„Lipiec 1941 r. 11 VII. Pogoda dosyć ładna, ciepło, białe obłoki, wiatr, od lasu jakieś strzały. Prawdopodobnie ćwiczenia, bo w lesie stoi jakiś obóz amunicyjny, na drodze do wsi Nowosiółki”
– zanotował wilnianin Kazimierz Sakowicz. Było około szesnastej, a strzały nie milkły, zaniepokoiło go to, więc poszedł sprawdzić, co się dzieje.
„Na »grodzieńce« (szosa łącząca Wilno z Grodnem – przyp. red.) dowiaduję się, że do lasu przypędzili dużo Żydów. I raptem do nich strzelają. […] Wrażenie przygnębiające. Strzały ucichły po godzinie 8 wieczorem, potem trwały nie salwy, lecz pojedyncze. Na »grodzieńce« posterunek litewski (wojskowy). Legitymuje przechodzących”
– dokończył wieczorem zapis. Odtąd wszystko, co zdołał podpatrzyć, utrwalał na kartkach z zeszytu, wąskich karteczkach z notesu, na marginesie kartek z kalendarza.
Dzień po dniu, aż do 6 listopada 1943 r. opisywał momenty egzekucji, notował oznaczenia wagonów i numery rejestracyjne samochodów przewożących skazańców, starał się zdobyć informacje od innych świadków. Kreślone w pośpiechu zapiski wkładał do butelek po wodzie sodowej i pod osłoną nocy zakopywał w przydomowym ogrodzie. Wiedział, że w razie ich odnalezienia grozi mu kara śmierci.
Kazimierz Sakowicz (1894–1944), dziennikarz, oficer Wojska Polskiego, był właścicielem i wydawcą wileńskiego „Przeglądu Handlowo-Gospodarczego”. Gdy 17 września do Polski weszły wojska sowieckie, zatrudnił się w przedsiębiorstwie skupującym bydlęce skóry i przeniósł się do Ponar. Dojeżdżał do pracy 10 km rowerem, ale piękno tej trasy wynagradzało mu wszystko. Ponary, ulubione letnisko mieszkańców Wilna, pachniały wrzosowiskami i lasem porosłym na piaszczystych pagórkach. Wybuch II wojny światowej odmienił letnisko.
Okupujący Wileńszczyznę w pierwszych miesiącach wojny Sowieci rozpoczęli tam budowę składnicy paliw dla pobliskich lotnisk w Chazbijewiczach i Porubanku. Miejsce było świetnie skomunikowane z okolicą – w pobliżu przebiegały szosa do Grodna, tory kolejowe. Ściągnięto więc robotników i w odległości 3 km od stacji kazano im kopać doły na zbiorniki. Było ich dziewięć, największy, około czterdziestometrowy, miał głębokość 5–6 m. Jednak paliwo przeznaczone dla lotnisk nigdy się tam nie znalazło.
22 czerwca 1941 r. Niemcy zaatakowały ZSRS, a na Litwie wybuchło antysowieckie powstanie. Okupant z Zachodu był gorąco witany przez ludność litewską. Niemców wsparli szaulisi (lit. šaulis – strzelec), członkowie litewskiej nacjonalistycznej organizacji strzeleckiej, którzy prowadzili akcje dywersyjne organizowane przez Front Litewskich Aktywistów (Lietuvių Aktyvistų Frontas). Mieli wrogie nastawienie do Polaków i Żydów, marzyli o niepodległej Litwie wolnej od mniejszości. Niemcy z oficerów i żołnierzy z oddziałów aktywistów tworzyli jednostki pomocnicze policji porządkowej (Hilfspolizeitruppe). Jej posterunki powstawały w każdym mieście i miasteczku okręgu wileńskiego.
Miejsce było świetnie skomunikowane z okolicą – w pobliżu przebiegały szosa do Grodna, tory kolejowe. Ściągnięto więc robotników i w odległości 3 km od stacji kazano im kopać doły na zbiorniki. Największy, około czterdziestometrowy, miał głębokość 5–6 m. Jednak paliwo przeznaczone dla lotnisk nigdy się tam nie znalazło.
Przy wileńskiej ekspozyturze policji bezpieczeństwa i SD powstało też Sonderkommando der Sipo und des SD (oddział specjalny policji bezpieczeństwa i SD). Na jego czele stał Hauptscharführer SS Martin Weiss, ale w jego skład, poza szeregowcami, wchodziło kilkunastu podoficerów i dwóch oficerów armii litewskiej. Na początku nosili oni mundury wojska litewskiego z Pogonią na czapkach, wkrótce jednak zamienili je na umundurowanie SD, bez naszywek, bo te przysługiwały tylko Niemcom. Podpisywali też zobowiązanie do zachowania tajemnicy na temat działalności oddziału – za której złamanie groził im wojenny sąd polowy i rozstrzelanie. Zasłynęli z niebywałego okrucieństwa i w Wilnie nazwano ich „Strzelcami Ponarskimi”.
Niemcy postanowili oczyścić miasto z Żydów, szukano tylko miejsca egzekucji – Ponary nadawały się do tego idealnie. Doły były już wykopane, las tłumił odgłosy strzałów, szosa i kolej zapewniały dogodny transport skazańców. Wystawiono stałe posterunki 10–12 funkcjonariuszy Sonderkommando i tablice zakazujące zbliżania się do tego miejsca pod karą śmierci.
Pierwsza egzekucja wileńskich Żydów odbyła się 4 lipca 1941 r., kolejne – 5 i 8 lipca. Trzy dni później odgłos strzałów usłyszał Kazimierz Sakowicz. Tego popołudnia rozstrzelano 348 osób – jeńców sowieckich z wileńskiego więzienia na Łukiszkach oraz Żydów. Machina eksterminacji ruszyła. Początkowo rozstrzeliwało Einsatzgruppen (grupa operacyjna niemieckiej policji bezpieczeństwa – za jedno z głównych zadań miała eksterminację Żydów), jednak szybko Niemców zastąpili litewscy ochotnicy. Pod koniec lipca 1941 r. mieszkańcy Ponar wiedzieli już, że tzw. baza jest miejscem straceń.
„Od domu, w którym mieszkał Sakowicz, było około 50 m do miejsca kaźni. Przez lornetkę widział wszystko dokładnie, nawet rysy twarzy niektórych ofiar i oprawców, rozpoznawał ich. […] Wiedział, że jeżeli ma możliwość obserwacji egzekucji, to musi to szczegółowo opisać, bo takie jest jego posłannictwo”
– opowiadała w 2000 r. Elwira Samulik, kuzynka Sakowicza. Pierwszy transport z wileńskiego getta, w którym oprócz mężczyzn były też kobiety, dzieci i starcy, przybył do Ponar 16 sierpnia 1941 r. Początkowo Żydzi nie chcieli wierzyć, że Niemcy zamierzają ich wszystkich wymordować. Gdy do szpitala żydowskiego na furmankach pod sianem przywieziono ranne kobiety, które wypełzły spod ciał rozstrzelanych, lekarze nie uwierzyli ich słowom, podejrzewali, że „zwariowały ze strachu”1. Było to po największej egzekucji, która miała miejsce 2 września, zabito wówczas 3700 Żydów. Kolumna ofiar prowadzonych do Ponar ciągnęła się 3–4 km. Niemcy nazwali to akcją specjalną, przeprowadzoną w odwecie za strzelanie przez ludność żydowską do niemieckich żołnierzy. Stawiali skazańców na skraju jamy i puszczali serię z karabinów maszynowych.
„Nie gwarantowało to jednak śmierci wszystkich ofiar. Zdarzało się, że ranne osoby wydostawały się z dołów i uciekały. Poza tym metoda ta pochłaniała zdaniem oprawców zbyt dużą ilość amunicji”
– tłumaczy prof. Piotr Niwiński, historyk z IPN. Postanowili zmienić system. Jednorazowo przyprowadzano dziesięć osób, przed którymi stawiano tyle samo żołnierzy.
„Większe dzieci stawiano w szeregu z dorosłymi, a małe były trzymane przez matki na rękach. W tym drugim przypadku jeden strzelec przypadał na matkę, drugi na dziecko”
– opisywał Sakowicz. Ofiary stały plecami do plutonu egzekucyjnego, patrzyły w dół na ciała zabitych, padały na nie. Po 6–8 minutach następowały kolejne salwy. Małe dzieci Litwini rzucali żywe do dołu lub zabijali uderzeniem kolbą w głowę. Gdy matki rzucały się, by je bronić, zabijano je na miejscu, a wówczas starsze dzieci musiały rodzicielkę dociągnąć do dołu, zanim same zginęły. Rozstrzeliwania ciągnęły się godzinami, czasem dniami, zależnie od wielkości transportu.
Doły śmierci
Mordowano głównie Żydów, potem Polaków: kapłanów, oficerów Wojska Polskiego, działaczy podziemia niepodległościowego, naukowców, artystów, osoby zatrzymane podczas łapanek ulicznych.
Polski ruch oporu Niemcy oceniali jako szczególnie niebezpieczny. Szukając powiązań środowiska wileńskiego z konspiracją w Generalnym Gubernatorstwie, policja aresztowała jesienią 1941 r. setki osób. Wśród nich byli absolwenci gimnazjów im. Zygmunta Augusta i Adama Mickiewicza, którzy razem z byłym kuratorem Wileńskiego Okręgu Szkolnego, Stanisławem Rymińskim, utworzyli w roku 1939 Związek Wolnych Polaków. Na jego czele stał Jan Mackiewicz. Wielu z nich rozstrzelano w Ponarach w maju 1942 r., jak ks. Romualda Świrkowskiego, przedstawiciela Episkopatu w Radzie Wojewódzkiej ZWZ-AK, który trafił do „bazy” 5 maja 1942 r. Obserwujący kolejne egzekucje Sakowicz zauważył postępującą demoralizację oprawców:
„Wkrótce ciężarówka mija przejazd; z tyłu widać, jak Litwini oglądają rzeczy skazańców […]. Bowiem wprowadzono zasadę, że skazańcy rozbierają się w tym samym aucie i dopiero rozebrani idą na śmierć. Po pewnym czasie z bazy wracają 2 szaulisi. Zaczyna się rozmowa. Cóż, okazuje się, że strzelali polskich adwokatów i doktorów. Strzelano po dwóch naraz, rozebranych. Trzymali się fajnie, nie płakali i nie prosili, tylko żegnali się z sobą i przeżegnawszy się – szli”
– zanotował. W meldunkach polskiego podziemia pod datą 17 września 1943 r. jest adnotacja, że tego dnia zamordowano dziesięciu zakładników spośród inteligencji wileńskiej. Egzekucja była odwetem za wykonanie wyroku przez AK na Marijonasie Podabasie, inspektorze litewskich oddziałów policyjnych, agencie gestapo. Sakowicz odnotowuje, że szaulisi, którzy przyszli na zmianę warty, wciąż opowiadają, że zakładnicy, a w ogóle i wszyscy Polacy, trzymają się bardzo „honorowo”, śpiewają pieśni patriotyczne, nie płaczą jak Żydzi, którzy całują nogi i proszą o darowanie życia. Komendantka grupy łączniczek AK Maria Tomkiewicz „Grażyna” zginęła z okrzykiem:
„Niech żyje wolna Polska!”.
Egzekucję dziesięciu oficerów i podoficerów 5 Pułku Piechoty Legionów i handel ich ubraniami Sakowicz odnotował następująco:
„Wkrótce w budce kolejowej zjawia się Litwin Władysław Klukas […] w ręce trzyma buty (polskie saperki) – chce 4 tys. R [rubli]. Buty jeszcze ciepłe. Opowiada, że mężczyzn strzelali Niemcy pojedynczo z pistoletu”.
Sakowicz starał się dowiedzieć jak najwięcej, zasięgał języka nawet u spotkanych w drodze do pracy morderców, podczas pogaduszek wyciągał od nich szczegóły zbrodni.
„Ofiary rozebrały się w aucie i nago do jamy. Litwini zaś z góry strzelali, jak do bażantów. Koło jamy stoi teraz beczka z chlorkiem, z której chlorkiem zaraz posypuje się zastrzelonych. Teraz beczka stoi zawsze na pogotowiu. Ciężko rannych, udających zabitych, też naturalnie posypują chlorkiem. Litwini mówią, że Żydzi często zaczynają w jamie skakać, gdy na nich sypią łopatą chlorek. Ale tych co »skaczą« nie dobijają”
– zapisuje relacje z tych rozmów. Rozstrzeliwanie na skraju dołów nie pozwalało Niemcom wypełniać ich równomiernie ciałami. Wtedy skonstruowano specjalne trampoliny rozpięte nad morzem zwłok.
Na początku nosili oni mundury wojska litewskiego z Pogonią na czapkach, wkrótce jednak zamienili je na umundurowanie SD, bez naszywek, bo te przysługiwały tylko Niemcom.
Ofiary wchodziły na nie i były zabijane, gdy znalazły się w odpowiednim miejscu. Po zakończeniu egzekucji kilku więźniów przysypywało trupy warstwą wapna i piasku, po czym i oni byli likwidowani.
Polacy zamieszkujący Ponary nie mogli zapomnieć widoków, jakich byli świadkami w okresie trzech lat okupacji. Ludzi oczekujących w długich kolejkach katowano gumowymi pałkami i bito po głowach. Zdarzało się, że Litwini znudzeni rutyną rozstrzeliwania wskakiwali na brzuchy ciężarnych kobiet, a małe dzieci brali za nóżki i rozbijali im głowy o pnie sosen. Szczuli też ofiary wygłodniałymi psami. Zwierzęta rwały ich ciała, a oprawcy
„tak się śmiali jak maszynowe karabiny”.
„Rola Niemców ograniczała się do nadzorowania eksterminacji. Aby w Litwinach zabić wyrzuty sumienia, naziści przywozili na miejsce egzekucji wódkę. Czasami Litwini załamywali się psychicznie i odmawiali zabijania. Kara była surowa – opornych także mordowano. Jednak takie przypadki były rzadkie. W jednostce Ypatingasis Būrys (litewska nazwa Sonderkommando der Sipo und SD) służono chętnie ze względu na korzyści materialne. Oprócz mieszkań na pierwszym piętrze, deputatów żywieniowych, żołnierze otrzymywali wódkę. Pili ją po egzekucjach lub w czasie ich trwania. Mieli prawo okradania skazanych z ubrań i kosztowności, wyrywano złote zęby”
– mówi prof. Niwiński.
Sakowicz był świadkiem takiej sceny:
„Żydówka mówi do żołnierza: »Oddałam panu wszystkie pieniądze, pan obiecał mnie i dziecko puścić, a teraz prowadzi na śmierć«. Żołnierz śmieje się”.
Większość egzekucji miało charakter masowy. Żydów przywożono na egzekucję tysiącami osób, tych z tzw. Wschodniej Litwy wagonami sypialnymi. Pijani oprawcy potrafili się zabawiać w sposób drastyczny.
„Pewnego razu wśród przyjeżdżających wagonami była grupa około trzydzieściorga dzieci w wieku 5–6 lat, którym po wyprowadzeniu kazano biec wzdłuż torów, a gdy dobiegły do pewnego miejsca, szaulisi otworzyli do nich ogień z broni maszynowej”
– opowiadał Józef Waniewski. Też starał się zapamiętać szczegóły zbrodni. Z okien swojego sąsiada obserwował drugą bramę wjazdową do „bazy” i dzielił się swoimi spostrzeżeniami z Sakowiczem. Udało mu się przeżyć okupację i to właśnie on po wojnie sporządził dokładny szkic sytuacyjny miejsca straceń.
Stanisław Wieloch „Ryszard” z (oną i córką Krystyną, lata mi"dzywojenne. Fot. ze zbiorów Marii Wieloch
Świadkowie zbrodni
Świadkiem jednej z egzekucji stał się wileński dziennikarz Józef Mackiewicz, który był przypadkowo przy torach kolejowych w Ponarach, gdy nadjechał kolejny transport. Obserwował czekających w pociągu na bocznicy ludzi i nagle znalazł się w centrum piekła. Jego tekst Ponary – baza opublikowany po wojnie na emigracji to relacja człowieka, który przed oczami wciąż miał kaźń przerażonych rodzin, dzieci krzyczących w objęciach konających matek.
„Oto zeskakuje ta młoda Żydówka, płowe jej włosy rozwiane, twarz wykrzywiona w nieludzkim strachu, z ucha, na kosmyku zwiesza się grzebyk, chwyta córeczkę... Nie mogę patrzeć. Powietrze rozdziera taki jazgot straszliwy mordowanych ludzi, a jednak rozróżnić w nim można głosy dzieci o kilka tonów wyższe, właśnie takie jak płacz-wycie kota w nocy. Nie powtórzy tego żadna litera wymyślona przez ludzi!... Żydówka pada najpierw na twarz, później się przerzuca na wznak i zataczając ręką w powietrzu, szuka rączki swego dziecka. Ja nie słyszę, ale widzę z ułożenia ust małej, że woła ona: »mame!«... Na głowie jej dygoce wstążeczka z łachmanka i nachylona ku przodowi chwyta matkę za włosy”.
Kiedy zbliżał się front wschodni do granic III Rzeszy, Niemcy i ich litewscy wspólnicy zdali sobie sprawę, że nie unikną odpowiedzialności za zbrodnie, i zaczęli przygotowywać się do zacierania śladów. Już w październiku 1943 r. okolicznych mieszkańców wysiedlono, a pociągami towarowymi sprowadzano wapno chlorowane. Wykopywanie i palenie zwłok trwało od listopada 1943 do czerwca 1944 r. Według świadka Abrahama Blazera, który pracował w Ponarach od 27 listopada 1943 do 15 marca 1944 r., w tym czasie z ośmiu dołów egzekucyjnych wydobyto i spalono 68 tys. ciał.
„Jedni leżą na drugich, ręce, nogi, głowy, wszystko splątane […]. Ręce najczęściej związane za plecami. Niektóre twarze przykryte. […] Niektóre ciała cienkie jak karton. Część jeszcze nie w stanie rozkładu i jeszcze można rozpoznać podczas wyciągania”
– zeznawał w latach siedemdziesiątych przed Komisją Badania Zbrodni Niemieckich na Litwie Konstanty Patanino. Więźniowie pracujący przy paleniu zwłok układali stosy po 3,5 tys. ciał. Paliły się po kilka dni, nad okolicą unosiła się ciemnofioletowa łuna i roznosił się upiorny fetor. Więźniowie-palacze mieli świadomość, co ich czeka po skończeniu pracy, dlatego przygotowali plan ucieczki. Z bunkra, w którym nocowali przez 2,5 miesiąca, wykopali trzydziestometrowy tunel. Był gotowy 15 kwietnia 1944 r. i o 21.30 część z nich podkopem wydostała się na zewnątrz. Strażnicy zauważyli ucieczkę i zaczęli strzelać, jednak kilkunastu więźniów zdołało uciec. Właśnie oni zaświadczyli po wojnie na procesie norymberskim o skali zbrodni, bowiem w „bazie” zostały tylko ciała ofiar z czerwca 1944 r. i z 3–4 lipca 1944 r., kiedy to dokonano ostatniej egzekucji. Zabito wówczas ok. 4 tys. osób przywiezionych z więzienia na Łukiszkach i z aresztu przy ul. Ofiarnej w Wilnie. Plutonu egzekucyjnego nie było, użyto broni automatycznej.
Kazimierz Sakowicz prowadził swoje zapiski do 5 lipca 1944 r., do momentu, kiedy został zastrzelony, prawdopodobnie przez Litwina z pobliskiej wsi. Tak zeznał 4 maja 1973 r. na posterunku Milicji Obywatelskiej w Giżycku mieszkający tam po wojnie Jan Sakowicz. Mówił, że nieznany mu rolnik z wioski Ponary przywiózł do niego w lipcu 1944 r. na wozie postrzelonego brata. Kazimierz miał kilka ran postrzałowych w brzuch, więc od razu odwiózł go do wileńskiego szpitala św. Jakuba.
„Tego samego dnia brat zmarł”
– opisał Jan. Próbował sprawdzić, co się stało w dniu 5 lipca.
„Dowiedziałem się, że brata zabił pewien mieszkaniec z jednej z wiosek pobliskich. Od Waniewskiego dowiedziałem się nazwiska bandyty, ale obecnie uszło mi z głowy”
– Jan Sakowicz zeznawał funkcjonariuszowi MO. Kazimierz został pochowany na wileńskiej Rossie w kwaterze żołnierzy Armii Krajowej, w sąsiedztwie grobu matki Józefa Piłsudskiego. Na jego tajne notatki natrafił po wojnie okoliczny mieszkaniec szukający zakopanych kosztowności. Natknął się nie na złoto, ale na… butelki po wodzie sodowej. Odkopana dokumentacja została przekazana do Muzeum Rewolucji, z którego trafiła do Litewskiego Muzeum Narodowego w Wilnie, gdzie przechowywana jest do dziś. Przez wiele lat służyła jako ważny materiał dowodowy w procesach prowadzonych przeciwko zbrodniarzom niemieckim. Nie była jednak kompletna, ktoś wykopał część zapisków obejmujących wydarzenia od 6 listopada 1943 r. i prawdopodobnie zniszczył. Maria Sakowicz była pewna, że mąż prowadził je do dnia, w którym został zamordowany.
Największa z egzekucji miała miejsce 2 września, zabito wówczas 3700 Żydów. Kolumna ofiar prowadzonych do Ponar ciągnęła się 3–4 km.
Zapomnieniu miało ulec też i to, co ocalało. Dokumentacja zbrodni została w archiwach opatrzona adnotacją – „nieczytelne”. Nad karteczkami z butelek pochyliła się w 1998 r. dr Rachela Margolis (zmarła w 2015 r.), kierowniczka działu historii Państwowego Muzeum Żydowskiego na Litwie im. Gaona z Wilna. Z uporem godnym Syzyfa rozszyfrowała rękopis i z pożółkłych kartek wydobyła koszmar minionych dni. Jak pisała, kiedy przeniosła się już do Izraela, wyjmowała ukradkiem notatki, a na ich miejsce wkładała strzępki papieru. Odczytywała je po nocach w swoim domu. Miała do tych zapisków stosunek szczególny – wszyscy jej bliscy, rodzice i brat zostali zamordowani w Ponarach. Dzięki niej Dziennik pisany w Ponarach od 11 lipca 1941 r. do 6 listopada 1943 r. Kazimierza Sakowicza został wydany przez bydgoski Oddział Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej w 1999 r. Napisała do niego przedmowę. Dziennik przetłumaczono na angielski, niemiecki, włoski i litewski.
Miejsce eksterminacji było po wojnie całkowicie zaniedbane. Pierwszy pomnik postawiono w 1948 r. staraniem Żydów ocalałych z Holokaustu. Władze sowieckie rozebrały go i wystawiły obelisk z napisem w językach litewskim i rosyjskim:
„Ofiarom terroru faszystowskiego 1941–1944”.
W 1952 r. polska ludność wileńska postawiła w miejscu egzekucji drewniany krzyż, który szybko został usunięty. Dziesięć lat później Ponarskie Muzeum Pamięci zostało oddziałem Muzeum Historii Rewolucji ZSRR. W 1985 r. otwarto tam Zespół Pomnikowy. Przy wejściu do dawnej „bazy” umieszczono tablice po litewsku i rosyjsku:
„Tu w ponarskim lesie od lipca 1941 do lipca 1944 hitlerowcy rozstrzelali ponad 100 tysięcy obywateli sowieckich”.
Pięć lat później Litwa odzyskała niepodległość i nad dołami śmierci postawiono pionową tablicę z czarnego granitu z wyrytą gwiazdą Dawida i napisami w językach hebrajskim, rosyjskim i litewskim. Polacy długo walczyli o upamiętnienie swoich rodaków.
Dzięki zeznaniom świadków próbowano oszacować liczbę ofiar. Początkowo sądzono, że było ich ok. 100 tys. Wiedziano, że w Ponarach od lipca 1941 do lipca 1944 r. życie stracili nie tylko Żydzi i Polacy, ale także przedstawiciele innych narodowości, m.in. Rosjanie, Białorusini i Romowie. Monika Tomkiewicz, autorka wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej w 2022 r. wznowionej i uzupełnionej monografii na temat zbrodni ponarskiej, ocenia, że liczba zamordowanych sięgała 80 tys. osób, w tym 72 tys. Żydów i od 1,5 do 2 tys. Polaków. Badaniu zbrodni w Ponarach dr Tomkiewicz poświęciła 22 lata życia zawodowego. Wykonała gigantyczną kwerendę w archiwach polskich, niemieckich, litewskich, łotewskich, rosyjskich, izraelskich, austriackich i amerykańskich.
„Tematem eksterminacji obywateli polskich zamieszkujących Ziemię Wileńską zainteresowałam się w 2001 r., kiedy to po raz pierwszy, jako młody historyk, pojechałam do Wilna z prowadzącą śledztwo z ramienia gdańskiej Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prokurator Elżbietą Rojowską. Wraz z dr hab. Jarosławem Wołkonowskim pracowaliśmy wówczas intensywnie przez trzy tygodnie, kompletując przyszłą dokumentację procesową sporządzoną w językach polskim, niemieckim, litewskim i rosyjskim. Później jeszcze wielokrotnie pracowałyśmy w litewskich i niemieckich archiwach nad tematem zbrodni w Ponarach. Przed nami z perspektywy polskiej archiwalia te przeglądała jedynie prezes Stowarzyszenia Rodzina Ponarska Helena Pasierbska”
– opowiada. Po napisaniu pierwszej monografii Zbrodnia w Ponarach 1941–1944, kompletowała dalszą dokumentację. W 2020 r. uznała, że dysponuje nowymi wątkami badawczymi i postanowiła podzielić się nimi z czytelnikami.
„Wyniki moich badań są również uznawane przez historyków litewskich. W opublikowanej na Litwie książce The Traces of Crimes do Not Disappeart Mass Killings in the Paneriai Forest 1941–1944 jest wiele cytowań z moich publikacji. Wymieniamy się też dokumentacją i doświadczeniami z naukowcami z Muzeum Żydowskiego im. Gaona w Wilnie, z Litewskim Instytutem Historii w Wilnie czy Centrum Badania Ludobójstwa i Ruchu Oporu Mieszkańców Litwy. W promocji przygotowywanych przeze mnie w różnych językach publikacji bardzo wspiera mnie Towarzystwo Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej”
– podkreśla.
Pamięć przetrwała
W polskiej kwaterze w Ponarach na granitowej tablicy można przeczytać:
„1941-1944. Pamięci wielu tysięcy Polaków zamordowanych w Ponarach. W hołdzie Rodacy Ziemi Wileńskiej. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci”.
Od 2000 r. jest tu też pomnik w kształcie ołtarza otoczonego rotundą poświęcony żołnierzom Armii Krajowej, Polskiego Państwa Podziemnego, polskiej inteligencji i młodzieży, którzy oddali życie za wolność ojczystej ziemi. Są też tablice z nazwiskami 329 osób zamordowanych w tym miejscu. W Ponarach od kilku lat prowadzone są badania geofizyczne, podczas których uaktualniono mapę z lokalizacją: miejsca mordu, rampy kolejowe, pozostałości stosów całopalnych, posterunki strażników oraz miejsca, gdzie stały budynki.
Zbrodnia w Ponarach powoli przebija się do świadomości Polaków.
„Po 1990 r. wiedza o losach polskich patriotów na Wileńszczyźnie była w naszym kraju niewielka. Ponary to nazwa, która brzmiała złowróżbnie tylko dla dawnych i obecnych mieszkańców tego regionu”
– przyznaje Adam Hlebowicz, dyrektor Biura Edukacji Narodowej IPN.
Propagowanie wiedzy na temat strasznych wydarzeń w podwileńskich lasach obrała za swój cel śp. Helena Pasierbska, która w czasie okupacji wraz z grupą młodzieży i swoimi nauczycielami została przez kilka miesięcy uwięziona na Łukiszkach. Była harcerką i żołnierzem AK. Obiecała sobie, że jeśli przeżyje, to zrobi wszystko, żeby opowiedzieć światu o tym, co się działo w areszcie gestapo przy ul. Ofiarnej w Wilnie, w więzieniu, gdzie przebywała, i w okrytych najgorszą sławą Ponarach. Po wojnie osiadła w Gdańsku, pracowała jako nauczycielka. Po przejściu na emeryturę przez dwadzieścia lat propagowała wiedzę o zbrodni. W 1994 r. założyła Stowarzyszenie Rodzina Ponarska, którego celem jest
„upowszechnianie i utrwalenie pamięci o Polakach, którzy w walce o wolność ojczyzny ponieśli męczeńską śmierć w Ponarach”.
Wydała kilka książek, m.in. Ponary – wileńska Golgota (1993), Wileńskie Łukiszki na tle wydarzeń lat wojny 1939–1944(2002 i 2015), Ponary i inne miejsca męczeństwa Polaków z Wileńszczyzny w latach 1941–1944 (2005 i 2015). Publikowała artykuły, udzielała wywiadów. Zgromadziła wokół siebie ludzi, którzy albo stracili swoich bliskich w tym miejscu, albo przerażeni ogromem zbrodni postanowili głośno o niej mówić.
Zapadło wiele wyroków śmierci i kar długoletniej pracy katorżniczej w obozach na Syberii.
Obecną prezes Rodziny Ponarskiej jest dr Maria Wieloch, która przechowuje niewielkie bibułki papierowe wypełnione drobnym pismem swojego taty. Stanisław Wieloch „Ryszard”, żołnierz AK, działał w wywiadzie organizacji dywersyjnej „Wachlarz”. Pracę podziemną, wymagającą kontaktów z różnymi nieznanymi osobami, mistyfikował, handlując artykułami spożywczymi. Mieszkał z żoną i starszą córką w Wilnie. W sierpniu 1942 r. gestapo zabrało go prosto z łóżka, trafił do aresztu na Ofiarną, a potem do więzienia na Łukiszkach. Stamtąd wysyłał grypsy do ciężarnej żony – każda wiadomość to kilkanaście zdań skreślonych w pośpiechu na bibułce od papierosa.
„Mama przemycała listy zapieczone w plackach oraz w woreczkach z ubraniami, które trafiały do aresztu. Tata później wkręcał grypsy w środek sznurka, którym ściągnięty był woreczek. Wierzył, że wyjdzie z więzienia, że będzie mógł prowadzić normalne, szczęśliwe życie”
– opowiada córka.
„Nasza miłość wcieliła się w Dzidzi i Duszka, jest tym bardziej mocna”
– pisał Stanisław w jednym z siedemnastu listów.
„Dzidzi to moja dwuletnia wówczas siostra Krystyna. Duszek to ja. Byłam wtedy w brzuchu u mamy” – wyjaśnia Maria Wieloch. 18 lutego 1943 r. nie przyjęto kolejnej paczki. Stanisław z katowni gestapo trafił do Ponar, gdzie razem z dwudziestoma innymi więźniami politycznymi został rozstrzelany. Maria urodziła się półtora miesiąca po śmierci ojca.
„Ponary to miejsce ludobójstwa, które przez lata nie funkcjonowało w świadomości Polaków. Z powodu poprawności politycznej było i wciąż jest spychane do niepamięci w przeciwieństwie do miejsc równie wielkich tragedii, jak Katyń czy Treblinka”
– uważa pani prezes. Stowarzyszenie gromadzi dane ofiar, honoruje pomordowanych poprzez pamiątkowe obeliski i tablice, prowadzi stronę internetową, wydaje kolejne publikacje, organizuje konferencje.
„Przez wiele lat »historia« zaciera ślady zbrodni wykonywanych na Polakach. Po wojnie rodziny ofiar z różnych względów o zbrodni tej nie mówiły, obowiązywała poprawność polityczna wobec ZSRS, wobec Litwinów, wobec Żydów. Więcej się o niej mówiło w Polsce niż na Litwie (dawna republika ZSRS). Tam dotychczas mimo naszej stałej obecności i kontaktów z Polakami docieramy do niewielkiej grupy, która chce o tym mówić. Trzyma ich nadal poprawność polityczna – wiedzą, ale nie mówią, milczą i… upamiętniają… Wszyscy pierwsi członkowie naszego stowarzyszenia mówili różnie o 30 tys., 25 tys., 20 tys. ofiar, ale nigdy wielkość pomordowanych nie spadła do skali kilku tysięcy”
– tłumaczy dr Maria Wieloch. Podkreśla, że po wojnie zacierano ślady zbrodni. Droga z Wilna do Ponar została zaorana i obsadzona drzewami. Teren mordów, tzw. bazy, został zagospodarowany przez kolej, drogi i zakłady przemysłowe.
„Podobnie życiorysy naszych bohaterów Kazimierza i Marii Sakowiczów zostały zakłamane, pominięta jest zwłaszcza ona, jej życie jest dla nas zagadką”
– tłumaczą członkowie stowarzyszenia. Proszą o pomoc, udało się im ustalić, że Maria Sakowicz urodziła się 1 listopada 1903 r., a zmarła w Warszawie 18 stycznia 1970 r. (akt zgonu Warszawa Wola III 131/70), z domu Piasecka, ojciec Witold, matka Aleksandra. Wiedzą, że do pracy dojeżdżała do Warszawy do jakiejś redakcji. Mieszkała w malutkim domku w Mińsku Mazowieckim, na ul. Polowej 3. Państwo Sakowiczowie nie mieli dzieci.
„Dotarliśmy do dalekiej rodziny Pani Marii, która po wojnie po prostu się ukrywała, nikomu nie mówiła o swojej historii. Kilka zdjęć świadczy o szerokich horyzontach i wielkiej wiedzy państwa Sakowiczów. W Wilnie w 1935 r. prowadzili »Przegląd Ziem Północno-Wschodnich«, »Przegląd Handlowo-Gospodarczy«, »Przegląd Drzewny«”
– opowiada Anna Bach, skarbnik Rodziny Ponarskiej. Po śmierci męża Maria została sama, siostra pochowała ją na warszawskich Powązkach.
Zarówno ona, jak i wielu Polaków z Wileńszczyzny przez lata milczało o tym, czego byli świadkami.
„Politycy litewscy nawet w oficjalnych przemówieniach nie mówią często o udziale swoich rodaków w zbrodni ponarskiej. Nie chodzi o szukanie zemsty ani o eskalowanie konfliktu z naszym sąsiadem. Chciałabym jedynie usłyszeć od władz litewskich słowa: »przepraszamy za Ponary«”
– podkreśla dr Maria Wieloch. Częsta obecność ich stowarzyszenia na ziemi wileńskiej jest znakiem, że Polacy domagają się prawdy o tym miejscu – że to nie tylko miejsce Holokaustu Żydów, ale też Polaków, likwidowanych za walkę o wolną Ojczyznę. Muzeum Okupacji i Walk o Wolność w Wilnie wciąż niewiele wspomina o Polakach, są jedynie trzy małe biogramy. Ale kropla drąży skałę i pamięć powoli ożywa. Pomniki ponarskie są na cmentarzach w Szczecinie (Centralny) i w Warszawie (Powązki).
W maju mieszkańcy Gdańska czczą pamięć ofiar. W centrum cmentarza Łostowickiego, 100 m od pomnika Golgoty Wschodu, stoi pomnik Ponarski. Odsłonięto go 10 maja 2018 r. W jego cokół wmurowano akt erekcyjny i urnę z ziemią z Ponar. Do niedawna obowiązywała tzw. poprawność polityczna. Dla dobra stosunków z państwem litewskim o Ponarach się nie mówiło ani w rocznicę wybuchu II wojny światowej, ani jej zakończenia. Teraz to się zmienia.
„Duża w tym zasługa Rodziny Ponarskiej. Działają od lat w sposób usystematyzowany, skuteczny i nowoczesny. Nie tylko jeżdżą na Litwę, ale też trafiają tam ze swoim przekazem do młodzieży. Zapraszają szkoły polskie i litewskie. Jest szansa, że między innymi dzięki nim kolejne pokolenia przejmą to dziedzictwo”
– uzasadnia Adam Hlebowicz decyzję o przyznaniu Rodzinie Ponarskiej nagrody Semper Fidelis. To honorowe wyróżnienie IPN otrzymują osoby, instytucje i organizacje społeczne za szczególnie aktywny udział w upamiętnianiu dziedzictwa polskich Kresów Wschodnich na terenie Rzeczypospolitej Polskiej oraz poza jej granicami. A członkowie Rodziny Ponarskiej w ostatnim roku zrobili naprawdę dużo. By uświadomić młodzieży z Wileńszczyzny okrucieństwo dawnych zbrodni – dali im do rąk zdjęcia rówieśników, którzy zginęli osiemdziesiąt lat temu. Jak co roku rozdali wolontariuszom i sympatykom przeszło 2 tys. broszur, książek i pamiątek patriotycznych. W ramach Uroczystości Ponarskich zorganizowali konkurs rozreklamowany poprzez plakaty, pendrive’y i mailowo w polskich szkołach. Nawiązali też współpracę z parafią w Wojdatach (parafia obejmująca teren Ponar), gdzie ks. Daniel Dzikiewicz prowadzi Kółko Historyczne dla dzieci i młodzieży polsko–litewskiej. Przekazali parafii książki i gry planszowe. Są niestrudzeni.
„Przez wiele lat mówimy o konieczności przeprowadzenie kwerendy w archiwach niemieckich, litewskich, łotewskich, białoruskich, rosyjskich i polskich, a następnie kompleksowe opracowanie całego materiału. Bez realizacji takiego projektu będziemy nadal w wielu kwestiach opierać się na przypuszczeniach i domysłach, a co gorsze, nie poznamy nazwisk naszych bohaterów, którzy tam zginęli. Uważamy, że śledztwo, wynikiem którego jest praca Pani Moniki Tomkiewicz pt. Zbrodnia w Ponarach 1941–1944 oraz drugiego wydania Zbrodni ponarskiej 1941–1944, powinno być początkiem zmierzenia się z tematem imiennej listy polskich ofiar Ponar”
– podkreślają.
„Wileńskie Ponary – to coś nieporównywalnie gorszego od Oświęcimia i każdego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego, bo z Ponar nikt nie wychodził. Były one miejscem śmierci każdego tu skierowanego. O Oświęcimiu wiedzą chyba wszyscy Polacy. Miejsce to znane jest także w całej Europie i w wielu krajach świata, ale nasza wiedza o Ponarach jest więcej niż uboga”
– powiedział Henryk Sobolewski, żołnierz AK Okręgu Wileńskiego, wiceprezes ZG Stowarzyszenia Łagierników-Żołnierzy AK i Oddziału Gdańskiego Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej.
* * *
Sprawa Ponar została zaakcentowana w procesie w Norymberdze. W późniejszym okresie sowieckie służby sądownicze osądziły kilkudziesięciu sprawców z Ypatingasis Būrys. Zapadło wiele wyroków śmierci i kar długoletniej pracy katorżniczej w obozach na Syberii. Sądownictwo niemieckie było stosunkowo najłagodniejsze wobec sprawców kierowniczych zbrodni w Ponarach. Dowódca wileńskiego oddziału specjalnego Martin Weiss został skazany przez sąd w Würzburgu na dożywocie, jednak w drodze łaski opuścił więzienie już w 1977 r. Ponarami zajmowała się też Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, jednak poza zebraniem szczątkowych informacji nie udało się jej osiągnąć większego przełomu w śledztwie. W latach siedemdziesiątych zdołano jedynie wykryć i skazać pięciu członków oddziału strzelców ponarskich, mieszkających do tego czasu bezpiecznie w Polsce. Także prowadzone po roku 2000 śledztwo Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku zostało umorzone ze względu na brak możliwości wykrycia sprawców. Jednak wielkim walorem tego postępowania jest skompletowanie ogromnej ilości dokumentacji archiwalnej i przesłuchań świadków, które ukazują mechanizm tej zbrodni.
Tekst pochodzi z numeru 9/2023 „Biuletynu IPN”
1 R.Margolis, Wspomnienia wileńskie, Warszawa 2005, s.42.
