Wszelkie zarządzenia niemieckie służyły stworzeniu sytemu ekonomicznego, który nastawiony był na maksymalny wyzysk ludności polskiej, a także w jeszcze większym stopniu żydowskiej. Powyższe w szczególności dotyczyło stolicy, którą naziści uważali za główny ośrodek oporu wobec swoich rządów.
Obostrzenia w handlu
Na początku października 1939 r. władze miejskie Warszawy zorganizowały aprowizację żywności, polegającą na stworzeniu sieci komitetów blokowych w różnych częściach miasta, których zadaniem było dostarczenie ludności chleba. System funkcjonował sprawnie do dnia 2 grudnia 1939 r. Wówczas Niemcy specjalnym zarządzeniem wprowadzili na terenie całej Warszawy system kartkowy. Przydziały dla ludności polskiej były nieporównanie mniejsze niż dla ludności niemieckiej. Warto też wspomnieć, iż Polacy otrzymywali wielokrotnie niższe wynagrodzenie od Niemców, za które i tak mogli kupić tylko konkretne produkty w określonej ilości i zazwyczaj niskiej jakości.
Cały handel hurtowy został przejęty przez Niemców i został skierowany na ich potrzeby. Wobec ciągłego ograniczania dostępu do towarów dla ludności polskiej, handel detaliczny natrafił na poważne utrudnienia. Dodatkowo, kupcy byli nieustannie narażeni na różnego rodzaje kontrole władz okupacyjnych. W obawie przed rekwizycją towaru w sklepach nie prezentowali całego dostępnego asortymentu, na wystawach i półkach sklepowych pozostawiali jedynie niewielkie ilości danego towaru, ukrywając większość w magazynach. Do transakcji najczęściej dochodziło przez rozbudowaną sieć pośredników, co miało swoje odbicie w cenie.
Na początku października 1939 r. władze miejskie Warszawy zorganizowały aprowizację żywności, polegającą na stworzeniu sieci komitetów blokowych w różnych częściach miasta, których zadaniem było dostarczenie ludności chleba. System funkcjonował sprawnie do dnia 2 grudnia 1939 r.
Na warszawskich ulicach narodził się handel uliczny, notorycznie zwalczany przez Niemców. W pierwszej kolejności okupanci zakazali sprzedaży produktów spożywczych i wyrobów tytoniowych. Następnie, Niemcy zaczęli wymagać od sprzedających odpowiedniego zezwolenia policji na handel, a także dokumentu poświadczającego pochodzenie towaru. Ostatecznie, dnia 5 stycznia 1940 r. komisaryczny prezydent Warszawy – Oskar Dengel – wydał całkowity zakaz handlu ulicznego. Wówczas wielu handlujących stało się tzw. domokrążcami, omijając w ten sposób skierowane przeciw nim zarządzenie.
Ośrodkami handlu w okupowanej stolicy były targowiska, zarówno legalne, np. na placu Narutowicza, jaki i cały szereg ulic i placów, które samoistnie zapełniały się ludźmi oferującymi swoje towary i usługi. Niemcy co jakiś czas przeprowadzali obławy na placach targowych. Zarządzeniem z dnia 18 marca 1943 r., władze okupacyjne zdecydowały się uporządkować targowiska. Od tego dnia handel w mieście mógł się odbywać tylko w wyznaczonych do tego celu miejscach. Były to: Hale Mirowskie, tzw. bazar Janasza, targowiska na placu Kazimierza Wielkiego i na ul. Marymonckiej, Koszyki oraz bazar na placu Szembeka i bazar Różyckiego mieszczący się przy ulicy Targowej 54.
Ciężki żywot warszawiaków
Niemieckie działania jednak nie zlikwidowały nielegalnego rynku usług i towarów. Warszawiacy prowadzili handel, chwytając się różnych metod, w zależności od przedwojennego statusu społecznego, od zgromadzonych dóbr, wreszcie od osobistych umiejętności i kontaktów.
Wielu przedstawicieli inteligencji dysponowało zasobnym majątkiem, dlatego podstawowym źródłem ich utrzymania stała się wyprzedaż biżuterii, mebli, odzieży czy księgozbiorów. Było to bardzo ryzykowne zajęcie, ponieważ za handel precjozami groziła kara śmierci lub wywózka do obozu koncentracyjnego. Mimo to w okupacyjnej Warszawie kwitł nielegalny handel książkami czy też dziełami sztuki. Nabywcy traktowali to jako lokatę kapitału, zwłaszcza wobec całkowitego braku zaufania do okupacyjnych banknotów, tzw. „młynarek”, emitowanych przez (powołany przez Niemców) Bank Emisyjny.
Większość zakładów przemysłowych, zwłaszcza metalowych i zbrojeniowych, została odebrana prawowitym właścicielom i przeszła na własność Niemców. Spowodowało to, że również działalność mniejszych firm, współpracujących z wielkimi potentatami warszawskiego przemysłu, została wstrzymana. W tej sytuacji handlowcy zaprzestali przedwojennej konkurencji i zaczęli łączyć siły w spółkach akcyjnych z ograniczoną odpowiedzialnością, które szukały dla siebie nowych źródeł dochodów. Jednym ze sposobów zarobku był wynajem nieruchomości czy placu pod działalność warsztatu, kawiarni czy restauracji, które dość dobrze funkcjonowały w okupacyjnej rzeczywistości i były najpopularniejszymi punktami wymiany towarów oraz prowadzenia interesów i spotkań ludzi czarnego rynku.
W bardzo trudnej sytuacji materialnej znaleźli się robotnicy warszawscy. Jak już wspomniano, Niemcy na terenie Generalnego Gubernatorstwa początkowo nastawieni byli tylko na rabunek polskiego majątku, w tym również zakładów przemysłowych, które notorycznie grabiono, wywożąc ocalałe wyposażenie do Rzeszy. Jednak w 1940 roku nastąpiła zmiana i okupanci zaprzestali niszczenia fabryk, zaczęli remontować zakłady i budować nowe. Wznowiono produkcję przemysłową, którą skierowano na niemieckie potrzeby.
W fabrykach panowały ciężkie warunki, zwłaszcza w strategicznie ważnym przemyśle zbrojeniowym. Pensje były bardzo niskie, a pracownicy poddawani byli surowej kontroli, nie mogli również samowolnie zwolnić się z pracy. Ponieważ Niemcy zakazali podwyższania robotnikom pensji, kierownicy fabryk przyznawali im deputaty w postaci towarów, m.in.: żywności, węgla lub odzieży, które to później robotnicy nielegalnie sprzedawali. Częstą praktyką była też kradzież gotowych produktów wytworzonych w fabryce, a także urządzeń czy narzędzi, wykorzystywanych w nielegalnych warsztatach, w których robotnicy pracowali po godzinach za wyższe wynagrodzenie, i sprzedaż ich później na czarnym rynku. Bardzo opłacalnym zajęciem była też praca na kolei, zwłaszcza przy wyładunku węgla, którym robotnicy handlowali nielegalnie.
Ponieważ Niemcy zakazali podwyższania robotnikom pensji, kierownicy fabryk przyznawali im deputaty w postaci towarów, m.in.: żywności, węgla lub odzieży, które to później robotnicy nielegalnie sprzedawali. Częstą praktyką była też kradzież gotowych produktów wytworzonych w fabryce, a także urządzeń czy narzędzi.
W innej sytuacji znalazł się handel żydowski. Niemcy odebrali Żydom wszystkie banki i fabryki, pozostawiając w ich ręku jedynie drobne sklepy, które musiały być oznakowane. Handel w getcie początkowo był kontrolowany przez niemiecki Urząd Transferowy (Transferstelle). W praktyce oznaczało to, iż okupanci skupili w swoich rękach cały oficjalny obrót towarów pomiędzy gettem a pozostałą częścią Warszawy. Urząd ten za własne pieniądze kupował towary dla getta, które składowano na Umschlagplatzu, gdzie znajdowała się granica celna dzielnicy żydowskiej.
Po 1941 roku Niemcy stworzyli w getcie tzw. szopy – manufaktury, działające na zasadzie pracy nakładczej. Do zakładu Niemcy przywozili surowce, a następnie otrzymywali gotowe produkty. W getcie Niemcy stłoczyli ponad 400 tys. osób. Ciasne ulice, pełne gwaru i zgiełku, zostały opanowane przez ulicznych handlarzy, którzy sprzedawali swoje towary, zazwyczaj pochodzące ze szmuglu, po cenach wyższych niż oficjalne.
Dostarczaniem nielegalnych towarów do stolicy zajmowali się tzw. szmuglerzy. Początkowo były to przeważnie żony robotników i tramwajarzy, kobiety pochodzące ze wsi, które miały tam swoje rodziny. Obdarowane przez najbliższych, wracały do miasta z towarem, przeznaczając go częściowo na domowy użytek, a częściowo na sprzedaż. Z czasem proceder ten stał się coraz bardziej dochodowy, wytworzyły się grupy przemytnicze, przedsiębiorstwa szmuglerskie, mające własne środki transportu, a także kurierów, księgowych, a nawet opłaconych żołnierzy niemieckich, którzy „przymykali oko” na szmugiel lub też czasami konwojowali nielegalny towar.
Czesław Madejczyk w książce pod tytułem „Polityka III Rzeszy w okupowanej Polsce” wyróżnił trzy grupy warszawskich szmuglerów. W pierwszej z nich były osoby przewożące towar na potrzeby domowe – do 40 kg. W czasie podróży pociągiem przemycali żywność, obwiązując się nią wokół własnego ciała lub mocowali pod ubraniem specjalne haki, na których wieszali mięso i wędlinę. Drugą grupę stanowili drobni przemytnicy, handlujący większą ilością towaru, który ukrywali w specjalnie skonstruowanych na ten cel skrytkach czy ślepych ściankach, znajdujących się w wagonie kolejowym lub też pod węglem w lokomotywie. Co kilka dni wyprawiali się poza Warszawę, do swoich zaufanych pośredników, którzy skupowali od chłopów żywność. Niektórzy wozili ze sobą artykuły przemysłowe, (głównie odzież i obuwie), dokonując transakcji wymiennych bez gotówki. Nielegalny towar przywieziony do stolicy przemytnicy ukrywali u zaprzyjaźnionych sklepikarzy, właścicieli składów, których musieli opłacać, co powodowało z kolei wzrost ceny.
Ostatnią z wyróżnionych grup byli przedsiębiorcy, którzy tworzyli nielegalne spółki, wyspecjalizowane w pośrednictwie lub dystrybucji towarów. Dysponowały one znacznymi środkami finansowymi i prowadziły handel na dużą skalę, również z Niemcami.
Czarny rynek, zwłaszcza produktów spożywczych, nierozerwalnie wiązał się z wsią. W majątkach ziemiańskich i gospodarstwach chłopskich szmuglerzy zaopatrywali się w żywność, którą sprzedawali później w stolicy. Poszczególne miejscowości podwarszawskie wręcz wyspecjalizowały się w produkcji konkretnych produktów. Karczew był najważniejszym punktem zaopatrywania się szmuglerów w mięso, w gwarze okupacyjnej nazywany był nawet „Prosiakowem”, Jabłonna i Legionowo były dostarczycielem alkoholu, z Grójca i Nowego Miasta nad Pilicą szmuglowano przeważnie mąkę, kaszę, pszenicę i ziemniaki, z Rembertowa natomiast tytoń.
Przemyt w getcie odbywał się najczęściej w popołudniowych godzinach lub nocą. Wówczas w oknach kamienic stojących wzdłuż muru pojawiali się ludzie, których zadaniem było wypatrywanie żandarmów. Jeśli było bezpiecznie, dawali umówiony sygnał, pojawiał się wóz z zapakowanymi workami, które przerzucano ponad murem.
Osobną grupę szmuglerów tworzyli przemytnicy pracujący dla getta. Głównym miejscem, w którym odbywał się przemyt, był budynek Sądów Grodzkich na ul. Leszno, ponieważ jednym frontem wychodził na polską część Warszawy, a drugą na getto. Przemyt w getcie odbywał się najczęściej w popołudniowych godzinach, kiedy żołnierze niemieccy byli już mniej czujni, lub nocą. Wówczas w oknach kamienic stojących wzdłuż muru pojawiali się ludzie, których zadaniem było wypatrywanie czy w okolicy nie ma żandarmów. Jeśli było bezpiecznie, dawali umówiony sygnał, pojawiał się wóz z zapakowanymi workami, które przerzucano ponad murem. Tam czekali odbiorcy, ukryci w bramach kamienic, którzy wybiegali tylko po to, by odebrać nielegalny towar i na powrót schować się w bramie. Główne zaopatrzenie getta opierało się natomiast na przemycie organizowanym przez najbogatszych Żydów, którzy mogli sobie pozwolić na opłacenie wartowników. Ci w odpowiednim momencie odwracali wzrok i wówczas przez bramę getta wjeżdżały całe kolumny wozów, wypełnione luksusowym towarem: jedzeniem, alkoholem, tytoniem czy kosmetykami i ubraniami.
* * *
Nielegalny rynek był zjawiskiem charakterystycznym dla miast całej okupowanej Europy, jednak w żadnej miejscowości nie osiągnął on takich rozmiarów jak w Warszawie. Było to spowodowane bezwzględną polityką Niemców wobec Polaków, zwłaszcza na terenie Generalnego Gubernatorstwa, które stało się swoistą kolonią, rezerwuarem taniej siły roboczej.
Szmugiel wrósł w okupacyjną rzeczywistość jako zjawisko niezbędne do dalszego funkcjonowania społeczeństwa. Warszawa, z racji swojego położenia, stała się centralnym punktem na mapie czarnorynkowej Polski. Przez stolicę ciągnęły pociągi obładowane żywnością i różnymi towarami, które później trafiały na warszawskie targowiska, ulice i do sklepów. Dzięki skomplikowanej sieci powiązań szmuglerów, pośredników, spekulantów, a nawet niemieckich żołnierzy, czarny rynek rozwijał się prężnie przez cały okres okupacji.
