SD. Początkowo pełnił podrzędne funkcje, m.in. kierowcy, ale szybko awansował, przechodząc do sekcji wywiadu. Jego notowania wzrosły zwłaszcza po udziale w akcji specjalnej na terenie Czechosłowacji, gdzie w styczniu 1935 r. w pokoju hotelowym w Pradze zamordowano Karla Ericha Rudolfa Formisa – niemieckiego inżyniera i radiowca, pioniera amatorskiej radiofonii, który nadawał antynazistowskie audycje, wykorzystując do tego celu samodzielnie zbudowane krótkofalówki.
Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy nie
„Heydrich stworzył mi praktycznie jedynie ramy ogólne, mówiąc: Po pierwsze, przy organizowaniu akcji nie wolno panu nawiązywać kontaktu z żadnymi władzami niemieckimi w Gliwicach. Po drugie, żaden z pańskich ludzi nie może mieć przy sobie dokumentów, które mogłyby wskazywać na przynależność do SS, SD, policji lub na obywatelstwo niemieckie”
– twierdził po wojnie Naujocks.
Zebrał sześciu ludzi, w tym technika radiowego i osobę mówiącą w języku polskim. W połowie sierpnia 1939 r. cała grupa była już w Gliwicach. By nie wzbudzać podejrzeń, podzielono się i zakwaterowano w dwóch osobnych hotelach. Naujocks wybrał dla siebie bardziej luksusowy „Haus Oberschlesien”. Członkowie grupy udawali biznesmenów, którzy przyjechali na Górny Śląsk w interesach. Musieli się jednak nudzić, skoro po upływie czternastu dni Naujocks poprosił Heydricha o zezwolenie na powrót do Berlina. Otrzymał jednak rozkaz, by dalej czekał. Zbliżał się koniec sierpnia.
Gdy Naujocks i jego ludzie spędzali w Gliwicach kolejne dni na bezczynnym oczekiwaniu, 22 sierpnia 1939 r. na spotkaniu z dowództwem Wehrmachtu na Obersalzbergu Adolf Hitler powiedział do niemieckich generałów:
„Dam propagandowy pretekst do rozpętania wojny, obojętnie, czy wiarygodny. Zwycięzcy nikt później nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie”.
Sześć dni później w Gliwicach wycofano straż pocztową ochraniającą budynek oraz wieżę przy ul. Tarnogórskiej i zastąpiono ją ochroną policyjną. Ta rotacja nikogo specjalnie nie zdziwiła, obiekt był bowiem dalej chroniony. Zapewne myślano, że przetasowania miały związek z mobilizacją i wojną wiszącą w powietrzu. Nikt też nie zauważył, że 31 sierpnia również i ta policyjna ochrona radiostacji została zluzowana, a straż ograniczono zaledwie do trzech osób.
„Babcia umarła”
Naujocks i jego ludzie oczekiwali na sygnał do rozpoczęcia akcji. Telefon w pokoju hotelowym zadzwonił 31 sierpnia ok. 16.00. Heydrich zlecił oddzwonienie na umówiony numer. Oddzwoniwszy, Naujocks usłyszał tylko dwa słowa: Großmutter gestorben („Babcia umarła”), będące hasłem do rozpoczęcia akcji.
O 22.30 niemiecka agencja prasowa Deutsches Nachrichtenbüro podała komunikat o napadzie na radiostację w Gliwicach polskiego oddziału ochotniczego złożonego z powstańców górnośląskich, którym jakoby udało się wtargnąć do studia nadawczego, sterroryzować jego pracowników i wyemitować komunikaty radiowe w językach polskim i niemieckim.
Dopiero teraz, w hotelu, odbyła się narada, w której Naujocks przedstawił cel i szczegóły całej operacji. Zgodnie z wcześniej opracowanym planem miano się udać pod budynek przy ul. Tarnogórskiej dopiero ok. 20.00, a więc kiedy już się ściemni, a większość ludzi będzie w domach słuchać wieczornych wiadomości nadawanych przez radio. Dokumenty i wszelkie osobiste przedmioty, które mogłyby naprowadzić na faktyczne personalia, pozostawiono w hotelu. W cywilnych ubraniach ok. 19.30 dwoma samochodami wyruszono w stronę radiostacji. Podróż nie trwała zapewne dłużej niż kwadrans. Przez niezamkniętą furtkę obok bramy wjazdowej Naujocks wraz z czterema mężczyznami bez problemu wszedł na teren obiektu. Dwóch innych pozostało przy furtce. Pięciu z Naujocksem na czele tylnymi drzwiami weszło do budynku nadajnika, w którym znajdowały się wówczas cztery osoby: dwóch techników, dowódca ochrony policyjnej i dozorca. Zaskoczeni nie stawiali oporu. Zostali związani i zaprowadzeni do piwnicy. Następnie technik z grupy Naujocksa próbował bez powodzenia uruchomić urządzenia tzw. studia awaryjnego, by nadać w eter odezwę w języku polskim. W tej sytuacji postanowiono użyć mikrofonu podłączonego bezpośrednio do urządzeń w sali nadajnika. Kiedy wreszcie podłączono mikrofon, odczytano tekst odezwy. Jednak siedzący przy odbiornikach radiowych w Berlinie mocodawcy Naujocksa niczego nie usłyszeli. Szczegółowo opracowana operacja w tym punkcie spaliła na panewce. Czy Naujocks po prostu nie sprawdził, że w budynku przy ul. Tarnogórskiej nie było stacji nadawczej, tylko przekaźnik i urządzenia wzmacniające, czy też został wprowadzony w błąd przez radiotechnika ze swojej ekipy, tego się już nie dowiemy.
Kiedy technik próbował podłączyć mikrofon, funkcjonariusze gestapo przywieźli Franza Honioka, zatrzymanego dzień wcześniej czterdziestoletniego mieszkańca Łubia – niewielkiej wsi oddalonej o mniej więcej dwadzieścia kilometrów od Gliwic, której nazwę w 1936 r. zmieniono na Hohenlieben. Honiok urodził się w wielodzietnej polskojęzycznej rodzinie. Zapewne brał udział w III Powstaniu Śląskim. Po podziale Górnego Śląska między Polskę a Niemcy w 1922 r. wyjechał do tej części regionu, która znalazła się w granicach Rzeczypospolitej. Nie odnalazł się jednak w nowym miejscu i już w 1926 r. wrócił w rodzinne strony. Na próbę wydalenia go z Niemiec odpowiedział skargą do trybunału przy Lidze Narodów, który zawyrokował na jego korzyść. Pozostał w Niemczech i otrzymał z powrotem obywatelstwo tego państwa, ale i w następnych latach nie ukrywał swoich propolskich sympatii. Zatrudnił się w pobliskich Pyskowicach (wówczas Peiskretscham) jako przedstawiciel handlowy w firmie sprzedającej sprzęt rolniczy. Był odludkiem, nie założył rodziny. To zapewne zwróciło uwagę gestapowców, którzy starali się tak wybrać ofiarę, by nikt jej nie szukał ani nie interweniował w razie jej zatrzymania. Honiok w wolnym czasie, po pracy, zaglądał do miejscowej gospody i tam 30 sierpnia 1939 r. został zatrzymany przez funkcjonariuszy gestapo, którzy zawieźli go do koszar policji w Bytomiu, gdzie spędził noc w prowizorycznej celi zaaranżowanej w jednym z pomieszczeń policyjnego archiwum. Z jego zatrzymania nie sporządzono raportu. Następnego dnia około południa przewieziono go do więzienia policyjnego w Gliwicach i stamtąd, odurzonego za pomocą zastrzyku, zapewne jeszcze żywego, tuż przed 20.00 do radiostacji przy ul. Tarnogórskiej, gdzie z rąk gestapowców przy bramie odebrało go dwóch ludzi Naujocksa. Ci przenieśli go do budynku nadajnika i położyli w maszynowni, zaraz obok drzwi. Tam najprawdopodobniej go zastrzelili. Nie ma przy tym pewności, czy za spust pociągnął sam Naujocks, czy może któryś z jego ludzi lub gestapowców, którzy dołączyli do akcji.
Gestapo przejmuje śledztwo
Przerwa w nadawaniu audycji wzbudziła ciekawość żony kierownika stacji nadawczej, który mieszkał w sąsiednim budynku. Zaniepokojony wszedł do sali z głównymi urządzeniami i kiedy zobaczył obcych ludzi manipulujących przy sprzęcie, wrócił do domu i zadzwonił na policję oraz do swoich przełożonych. Zanim doszło do jakiejkolwiek próby interwencji, Naujocks i jego ludzie zdążyli odjechać w stronę hotelu „Haus Oberschlesien”. Wówczas jeden z pracowników uwięzionych w piwnicy pobiegł do mieszkania kierownika. Kiedy mężczyźni wrócili do budynku nadajnika, na miejscu była już policja. Chwilę później w lokalu pojawili się ubrani po cywilnemu gestapowcy, którzy poinformowali, że śledztwo przejęła placówka gestapo w Gliwicach. Identyczną informację przekazano również nieco później policji kryminalnej, a zdjęcia (wraz z kliszami), które wykonał policyjny fotograf, zarekwirowano i przesłano do Berlina. Z zeznań policjantów, które złożyli po latach, wynika, że oprócz Honioka sfotografowano jeszcze dwie inne martwe osoby. Byli to zapewne zamordowani więźniowie, których ciała – podobnie jak zwłoki Honioka – miały posłużyć jako dowód „polskiego napadu”. I mimo że cała akcja spaliła na panewce, o 22.30 niemiecka agencja prasowa Deutsches Nachrichtenbüro podała komunikat o napadzie na radiostację w Gliwicach polskiego oddziału ochotniczego złożonego z powstańców górnośląskich, którym jakoby udało się wtargnąć do studia nadawczego, sterroryzować jego pracowników i wyemitować komunikaty radiowe w językach polskim i niemieckim mówiące o tym, że miasto znalazło się w polskich rękach, a niebawem ten sam los spotka Gdańsk i Wrocław. Poinformowano również, że policji udało się ująć napastników i że jeden z nich zginął w czasie wymiany strzałów.
„Rozdmuchujemy to niebotycznie”
Jeszcze przed północą żołnierze z gliwickiego 84. Pułku Piechoty w pełnym rynsztunku bojowym przemaszerowali przez miasto w kierunku Szywałdu (dzisiejszego Bojkowa) i zajęli pozycje tuż przy polskiej granicy, skąd kilka godzin później, bladym świtem 1 września 1939 r. o 4.45, rozpoczęli natarcie. Niemiecka machina wojenna ruszyła na Polskę. Tego samego dnia Goebbels zapisał w swoim dzienniku:
„Polski atak na rozgłośnię w Gliwicach. Rozdmuchujemy to niebotycznie. Jesteśmy więc znowu w ataku. Tylko w walce człowiek czuje się dobrze”.
Następnego dnia w prasie ukazał się komunikat o rzekomej napaści Polaków na Gliwice, ale szybko utonął on w powodzi innych, ważniejszych wiadomości związanych z wybuchem wojny. Kiedy wojnę Niemcom wypowiedziały Francja, Wielka Brytania, Australia i Nowa Zelandia, dalsze nagłaśnianie tzw. prowokacji gliwickiej przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, tak polityczne, jak i propagandowe. O tym, co naprawdę wydarzyło się tamtego wieczoru, dowiedziano się więcej dopiero po zakończeniu wojny, 20 listopada 1945 r., kiedy Naujocks złożył zeznanie przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze.
Incydent gliwicki nie był jedyną tego rodzaju operacją przygotowaną i wykonaną w tym czasie przez niemieckie służby specjalne. Wśród licznych „incydentów granicznych” warto przywołać chociażby „polskie ataki” na niemiecki urząd celny w Hochlinden (Stodołach) i na leśniczówkę w Pitschen (Byczynie). Te sfingowane ataki na niemieckie placówki były częścią dezinformacyjno-propagandowego przygotowania do agresji na Polskę. Zamierzano tym samym za pomocą sfabrykowanych faktów dostarczyć opinii publicznej dowodów na to, że Polacy prowadzą zaczepne, agresywne działania, które zmusiły stronę niemiecką do odwetu. Potwierdzają to zarówno treść, jak i ton niemieckich informacji prasowych, w których piętnowano rzekome „polskie prowokacje”. Niedługo później dowódca Luftwaffe Hermann Göring w rozmowie ze szwedzkim biznesmenem Birgerem Dahlerusem stwierdził, że przyczynami wojny były napad Polaków na radiostację w Gliwicach i wysadzenie przez nich mostu pod Tczewem.
Naujocks został przerzucony na zachód Europy, gdzie w holenderskim mieście Venlo brał udział w operacji uprowadzenia do Niemiec dwóch wysokich rangą agentów brytyjskiego wywiadu. Przypisuje się mu również udział w akcji „Bernhard” – produkcji i wprowadzaniu na brytyjski rynek ogromnych ilości sfałszowanych banknotów w celu destabilizacji gospodarki. W związku z zarzutami korupcyjnymi w 1941 r. został zwolniony z SD i przeniesiony do Waffen-SS. W 1942 r. trafił do Belgii, gdzie pracował w niemieckiej administracji okupacyjnej. W 1943 r. wrócił do pracy w SD. Pod koniec wojny zajmował się m.in. rozpracowywaniem duńskiego ruchu oporu. W październiku 1944 r. został zatrzymany przez amerykańskich żołnierzy i przekazany do Wielkiej Brytanii, gdzie był przesłuchiwany przez brytyjski wywiad wojskowy. Rok później zeznawał przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Uwięziono go w obozie dla zbrodniarzy wojennych. Udało mu się stamtąd uciec. Ponownie aresztowany, został w 1947 r. wydany Danii, gdzie stanął przed sądem, oskarżony o zabójstwo duńskich bojowników oporu. Po trzech latach, w 1950 r., opuścił więzienie i wyjechał do Republiki Federalnej Niemiec. Zamieszkał w Hamburgu, gdzie zajął się biznesem. Choć w 1963 r. niemiecka prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie sfingowanego napadu na radiostację w Gliwicach i zabójstwa Honioka, Naujocks nie doczekał postawienia go w stan oskarżenia. Zmarł 4 kwietnia 1966 r. w Hamburgu.
Radiostacja gliwicka przy ul. Tarnogórskiej przetrwała wojnę. Przed zajęciem Gliwic przez Armię Czerwoną nie wysadzono, jak planowano, w powietrze wieży antenowej, jedynie zniszczono wszystkie lampy w nadajniku. Pod koniec stycznia 1945 r. obiekt znalazł się w rękach czerwonoarmistów, a pięć miesięcy później strona sowiecka przekazała budynki polskiej administracji. Kilka kolejnych miesięcy zajęło skompletowanie urządzeń i ich ponowne uruchomienie. Od listopada 1945 r. radiostacja transmitowała audycje Radia Katowice, jednak uroczyście otwarto ją dopiero w marcu 1946 r. Latem 1955 r. emisję programu katowickiego przeniesiono z Gliwic do nowej radiostacji w Rudzie Śląskiej. Od tej chwili do końca lat pięćdziesiątych gliwicki obiekt odgrywał rolę stacji rezerwowej. Oprócz emisji programu radiowego radiostacja gliwicka pełniła również inne funkcje. Od 1950 r. brała udział w akcji pod hasłem „Radio w służbie pokoju” i wchodziła w skład sześciu obiektów w województwie katowickim, które zagłuszały zachodnie stacje radiowe. Była chroniona przez wojska Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wraz ze zdemontowaniem nadajników pod koniec lat pięćdziesiątych zakończył się również i ten epizod w działalności gliwickiej radiostacji. W 1958 r. w budynku uruchomiono produkcję nadajników radiowych, którą kontynuowano w następnych latach. Produkowano tutaj m.in. anteny radiowe, a od 1971 r. także anteny telewizyjne oraz specjalistyczne urządzenia radiowo-telewizyjne. W 2002 r. Telekomunikacja Polska SA odsprzedała miastu Gliwice gmach wraz z wieżą antenową, a trzy lata później obiekt przejęło Muzeum w Gliwicach.
Tekst pochodzi z numeru 9/2019 „Biuletynu IPN”
