Organizator wywiadu Polski Niepodległej i wszechstronny intelektualista (studia: filozofia w Krakowie, architektura w Mediolanie, prawo w Dorpacie, nauki rolnicze w Warszawie). W czasie wojny – organizator życia politycznego emigracji za oceanem (Komitet Narodowy Amerykanów Polskiego Pochodzenia, Instytut Józefa Piłsudskiego).
Zasłynie artykułem „Wola Polski” (1941), jednym z fundamentów rodzącej się – w obliczu rządowej miękkości ustępstw wobec Sowietów i zachodnich sojuszników – formacji niezłomnej. Przywoływany, obok Zygmunta Nowakowskiego, jako spadkobierca stylu i ducha pisarstwa Maurycego Mochnackiego.
Atrybut wizerunku: sztaba złota (Matuszewski brawurowo uratował i wywiózł – przez Rumunię, Turcję, Syrię do Francji – 75-tonowy skarb Banku Polskiego w 1939 r.). Miasto wyjścia z ojczyzny: Warszawa. Miejsce wygnania: Nowy Jork.
Sztaby: Instynkt i pasja
Czy pozował Witkacemu? Możliwe! Jeśli tak, to podobizna nie przetrwała katastrof. Wizyjność tamtego portretu wyręczy wykonany w bliźniaczej technice współczesny wizerunek. Pop-artowa twarz i umowność sylwetki z komiksu przywodzą na myśl bujność modela w pasteli. Feeria tła, kłębiące się w kreskach art déco kolory obejmą niepospolite życie. Nawet na tle tak doświadczanej dziejowym fatum generacji. Według Wacława Alfreda Zbyszewskiego Matuszewski to także „pasja władzy, ale i jej instynkt”.
„Motor myślenia miał fantastyczny” – kontynuuje brat ukazanego w tym cyklu Karola Zbyszewskiego. Zygmunt Nowakowski natomiast uzna oficera za – wcale nie w przenośni – Argonautę! Żona-olimpijka uczestniczy w ciężkiej, złotej epopei: Łuck – Śniatyń – Konstanca – Stambuł – Bejrut – Tulon. Znów Nowakowski:
„To był twórca w rzetelnym słowa znaczeniu”.
Dzisiejszy biograf-wydawca pism wprowadzi swego bohatera z uwagą:
„Ignacego Matuszewskiego zrodziła poezja. To w niej szukał Ojczyzny”.
Przyjaciel Jana Lechonia i Kazimierza Wierzyńskiego, ochrzczony ezoterycznym mianem „Hirama”. Wspólnie wzbudzą podwaliny „Polskiego Nowego Jorku” (istniejącego obok takiegoż Londynu i Paryża). Wierzyński widział w nim pierwszego z Polaków, co
„przewidział, że wojna ta, z której Polska miała wyjść w rzędzie zwycięzców, może skończyć się klęską”.
Pierwszego, który „odgadł, iż grozi nam nowy rozbiór i nowa niewola”. Który „dostrzegł, skąd to widmo nadciąga”. Bił „na trwogę i wołał o niebezpieczeństwie”.
Wysokie próby: Ogromna wolnością, choć mała
Najgłośniejszy krzyk Matuszewskiego wykrzesa z Hemara dwa wiersze, „Żywą torpedę” i – właśnie – „Wolę Polski”. Zbyszewski oceni, że
„nareszcie odezwał się człowiek, którego każde słowo było pobudką, każde zdanie programem”.
Zresztą „Matuszewski pisał każdy artykuł tak jakby to było oświadczenie rządu”. Nowakowski powie o tekście – „prawdziwie artykuł pierwszej potrzeby”. Uchyli rąbka warsztatu:
„Tytuł pierwotny brzmiał »Mała Polska«. Zmieniłem go na »Wola Polski«”.
Wyjściowy nagłówek wyrósł z ostatnich dwóch par wersów.
Brzmią one:
„Mała, najmniejsza Polska wchodziła w tę wojnę. Może z niej wyjść powiększona albo nie wyjść wcale. Ale nie może wyjść z niej pomniejszona. Bo broni przed takim wyrokiem nie złoży”.
Marian Hemar wtóruje:
„I nie musi być Polska z tej mocy i męstwa,
Które tylko na klęski stać, nie na zwycięstwa.
[…] Ale musi być wolna – u siebie. Ogromna
Wolnością, i czym wielka, tym musi być skromna”.
Manifest ma potem przynajmniej dwa tajne wydania w Warszawie. Drukujący go jako pierwszy Mieczysław Grydzewski donosił Wierzyńskiemu, że
„zrobił furorę, u wszystkich, bez różnicy przekonań. Jest już przełożony przez Zbyszewskiego i na przyszły tydzień idzie do składania”.
Ukazał się w kilku edycjach pt. „What Poland wants”, a jako tłumacz podany jest Ronald Viner. W przypisach do korespondencji ostatnio wskazano, że może to Karol Zbyszewski? Kryptonim kryje raczej jednak brata, skoro ten ogłosi nekrologi Matuszewskiego w „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” oraz w „Wiadomościach”. Raz jeszcze Grydzewski do Wierzyńskiego – o Wacławie Alfredzie: „Chce napisać o Matuszewskim książkę”. Poeta odpowie:
„Zbadaj, czy zamiar Zbyszewskiego nie przeminie z wiatrem, bo to przecież lekki narwaniec”.
Przeminął.
Medale: Nie-wystrzelony nabój
„Wybór pism” sześć lat później wydadzą przyjaciele. Lecz od razu, w 1946 r. Lechoń wyrokuje: „Ignacy Matuszewski był Mochnackim emigracji powrześniowej”. Uzasadni:
„Jak Mochnacki cierpiał straszliwie, wiedząc na pewno, że on ma rację, że on wie, co robić należy i widząc, jak rady jego były lekceważone…”.
Jak wiemy, podobne romantyczne przyrównanie dał w prezencie jeszcze komuś. Wątpliwość rozstrzygnie wyjaśniając „Grydzowi”:
„Nowakowskiego uważam po Matuszewskim za najwybitniejszą pozycję publicystyczną na emigracji”.
A jak Maurycego Mochnackiego widział wyróżniony? Czytamy w „Orientacjach” z 1942 r.:
„Zatruta formuła: »Musimy się oprzeć o Niemcy albo o Rosję, bo nie możemy ostać się sami« – przeżyła rozbiory. Cały wiek XIX jest zmaganiem z tą trucizną. Ci, co jak Kościuszko, jak Dąbrowski, jak ks. Józef, jak Wysocki, jak Mochnacki, jak Traugutt, jak Piłsudski odrzucają tę formułę, ci, którzy wierzą, że ostać się musimy sami – ci są w mniejszości. Ale są już. I dlatego Polska, która w wieku XVIII szła do upadku, w wieku XIX idzie do odrodzenia”.
Dokąd pójdzie w następnych stuleciach?
Kiedy indziej Matuszewski wpada w podziw:
„W ciągu jednej nocy Mochnacki obalał dzieło Lubeckiego – i Polska szła za nim”.
To mu się marzyło! Niestety, nigdy sceny dla siebie nie zdobył. Punktował dalej W.A. Zbyszewski: „Matuszewski to nabój nie-wystrzelony, pocisk, który nie wybuchł”. Dlaczego?
„Zagrała tu niechęć polska do ludzi wybitnych. Polacy mogą jeszcze znieść ludzi ponad przeciętną inteligentnych, o ile się z nią łączy słabość charakteru…”.
I karaty (karate)…
Zamiast tego – od 1943 r. stygmatyzująca rejestracja przez Amerykanów jako „foreign agent” (obcy agent). Inwigilacja, kontrola korespondencji i bankowego konta, wymóg meldowania się na policji, nakaz sprawozdań kwartalnych, ulokowanie przez FBI agentury w jego otoczeniu oraz nachodzenie przez funkcjonariuszy… Do tego nagonka propagandowa. Sławomir Cenckiewicz:
„Musiał być przez administrację Franklina D. Roosevelta (ale i Harry’ego Trumana, który antykomunistycznej reorientacji dokonał na dobrą sprawę dopiero w 1947 r.) znienawidzony…”.
Wszak główny konkurent do miana Mochnackiego o autorze „Woli Polski” głosił:
„Odszedł od nas, gdy był najpotrzebniejszy”.
Ten „żołnierz, minister, publicysta i polityk” został „faktycznym politycznym przywódcą wychodźstwa polskiego w Ameryce i całego obozu niepodległościowego emigracji”. Realny „polski minister propagandy”. Tajemnicą zabrzmi opinia Zbyszewskiego, że wśród Polaków amerykańskich rywali on nie miał:
„I przyjść musiała ta nieuchronna chwila, gdy nie tylko w Stanach to zrozumiano”.
Gdy Nowakowski zagai lirycznie: „Tylko serce jego, serce Polaka nie wytrzymało rozmiaru nieszczęścia”, Zbyszewski załomocze prozą:
„Udar serca skosił go […] w sile wieku, w wieku, który dla polityka jest jeszcze młodością”.
Inne niż Lechoń zbuduje pokrewieństwo:
„Gdyby Bismarck umarł w jego wieku – 54 lata – nie stworzyłby cesarstwa niemieckiego; Cavour nie zjednoczyłby Włoch…”.
Uważał „wybuch trzeciej wojny za nieunikniony, cały swój wysiłek skierował na to, by go przyspieszyć”. Dowodów brak, lecz aż ciśnie, by zagabnąć: a może to nie udar, może to czyjaś ręka?
Tekst pochodzi z serii „Londyn żywy” – niezłomni emigranci strzelający z piór
