Kochała hazard, kasyna, brydża, ruletkę i… szydełkowanie. Była stałym bywalcem Toru Wyścigów Konnych na Służewcu. Nie stroniła od mocniejszych trunków i namiętnie paliła papierosy. Kolekcjonowała i kradła popielniczki (szczyciła się nawet zdobyczą z Luwru). Była znawczynią bursztynów i nie kryła swojej słabości do mężczyzn w mundurze. Zadziorna, mówiąca prosto z mostu, z bardzo specyficznym poczuciem humoru i ogromnym dystansem do siebie i świata.
Od architektury do kryminału
Wszyscy znali ją jako Joannę Chmielewską. Naprawdę nazywała się Irena Barbara Kuhn (z d. Becker). Urodziła się 2 kwietnia 1932 roku w Warszawie. Z wykształcenia była architektem, ukończyła studia inżynierskie na Politechnice Warszawskiej. Pracowała w kilku dużych biurach architektoniczno-projektowych, dlatego też to środowisko było częstym miejscem pracy bohaterów jej książek, a koledzy – inspiracją dla kreowanych postaci. Kierownika z „Energoprojektu” sportretowała jako Teodora w „Szajce bez końca”, zaś w Samodzielnej Pracowni Architektoniczno-Budowlanej „Blok” pracował z nią Lesio, który chciał zabić „personalną”. Natomiast przystojny, często przywoływany w powieściach, Diabeł był w rzeczywistości prokuratorem.
Pisać zaczęła około 1958 roku, początkowo do czasopism, m.in. o architekturze wnętrz. Pierwszą maszynę do pisania podarował jej Marian Eile, redaktor naczelny „Przekroju”, gdy z rozbrajającą szczerością oznajmiła, że pisałaby więcej, ale nie ma na czym.
Jej debiut to wydany w 1964 roku „Klin”. Na jego podstawie powstała w 1966 roku adaptacja filmowa „Lekarstwo na miłość” z Kaliną Jędrusik, Krystyną Sienkiewicz i Andrzejem Łapickim w rolach głównych.
Od 1970 roku zajmowała się wyłącznie pisaniem. Choć w książkach opisywała swoich bliskich i znajomych, „oszczędziła” męża i synów. Ponieważ po rozwodzie nie chciała „szargać” nazwiska ex-męża zaczęła używać pseudonimu literackiego. Obdarzoną ogromnym zmysłem obserwacji pisarkę inspirowały głównie absurdy życia codziennego w PRL-u. Nie krępując się dzwoniła na komendę MO, by dopytać o techniczne szczegóły zbrodni. Twierdziła, że alergicznie nie lubi polityki.
Jej powieści osiągały ogromne nakłady i błyskawicznie znikały z księgarń. Czytelników ujmowała optymistycznym przekazem, szalonymi pomysłami i pokrętną logiką swoich bohaterów. Narratorką jej książek jest najczęściej jej alter ego: roztrzepana i zwariowana kobieta, która zawsze wychodzi obronną ręką z przeróżnych perypetii, np. uwalnia się z lochu za pomocą… szydełka („Całe zdanie nieboszczyka”).
Posiadam nawet trzy paszporty, wszystkie czysto teoretycznie…
Joanna Chmielewska dużo podróżowała. Toczyła zatem walkę z Biurem Paszportów, które uprzykrzało jej życie, wymagając każdorazowo zaproszeń uprawniających do starania się o wydanie dokumentu. W przechowywanych w zasobie Archiwum IPN aktach paszportowych Ireny Kuhn znajduje się korespondencja, jaką pisarka prowadziła w tej sprawie. W urzędowych podaniach wybrzmiewa jej charakterystyczny, autoironiczny sposób mówienia i pisania, tak dobrze znany wielbicielom jej książek. W 1985 r. pisała do dyrektora Biura Paszportów MSW:
„Moim źródłem dochodów jest pisarstwo. Specyficzne, z racji istotnych reminiscencji, wypływających z moich podróży po Polsce i poza jej granicami, co z łatwością można stwierdzić w większości moich utworów.
Za granicą bywałam wielokrotnie, przebywając w większości krajów europejskich. Nigdzie nie żebrałam, nie kradłam, nie szkalowałam własnej Ojczyzny, nawet niczym nie handlowałam. Przeciwnie, dzierżyłam wysoko sztandar honoru narodowego, wszędzie pozostawiając po sobie dobre wrażenie i wysokie napiwki. O działalności szpiegowskiej nawet nie wspominam, już chociażby z tej przyczyny, iż nie ma na świecie wywiadu tak idiotycznego, żeby miał ochotę mnie zaangażować.[…]
Paszport posiadam. O ile dobrze liczę, posiadam nawet trzy paszporty, wszystkie trzy jednakże są mi niedostępne, posiadam je zatem czysto teoretycznie. Mnie zaś niezbędne jest posiadanie praktyczne, połączone z możliwością posługiwania się przynajmniej jednym z nich. […]
Na marginesie chciałabym zauważyć, że nigdy i nigdzie nie spotkałam się z komplikacjami wizowymi, a wręcz odwrotnie, często zaskakiwana byłam znajomością mojej osoby i odręcznymi decyzjami.
Proszę zatem uprzejmie, acz z wielkim naciskiem, o zaliczenie mnie do części społeczeństwa praworządnej, niekłopotliwej, nie przynoszącej wstydu Polakom i kosztów skarbowi państwa, dorosłej i odpowiedzialnej i w konsekwencji – zwolnienie mnie z przedstawiania zaproszeń przy zwracaniu o udostępnienie paszportu”.
Chyba nikogo nie zdziwi, że tak dobrze uargumentowana prośba pisarki została („w drodze wyjątku”) załatwiona pozytywnie.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
