1953 był czwartym rokiem planu 6-letniego. W założeniu miał on doprowadzić do sytuacji, w której, po jego zrealizowaniu, stopa życiowa przeciętnego Polaka podniesie się dwukrotnie w stosunku do roku 1935.
Walka z dawnymi wynikami
Na tej fali prognozowano, że i wyniki sportowców będą „o wiele lepsze” niż w roku 1938 oraz 1939. Problem w tym, że lata mijały, a przedwojenne rekordy wciąż trzymały się bardzo mocno. Zaczynało się ogólne zniecierpliwienie; przecież ludowa koncepcja umasowienia kultury fizycznej miała pokazać przewagę socjalistycznego programu nad skompromitowanym przedwojennym modelem „dla niektórych”.
„Fakt, że ilość naszych zwycięstw w spotkaniach międzynarodowych jest niezadowalająca (…) wynika z niewystarczającej pracy”
– mówił przewodniczący GKKF Włodzimierz Reczek, żegnając olimpijski rok 19521.
„Doskonali lekkoatleci ZSRR i Czechosłowacji z przedwojennymi rekordami zdążyli się już całkowicie rozprawić, biją stale świeższej daty rekordy, dając nam wspaniały przykład do naśladowania”
– stwierdzał „Sport”2. Czyszczenie lekkoatletycznych tabel ze starych rezultatów stało się potrzebą chwili.
Trudność polegała na tym, że niektóre z nich były wybitne. W pierwszej dziesiątce zestawienia wszechczasów bez podziału na konkurencje (tzw. tabela fińska) znajdowały się wyłącznie wyniki powyżej 1000 pkt., co oznaczało poziom światowy. Otwierały ją osiągnięcia Janusza Kusocińskiego oraz Eugeniusza Lokajskiego i to ich złamanie miało dać potężny impuls polskiemu sportowi na miarę możliwości, które zapewniała Polska Ludowa.
Oszczepnik z Szopienic
O ile do „Kusego” naszym biegaczom nie było już tak daleko, to rekord w oszczepie wydawał się zaczarowany. Na szczęście pięć lat wcześniej ktoś zauważył, że w Szopienicach pod Katowicami gra w piłkę ręczną chłopak, którego rzutów bał się każdy, kto odważył się stanąć na bramce. Spytano go czy nie spróbowałby się w lekkiej atletyce, a punktem zwrotnym stała się wizyta drużyny radzieckiej na stadionie w Zabrzu, gdzie (według ówczesnej propagandy) zafascynowany niejaką Czudiną 15-latek zapragnął władać oszczepem.
O ile do „Kusego” naszym biegaczom nie było już tak daleko, to rekord w oszczepie wydawał się zaczarowany. Na szczęście pięć lat wcześniej ktoś zauważył, że w Szopienicach pod Katowicami gra w piłkę ręczną chłopak, którego rzutów bał się każdy, kto odważył się stanąć na bramce.
Tak naprawdę chodziło o zakład, bo pewny siebie młodzian był przekonany, że jest w stanie rzucić dalej niż te 40 metrów w wykonaniu mistrzyń zza wschodniej granicy. Wspólnie z ojcem skonstruowali własnej roboty oszczep, a próby czynione na okolicznych terenach działkowych wypadły na tyle obiecująco, że wiosną 1949 wystartował w szkolnych zawodach już w nowej specjalności. Wynik: 48,80 i bezapelacyjne zwycięstwo, a w nagrodę bilet na Ogólnopolską Spartakiadę Młodzieży w Warszawie.
Pierwsze krajowe zawody zakończył na drugim miejscu, ale już miesiąc później na Mistrzostwach Polski juniorów, u siebie, w Katowicach, nie miał sobie równych. Większe problemy sprawiło mu wytłumaczenie mamie skąd wziął się na jego ręku zegarek, który dostał jako najmłodszy uczestnik zawodów. Uwierzyła dopiero nazajutrz, kiedy wzięła do rąk lokalną gazetę.
Rezultat 54,56 m, osiągnięty po ledwie 3 miesiącach treningu, sprawił, że 16-latek został powołany do dorosłej kadry na mecz międzypaństwowy z Rumunią. Rywalizację o miejsce w składzie wygrał z kończącym karierę Zygmuntem Szelestem, który bynajmniej nie obraził się na tę decyzję. Błyskawicznie dostrzegł potencjał, a także mankamenty w technice chłopaka i objął go opieką szkoleniową. Kariera zdolnego juniora rozpoczęła się na dobre.
Efekty współpracy przyszły szybko; Janusz Sidło nie miał w kraju rywala, a we wrześniu 1953 roku, po 4 latach współpracy, po raz pierwszy złamał granicę 70 metrów. Do rekordu Lokajskiego brakowało już niecałe dwa, ale sezon się kończył i mało kto zakładał, że tak wyczekiwany przez sportową Polskę moment nastąpi jeszcze w tym roku. A jednak…
Rekord
2 października w Jenie polscy lekkoatleci drugi dzień mierzyli siły w ramach międzypaństwowego meczu z reprezentacją NRD. Przyszedł czas na oszczep. Pierwsza kolejka, Sidło rzuca jako trzeci. Dobry rozbieg, mocny wyrzut i 71,59 – rekord życiowy. Rywale daleko w tyle, więc pewny zwycięstwa trener Szelest ogłasza, że jego podopieczny właśnie… zakończył zawody. Zawodnik wyprasza jeszcze jedną próbę: 77,82 – rekord Polski.
Rezultat 54,56 m, osiągnięty po ledwie 3 miesiącach treningu, sprawił, że 16-latek został powołany do dorosłej kadry na mecz międzypaństwowy z Rumunią. Rywalizację o miejsce w składzie wygrał z kończącym karierę Zygmuntem Szelestem, który bynajmniej nie obraził się na tę decyzję.
Szczęśliwy Sidło zakłada dres, kiedy przychodzi ekipa z niemieckiej telewizji i błaga o jeszcze jeden pokazowy rzut. Trener ulega, wiatr ustaje, stadion zamiera w ciszy, a zawodnik wypuszcza oszczep przed samą belką. 80 metrów 15 centymetrów, drugi wynik w historii.
Przez następny tydzień prasa (nie tylko sportowa) miała jeden temat. Wywiady, gratulacje od Przewodniczącego Reczka, artykuły w zagranicznych dziennikach, wreszcie udział 20-latka w… obchodach proklamowania Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Widać było, że stało się coś ważnego.
„Młody wychowanek naszego ludowego sportu i jego trener zapracowali sobie na słowa uznania i wdzięczności rozsławiając szeroko ludowy sport polski” – podsumował Przegląd Sportowy3.
Patos patosem, ale przyszłość pokazała, że oczekiwania, jakie wiązano z tym wydarzeniem nie były przeszacowane. Rekord Janusza Sidło rzeczywiście zapoczątkował złoty okres polskiej lekkiej atletyki, a sam zawodnik był filarem naszego Wunderteamu przez wiele lat. Uczynił dla swojej dyscypliny mniej więcej tyle samo, co prawie 50 lat później zrobił dla skoków Adam Małysz. Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy tych wybitnych sportowców, ale to już opowieść na inną okazję…
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
1 „Piłkarz” nr 1 z 5.01.1953 r.
2 Nr 72 z 3.09.1953 r.
3 Nr 84 z 5.10.1953 r.
