Zdarzały się pacyfikacje, które wynikały bezpośrednio z błędu popełnionego przez „ludzi z lasu”. Takim przypadkiem jest pacyfikacja wsi Jamy z 8 marca 1944r. Niepotrzebna, nieprzemyślana akcja oddziału Armii Ludowej przeciwko odpoczywającym w tej wsi oddziałom niemieckim, doprowadziła nie tylko do krwawej zemsty na mieszkańcach, ale także do niemal całkowitego zniszczenia zabudowań.
Niespodziewani przybysze
Przybycie wieczorem 7 marca do wsi Jamy oddziału wojsk niemieckich (kilku Niemców i kilkudziesięciu żołnierzy z jednego z batalionów) zaskoczyło jej mieszkańców. Jak opowiadali świadkowie wydarzeń, oddział był złożony z mieszkańców Azji, choć w relacjach różnie określano ich przynależność etniczną. Niezapowiedziani goście trafili do sołtysa, który musiał dla nich szybko znaleźć nocleg oraz wyżywienie. Nikt z mieszkańców nie przypuszczał, że stanie się to początkiem ich dramatu.
Trudno dziś, po latach, stwierdzić – co sprawiło, że oddział ten trafił do Jam? W dokumentacji niemieckiej nie ma na ten temat żadnej informacji. Relacje polskie bazują jedynie na wspomnieniach mieszkańców. Członkowie AL przekazywali po wojnie historię o przygotowywanej przez Niemców wielkiej akcji pacyfikacyjnej Lasów Parczewskich. Ta informacja także nie znajduje żadnego potwierdzenia. Na pewno nie przeprowadzono jej w tym czasie.
Jeśli chodzi o przebieg wydarzeń w noc poprzedzającą pacyfikację, to świadkowie są praktycznie zgodni ze sobą. Mieszkańcy jednogłośnie stwierdzają, że oddział niemiecki był w Jamach przejazdem, a do wsi przybył na furmankach. Dowódca oddziału, Niemiec, nakazał sołtysowi Jam, Wiktorowi Szkuatowi, przydzielenie kwater. To polecenie szybko wykonano.
Rozmieszczono przybyszy do kilku (prawdopodobnie 8) gospodarstw. Zadaniem mieszkańców było też przygotowanie kolacji, na którą sami gospodarze zbierali we wsi kury. Wszyscy świadkowie podkreślają, że Niemcy i ich pomocnicy mieli w planach wyjazd następnego dnia do Radzynia. Także przygotowanie transportu na kolejny dzień (czyli furmanek) spoczywało na mieszkańcach wsi, którzy zostali od razu wyznaczeni przez sołtysa.
Największa rozbieżność występuje przy opisach zachowania „gości”. Według relacji części mieszkańców kobiety, które przygotowywały kolację, zostały zgwałcone. Z kolei niektórzy wspominają, że kobiety były słownie obrażane. Dziś – po latach – trudno ustalić, które z tych wydarzeń miało miejsce.
Nocna potyczka
Bezsprzecznie w trakcie kolacji, być może przy jej końcu, przy kilku domach we wsi doszło do strzelaniny. Nie trwała ona długo – kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Skutkiem tego część niemieckich żołnierzy uciekła do Ostrowa, a część w kierunku Parczewa. Ranni, którzy pozostali w Jamach, zostali opatrzeni przez kobiety. Rannych zostało trzech Turkmenów. Według członków AL rannych było więcej, jednakże zostali oni przez nich rozstrzelani.
W raporcie nr 38 z marca 1944 r. Mieczysław Moczar stwierdził:
„8 Kałmuków zabito, 10 wzięto do niewoli i następnie rozstrzelano, 6 raniono”.
Podsumowując, łącznie zginęło kilkunastu Turkmenów i prawdopodobnie dowodzący nimi Niemiec. Nad ranem rannych w wyniku strzelaniny Niemców i ich pomocników odwieziono furmankami w stronę Ostrowa Lubelskiego. Mieszkańcy przygotowali specjalne wozy wyścielone pierzynami, na których ich położono. Także wybrani mieszkańcy odwieźli ich do Ostrowa.
Nocna potyczka w środku wsi sprawiła, że uciekła także spora część mieszkańców. W domach pozostali głównie starcy, kobiety i dzieci. Dla większości z nich okazało się to brzemienne w skutki.
Brutalna zbrodnia
Poranek 8 marca 1944r. był słoneczny. Na polach leżały topniejące bruzdy śniegu. Nic nie wskazywało, że oddziały niemieckie otaczają wsie Jamy i Babianka od strony Ostrowa Lubelskiego oraz Brzeźnicy. Z relacji świadków wynika, że były to te same jednostki, których członkowie nocowali we wsi i zostali zaatakowani. Na to przynajmniej wskazywał kolor mundurów oraz pochodzenie etniczne żołnierzy. Po okrążeniu nikogo ze wsi nie wypuszczano, a wszystkich, którzy próbowali ją opuścić, zawracano.
Wśród zidentyfikowanych było 95 kobiet i 57 mężczyzn. Stanowili oni ponad 25% mieszkańców wsi. Zginął m.in. sołtys wsi Wiktor Szukat. Wśród zabitych znalazło się aż 31 dzieci w wieku do lat 10.
Kolejnym punktem pacyfikacji był powszechny rabunek. Ci z mieszkańców, którzy pozostali we wsi, szukali możliwości ukrycia się gdzie kto mógł: w piwnicach, schronach, za drzewami czy w zagłębieniach ziemi. Wielu z nich dzięki temu przeżyło.
Tych, których złapano przy okazji rabunków, formowano w grupy. W takich właśnie grupach rozpoczęły się egzekucje mieszkańców wsi. Tylko dzięki temu, że Niemcy i ich współpracownicy nie byli zbytnio gorliwi, udało się uniknąć większej ilości ofiar.
Rozkaz wymordowania mieszkańców dotyczył także tych, którzy próbowali uciec ze wsi. Jednocześnie wieś Jamy została podpalona od strony Ostrowa Lubelskiego. Część osób spalono żywcem. Następnego dnia okazało się, że spaleniu nie uległ zaledwie jeden budynek mieszkalny, trzy spichlerze i jedna stodoła.
Rozpoczęto zbieranie ciał ofiar. Wtedy też odkryto ciała mieszkańców poza wsią. Okazało się, że zastrzelono również niemal wszystkich furmanów spośród tych, którzy odwieźli rannych Niemców. Ocalał zaledwie jeden z nich – Jan Jarmoń. Ze wsi pozostały zgliszcza, miejscami jeszcze się dopalające. Po wsi porozrzucane były ciała, niektóre, w części spalone, trudne do zidentyfikowania. Tak opisuje ten dzień M. Markiewicz:
„Widok był straszny. Wioski nie było. Sterczały zwęglone szczątki ludzkie, a więc nogi, ręce lub oddzielnie ułożone głowy. (…) Przypominam sobie leżącą matkę, która trzymała w objęciach becik z maleńkim martwym dzieckiem”.
Przez wiele lat w literaturze funkcjonowała liczba 184/186 mieszkańców wsi Jamy, którzy zostali zamordowani 8 marca 1944r. Dopiero w 1992 r. zweryfikowano i ustalono tożsamość 152 zamordowanych mieszkańców wsi.
Trudno powiedzieć ile osób spalono – ich personaliów nie udało się ustalić. Wśród zidentyfikowanych było 95 kobiet i 57 mężczyzn. Stanowili oni ponad 25% mieszkańców wsi. Zginął m.in. sołtys wsi Wiktor Szukat. Wśród zabitych znalazło się aż 31 dzieci w wieku do lat 10. Oczywiście wielu mieszkańców zostało rannych i poparzonych. Nie ulega wątpliwości, że u osób, którzy przeżyły pacyfikację, pozostały trwałe ślady w psychice, u wielu – na całe życie.
Ci, co przeżyli, stracili też cały swój majątek. Z dnia na dzień, u progu wiosny, pozostali bez środków na życie. Byli zdani na pomoc sąsiednich miejscowości oraz Rady Głównej Opiekuńczej. Ciała zamordowanych zostały przewiezione do Ostrowa Lubelskiego i tam pochowane w jednej, zbiorowej mogile.
Żywa dusza nie powinna zostać we wsi…
Oddziały AL, które zaatakowały oddziały kolaboracyjne w Jamach, tego samego wieczoru uciekły poza zasięg pacyfikacji. Z oddali oglądali dymy płonącej wsi. Tak wspomina ten dzień Mieczysław Moczar:
„Dowiedzieliśmy się, że Niemcy przyszli na Jamy i stacjonują tam na noc. Zaatakowaliśmy wieś i po pół godz.[innej] walce zdobyliśmy ją. Straty nasze: 1 zabity, dobry żołnierz. Niemców zabiliśmy 18, reszta zdążyła nam uciec, rannych było 6 [Niemców]. Dziś tj. 8 III Niemcy przygotowali obławę. Plany tej obławy wpadły w nasze ręce i dlatego też dziś obserwujemy obławę w promieniu 6 km od miejsca, gdzie się odbywa. Bombardują z działek, palą całe wsie i niszczą ludzi”.
Raport zawiera wiele przekłamań. Nieprawdą jest, że zginęli Niemcy. Nieprawdą też jest, że zaatakowali wieś, bowiem walki toczyły się wokół kilku zabudowań. Nie jest prawdą, że zdobyto plany obławy, bo nie wspominają o tym żadne źródła – ani o planach, ani o obławie. Nie jest też prawdą, że pacyfikowane były inne wsie. W tym czasie jedynie Jamy zostały zniszczone i zrównane z ziemią. I nie był to skutek planowanej obławy, a potyczki oddziału AL z oddziałem turkmeńskim.
Śmierć ponad 100 mieszkańców odbił się dużym echem w całym regionie. Chcąc „zrzucić” z siebie odpowiedzialność za skutki potyczki, członkowie AL wielokrotnie po wojnie podkreślali, że atak oddziałów komunistycznych był reakcją na zachowanie (gwałty) „skośnookich”. Jednak krótko po potyczce i pacyfikacji sami opisywali to w inny sposób. Można założyć, że alowcy obserwowali przejazd Turkmenów i postanowili zaatakować ich pod osłoną nocy. Dopiero po wojnie, mając na względzie skutki pacyfikacji, dorobiono legendę, że była to zemsta za zachowanie Turkmenów. Nic jednak na to nie wskazuje.
Przed akcją żołnierze AL. przeprowadzili wywiad – dlatego bardzo dobrze wiedzieli, w których domach nocują Turkmeni. Wiedzieli, że każdy z tych domów jest strzeżony. Wiedzieli też, że mieszkańcy wsi nie uciekli i wykonują wydawane im polecenia. Byli bezpośrednio w zasięgu strzałów. Pomimo tego oddziały AL doprowadziły do strzelaniny między polskimi zabudowaniami i mieszkającymi w nich ludźmi. Co więcej, jest praktycznie pewne, że sami zdawali sobie sprawę, z tego, co się stanie z wsią. Niejako podsumowaniem bezmyślności takiego zachowania są słowa jednego z alowców:
„Zebraliśmy przerażonych gospodarzy i powiedzieliśmy im, że rano przyjdą Niemcy i do tego czasu żywa dusza nie powinna zostać we wsi. Inwentarzy żywy niech wypędzą do lasu i co cenniejsze rzeczy zakopią, bo niewątpliwie hitlerowcy spalą wioskę”.
Przewidywania spełniły się co do joty, a doraźny efekt propagandowy był dla komunistów ważniejszy niż życie ponad setki mieszkańców Jam.
