Zimą 1940 r. zapadły ważne rozstrzygnięcia, dotyczące ofiar Aktion gegen Universitätprofessoren. Po przeszło dwóch miesiącach, spędzonych w KL Sachsenhausen, doszło do podziału grupy. Nieco ponad setka krakowskich naukowców, którzy ukończyli czterdziesty rok życia i oparli się chłodom, głodowi oraz szykanom, została zwolniona i wróciła do rodzin. Do tego czasu zmarło trzynastu profesorów. Pozostający w obozie młodsi uczeni zmuszeni byli nadal wieść obozowy los, którego dojmującym elementem była także niepewność przyszłości.
Dachau
Na początku marca 43 krakowian, w większości przedwojennych pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, zostało przewiezionych do KL Dachau. Był to pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny, utworzony w 1933 r. i przez lata służący pozostałym za wzór.
Polscy więźniowie, którzy w wyniku niemałej liczby drastycznych przeżyć nawykli do rzeczywistości Sachsenhausen, o wiele łatwiej i szybciej przystosowali się do realiów piekła w jego bawarskim wariancie. Ich sytuację ułatwiała wspomniana tendencja do ujednolicania hitlerowskich placówek tego typu. Prócz ostrzejszego klimatu, solidniejszych baraków i pościeli w łóżkach w nowym miejscu nie znaleźli wiele nowego.
Inaczej niż w Oranienburgu, gdzie funkcjonowali na nieco innych prawach, w Dachau krakowian objął bezwzględny obowiązek pracy. Rodzaje zajęć znacząco różniły się od siebie. Cześć z nich, jak przewożenie piasku z miejsca na miejsce, urągała racjonalności i służyła tylko uprzykrzaniu życia.
Wiele prac – np. w otoczonej ponurą sławą żwirowni – było nadzwyczaj eksploatujących i, w warunkach niedożywienia oraz bestialstwa nadzorców, często oznaczały odroczony w czasie wyrok śmierci. Zajęcia lepsze – np. w kuchni czy obozowej kancelarii – zarezerwowane były dla więźniów uprzywilejowanych, wśród tych zaś z zasady nie było wówczas Polaków.
Professoren aus Krakau
Według psychiatry Zdzisława Ryna dla przetrwania w obozie koncentracyjnym kluczowe znaczenie miała więź grupowa, tworząca się między więźniami. Słuszność tej oceny potwierdzają losy krakowskich naukowców. Wspólnota między nimi okrzepła jeszcze w Sachsenhausen, gdzie na znak zbratania wszyscy zaczęli mówić sobie po imieniu.
O mechanizmie grupowej obrony przed zagrożeniami, który doskonale sprawdził się w Dachau, pisał świadek – historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego Henryk Batowski:
„Kto nie był dość sprytny i przedsiębiorczy, kto nie myślał usilnie, jak się uodpornić na warunki, ten oczywiście bądź ginął, bądź też przeżywał byt obozowy w sposób najbardziej pożałowania godny. Tymczasem w naszym wypadku młodość i zawziętość […] sprawiła, że postanowiliśmy »nie dać się«, a przykładowi energicznej większości dała się pociągnąć i grupka słabszych duchowo. Grupa nasza, zdyscyplinowana wewnętrznie, zdecydowana przetrwać w każdym wypadku”.
Choć grupa krakowska składała się w tym czasie z ludzi względnie młodych, byli to wyłącznie inteligenci (w większości doktorzy i docenci), na ogół nienawykli do pracy fizycznej. Niedługo po przyjeździe zaczęli oni poszukiwać komanda, w którym praca byłaby mniej uciążliwa, a przy tym możliwie bezpieczna. Uwagę obecnych wśród nich przyrodników zwróciła tzw. plantacja, czyli Ogród ziołowy Dachau (Kräutergarten Dachau). Było to zarządzane przez SS, przylegające do obozu kilkudziesięciohektarowe gospodarstwo ze szklarniami i inspektami, w którym hodowano m.in. służące do pozyskiwania witaminy C mieczyki, składniki ersatzu pieprzu, zioła i warzywa.
W kwietniu 1940 r. na plantację dotarła wiadomość o obecności w obozie „profesorów z Krakowa”. Powstał tam pomysł, aby wykorzystać fachową wiedzę polskich więźniów na temat roślin i metod upraw. Wysunięcie tej idei przez jednego z esesmanów wiązało się prawdopodobnie z rywalizacją personalną oraz chęcią zabłyśnięcia przed przełożonymi nadzwyczajnymi (i odpowiednio zyskownymi) rezultatami prac w gospodarstwie.
Podczas pierwszej rozmowy, w której chodziło o rozpoznanie możliwości wciągnięcia do komanda Plantage Polaków, ich reprezentantem był znakomicie posługujący się językiem niemieckim docent Wiktor Ormicki.
Oddział Naukowy
Uczony ten w sposób bardzo sugestywny przedstawił walory kolegów jako specjalistów w dziedzinie agronomii i biologii. Wkrótce doszło do kolejnych kontaktów, podczas których nadzorcy starali się skontrolować istotną wiedzę krakowian na temat uprawy roślin.
Wyniki rozmów okazały się dla Polaków pozytywne, o co nie było tak trudno, jeśli weźmie się pod uwagę, że po stronie SS „egzaminatorem” był absolwent średniej szkoły ogrodniczej. Niebawem za zgodą dowództwa obozu w Dachau na plantacji powstał Oddział Naukowy (Wissenschaftliche Abteilung) – placówka, której zadaniem było prowadzenie prac badawczych, służących podniesieniu wydajności i opracowywaniu nowych metod upraw istotnych dla gospodarki III Rzeszy roślin.
Oddział naukowy stał się swoistą machiną przetrwania – być może najważniejszym wynalazkiem w życiowym dorobku swoich (skądinąd wybitnych w wielu specjalnościach) twórców. Wykazując bezwzględną solidarność, odwagę i inteligencję krakowianie zdołali do maksimum wykorzystać nadarzającą się okazję.
Projekt utworzenia zaplecza naukowego Kräutergarten Dachau bez wątpienia miał racjonalne podstawy, na plantacji niemal nie było bowiem pracowników o rzetelnej wiedzy agronomicznej. Krakowianie bardzo szybko zorientowali się, że oznacza to także brak ludzi, którzy mogliby kompetentnie ocenić ich postępy w pracy.
Powstał wówczas pomysł rozpoczęcia z Niemcami gry pozorów, polegającej na zgłaszaniu inicjatyw dalszych długofalowych badań o mało wymiernych rezultatach, mnożeniu komórek Oddziału, wciąganiu do pracy kolejnych naukowców nie-przyrodników, rozbudowywaniu skomplikowanej i formalnie bardzo przekonującej sprawozdawczości. Celem było rozszerzanie pola bezpiecznej pracy, utrzymywanie fasady pożytecznej fachowości oraz zyskiwanie na czasie.
Późną wiosną 1940 r. KL Dachau wizytował Heinrich Himmler, który zapoznał się z pracami komórki naukowej i ją zaakceptował. Wkrótce polscy naukowcy otrzymali pomieszczenie do pracy. Część z nich badania (ale głównie „badania”) mogła prowadzić siedząc przy stołach w zacisznym i stosunkowo ciepłym wnętrzu. Do dyspozycji otrzymali książki i czasopisma, a później także materiały laboratoryjne. Niebawem w ramach Wissenschaftliche Abteilung pojawiły się nowe działy: pomiarów plantacji, meteorologiczny, geologiczny. Do powstających komórek wciągano matematyków, psychologów, prawników, historyków. Stanisław Skowron wspominał:
„Do działu biologicznego należą farmakolog, krystalograf, biolog, chemicy, botanik, zoologowie, historyk i geograf, wykresy sporządza prawnik, a glebę badają geologowie. Wszystko oczywiście nasi koledzy. Fachowość kwitnie. Psycholog referuje wyższemu oficerowi SS […] wyniki prac badawczych, farmakolog i ja udzielamy wyjaśnień w spornych sprawach chorób roślinnych, a historyk Piwarski wyciąga daleko idące wnioski co do wpływu ciepłoty gleby na rozwój systemu korzeniowego majeranku. Dopiero w Trzeciej Rzeszy dowiedzieliśmy się o naszych wszechstronnych uzdolnieniach”.
Część krakowian pracowała w szklarniach, które – gdy uprawiane w nich rośliny urosły – dawały spore możliwości ukrywania się przed esesmanami. Przydział ten pozwalał także na podjadanie „plonów” i uzupełnianie w ten sposób diety o bardzo potrzebne witaminy. W końcu poza plantacją pozostało zaledwie kilku członków grupy, którym udało się zająć porównywalnie bezpieczne miejsca pracy.
Oddział naukowy stał się swoistą machiną przetrwania – być może najważniejszym wynalazkiem w życiowym dorobku swoich (skądinąd wybitnych w wielu specjalnościach) twórców. Wykazując bezwzględną solidarność, odwagę i inteligencję krakowianie zdołali do maksimum wykorzystać nadarzającą się okazję. Udało im się utworzyć azyl i utrzymać jego istnienie z dala od wyniszczającej pracy. Wypracować uzasadnienia swojej działalności, które w sporej mierze broniły ich przed brutalnością nadzorców. Zdołali także zyskać dostęp do dodatkowego pożywienia.
Godne szczególnego podkreślenia jest to, że krakowianie przez wiele miesięcy bez żadnych konsekwencji oszukiwali obozowy aparat. Jedną z ważnych części machiny był swoisty „nepotyzm”. Jak wspominał Stanisław Urbańczyk:
„jeżeli tylko jeden [członek grupy] pojawił się na dobrym stanowisku, z góry było wiadomo, że w najbliższym czasie pojawią się dalsi”.
Neumann, Friedrich i Vogt
Tak rozumiany koncept Oddziału Naukowego nie mógłby przetrwać, gdyby wśród niemieckiego personelu plantacji nie znalazły się osoby wobec krakowian konsekwentnie życzliwe. W obszernych niekiedy relacjach wybitnych naukowców-pamiętnikarzy: Józefa Hany, Stanisława Leszczyckiego, Kazimierza Piwarskiego, Skowrona czy Urbańczyka zachowały się dość jednolite w tonie wspomnienia o tych ludziach. Głównym organizatorem złożonego z Polaków komanda był SS-Untersturmführer Paul Neumann. Oficer ten, nazywany „Pawełkiem”, uczonych traktował z szacunkiem, wielokrotnie chronił ich przed zagrożeniem ze strony swoich kolegów (choćby krążącego po plantacji „zwyrodnialca” Wolfganga Seussa) i przymykał oko na ewidentne z czasem przejawy pracy pozorowanej.
Po przeniesieniu Neumanna jego rolę przejęła cywilna farmaceutka Traute Friedrich, która także dobrze zapisała się w pamięci krakowian. Hano pisał, że była to
„miła i niezwykle dobrze wychowana młoda osoba, […] niezmiennie uprzejma, życzliwa”.
Funkcję kierownika plantacji pełnił Hauptsturmführer Emil Vogt. Bez wymienionej trójki machina przetrwania nie mogłaby działać i pracować sprawnie.
* * *
Wiosną 1940 r. rozpoczęły się pierwsze zwolnienia przebywających w Dachau ofiar Sonderaktion Krakau. Dotyczyły one pojedynczych naukowców, w których sprawie szczególnie intensywnie interweniowano. Powroty do domu na większą skalę miały miejsce pod koniec 1940 i na początku 1941 r. Ostatecznie z obozu wróciło 42 z 43 krakowian. Jedynym, który się nie uratował, był należący do najważniejszych twórców machiny przetrwania Wiktor Ormicki. Ten wybitny geograf w Dachau przyznał się wobec nadzorców do żydowskich korzeni. Zginął w KL Gusen we wrześniu 1941 roku.
Jakkolwiek historia krakowian może stanowić przedmiot fascynującego studium przypadku, nie może przysłaniać tragedii tysięcy więźniów, którzy wolności nie doczekali. Spośród ponad 200 tys. osadzonych, reprezentujących kilkadziesiąt narodowości, życie w Dachau straciło ok. 41 tys. ludzi.
