Był 56. dzień Powstania Warszawskiego. Kierownictwo Armii Krajowej zdawało sobie sprawę, że los bohaterskiego zrywu stolicy staje się przesądzony. Teraz chodziło już głównie o to, żeby ocalić możliwie jak najwięcej żołnierzy, którzy po kapitulacji mieli wyjść razem z ludnością cywilną, posługując się fałszywymi dokumentami. Ważną rolę miał odegrać w tym planie dowódca II plutonu w kompanii ochrony Sztabu Obszaru Warszawskiego AK („Koszta”), podporucznik Lokajski.
Żołnierzem Armii Krajowej oficjalnie został dopiero w styczniu 1944 roku, chociaż wcześniej w różnych formach angażował się w działalność konspiracyjną. Chciał walczyć, jak młodszy brat Józef (ps. Grot), który organizował transporty zrzutów z terenu do stolicy, oraz siostra Zofia („Zocha”), łączniczka i organizatorka punktów kontaktowych. Władze Polski Podziemnej uważały jednak, że ryzyko jest zbyt duże, nie tylko dlatego, że widniał na liście poszukiwanych przez Gestapo, ale przede wszystkim z powodu jego sportowej przeszłości.
Miano bowiem do czynienia z trzykrotnym mistrzem Polski oraz wielokrotnym medalistą krajowego czempionatu w kilku konkurencjach lekkoatletycznych: skoku wzwyż, pięcioboju oraz rzucie oszczepem, który był jego koronną specjalnością. Olbrzymia miłość do sportu i potrzeba aktywności fizycznej, jaką zarażał w późniejszym okresie również swoich podopiecznych, zyskały mu uznanie i rozpoznawalność, choć gwiazdą sportu nigdy nie został, bo taki status zapewniał dopiero medal olimpijski. Przez moment wydawało się, że jest tego bardzo bliski.
Obiecujący sportowiec
Wiosną 1936 roku zdawał się być w życiowej formie. Na tyle, że przed planowanym na 31 maja meczem Warszawa–Poznań podekscytowany trener naszych lekkoatletów Antoni Cejzik obwieszczał na łamach prasy:
„Najciekawiej zapowiadają się wszystkie rzuty, a sensacyjnie zwłaszcza oszczep, ściślej mówiąc pojedynek Lokajskiego z Turczykiem”
– podawał „Przegląd Sportowy”, nr 45 z 29 maja 1936 r.
Co ciekawe, to wcale nie warszawiak był faworytem, choć dzierżył rekord kraju. Jego pochodzący ze Śląska rywal był za to aktualnym mistrzem Polski.
Powiedzieć, że pojedynek nie rozczarował, to nic nie powiedzieć. Publiczność zgromadzona na stadionie Wojska Polskiego w stolicy była świadkiem historii. Już pierwszy rzut Turczyka minął chorągiewkę z rekordem Polski, na co natychmiast rekordem odpowiedział Lokajski. Żaden nie chciał odpuścić i do ostatniej kolejki trwała zażarta walka, z której zwycięsko wyszedł zawodnik Warszawianki. Ale nie to było najistotniejsze, a wyniki. Obydwaj rzucili ponad 70 metrów, a rezultat Lokajskiego (73,27 m) nie dość, że był lepszy od poprzedniego rekordu Polski o prawie sześć metrów (!), to jeszcze plasował go na drugim miejscu w rankingu światowym za rok 1936. Nikt wtedy nie mógł przypuszczać, jak wysoka okaże się jego cena.
Prasa oszalała. „Tej pary oszczepników mogą nam pozazdrościć nawet Finowie”, „Turczyk i Lokajski – nowe nadzieje olimpijskie”, krzyczały tytuły gazet. Analizowano wyniki, przedstawiano sylwetki rywali, przybliżano zasady rywalizacji. Mało kto zwracał uwagę na fakt tego, że do wyjazdu na igrzyska żaden z naszych asów nawet nie zbliżył się do swoich najlepszych osiągnięć.
„Pracują w cichości”
– pisano. Podium w tak klasycznej, prestiżowej konkurencji lekkoatletycznej wydawało się w zasięgu ręki…
Historia sportu przepełniona jest przykładami porażek zawodników, którym wieszano na szyi medale przed rozpoczęciem rywalizacji. Tak było i tym razem. Ale zanim zdążyli wystartować, doszło do dramatu. Już na miejscu, w Berlinie, na cztery dni przed najważniejszym występem w karierze, Lokajski oddał rzut treningowy, po którym poczuł przeszywający ból. Naderwany został mięsień barkowy, donoszono też o bólu w krzyżu. Już samo podniesienie ręki było nie do zniesienia, a co dopiero wykonanie rozbiegu z oszczepem w górze. Można przypuszczać, że heroiczna rywalizacja przed dwoma miesiącami zakończyła się jakimś mikrourazem, bo filigranowy jak na oszczepnika warszawiak najprawdopodobniej nie był przygotowany na taki wysiłek, a każdy następny rzut tylko pogłębiał kontuzję.
O ile eliminacje udało się jeszcze jakoś przeskoczyć, to finał wydawał się już zbyt dużym wyzwaniem.
„Stanął na starcie oklejony, jak rozbity garnek. Zdobył się tylko na 2 rzuty, które dały mu wcale zaszczytne 7 miejsce”
– donosił z Berlina korespondent gazety „Dzień dobry!” (nr 218 z 7 sierpnia 1936 r.).
„Nie mogłem rzucić dalej. Czułem, że wszystko rwie się we mnie i pęka. Jeden większy wysiłek i mógłbym zostać inwalidą na całe życie”
– wyjaśniał zawodnik. Najlepiej ten występ podsumowała po latach siostra:
„Uważam, że ten start był jego największym bohaterstwem. Poniósł porażkę w walce z zawodnikami, którzy mieli największy atut – zdrowie”.
Tego akurat nie zabrakło naszemu drugiemu faworytowi, ale jak było widać i jego forma przyszła zdecydowanie za wcześnie. Walter Turczyk zajął dopiero 10. miejsce i w niczym nie przypominał kogoś, kto dwa miesiące wcześniej zadziwił sportową Polskę. Podobnie jak Lokajski, już nigdy nie zbliżył się do swojego rekordowego osiągnięcia. Wyglądało to tak, jakby jeden bez drugiego nie umiał funkcjonować. Ale tylko na niwie sportowej, bo przyszłość pokazała, że ich życiowe wybory okazały się diametralnie różne.
Uraz Lokajskiego praktycznie zakończył jego marzenia o rywalizacji ze światową czołówką. Nieliczne starty przeplatane były długimi tygodniami leczenia, m.in. w sanatorium w Hohenlyngen, gdzie niemiecki związek lekkoatletyczny zaoferował oszczepnikowi bezpłatną rekonwalescencję. Kontuzja nabrała charakteru przewlekłego, a ówczesna medycyna nie była w stanie odtworzyć pełnej sprawności sfatygowanych mięśni. Zresztą nawet i w dzisiejszych czasach byłoby to szalenie trudne.
Na szczęście pozostawała ciągle satysfakcja z pracy pedagogicznej. Mistrz pracował jako nauczyciel WF w warszawskim gimnazjum im. Mikołaja Reja oraz jako instruktor w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego na Bielanach. Uwielbiał pracę z młodzieżą; jeszcze w sierpniu 1939 r. prowadził obóz sportowy. Misji swojej nie przerwał również po rozpoczęciu wojny. Tylko już w nieco innej, okupacyjnej rzeczywistości.
Powstańczy fotoreporter
Wcześniej wziął udział w kampanii wrześniowej jako dowódca plutonu w 35. Pułku Piechoty. Po wkroczeniu Armii Czerwonej został aresztowany w okolicach Brześcia nad Bugiem, ale udało mu się uciec z transportu. Późną jesienią powrócił do Warszawy. W 1942 roku z przyjacielem, Józefem Skoczylasem, otworzył zakład fotograficzny, zarabiając na utrzymanie i jednocześnie dokumentując wojenne życie stolicy.
W grudniu 1943 roku, w wyniku ran odniesionych w potyczce z żandarmerią niemiecką na Placu Bankowym, zginął Józef Lokajski, żołnierz Armii Krajowej, ps. Grot. Śmierć młodszego brata Eugeniusza załamała matkę. Zadecydowała też o wstąpieniu sportowca w szeregi AK. Zamieniwszy pierwszą i ostatnią literę w pseudonimie brata, zastąpił go również w tej samej jednostce. Ale walczył nie tylko z karabinem.
Na początku sierpnia 1944 r. dostał zdobyczny aparat „Leica” wraz z rozkazem utrwalania na taśmie fotograficznej i filmowej działań powstańczych. Początkowo chodziło tylko o gromadzenie dokumentacji po zabitych żołnierzach i przekazywanie jej rodzinom poległych. Z czasem zdano się całkowicie na talent „Broka” i tym sposobem powstało ok. 1000 fotografii, które doskonale oddają atmosferę tamtych dni. Niektóre obiegły cały świat, a część trafiła również do Archiwum IPN.
24 września 1944 r. otrzymał zadanie zrobienia zdjęć do fałszywych kenkart. Nie mając odpowiedniej liczby klisz, dzień później udał się do zakładu fotograficznego w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 129, będącej pod silnym obstrzałem wroga. Gdy był już w środku, uderzyły dwa pociski artyleryjskie, zamieniając budynek w stertę gruzów. Nie miał szans.
Dopiero w maju następnego roku dokopano się do wnętrza rumowiska. Ciało było pokryte pyłem, ale dzięki temu zachowało się w dobrym stanie. 5 czerwca 1945 r. w wypełnionym po brzegi kościele św. Krzyża odbyło się nabożeństwo, po którym trumna przez morze ruin została odprowadzona na Cmentarz Powązkowski. Sportowca pożegnała cisza oraz trzy kobiety na czele z siostrą, której „Brok” jeszcze przed śmiercią zdążył przekazać wszystkie klisze i zdjęcia.
Przez resztę życia pani Zofia Domańska-Lokajska próbowała je pokazywać światu, ale propagandowy mur złożony z haseł o „bandytach z AK” i „zaplutych karłach reakcji” okazywał się nie do przeskoczenia. Nareszcie pod koniec lat 70. XX w. własnym sumptem udało jej się zorganizować pierwszą wystawę; po niej przyszło kilka następnych. Jednak dopiero po 1989 roku, kiedy w upamiętnianie powstańców włączyło się państwo, zdjęcia brata zaczęły być publikowane w różnych wydawnictwach, a po otwarciu w 2004 r. Muzeum Powstania Warszawskiego zbiór negatywów znalazł tam swoje godne miejsce.
* * *
Rekord kraju Eugeniusza Lokajskiego przetrwał 17 lat. Jeszcze pod koniec 1948 r. według tzw. tabeli fińskiej (bez podziału na konkurencje) uważany był za najbardziej wartościowy, obok wyników Janusza Kusocińskiego, rezultat w całej historii polskiej lekkoatletyki. W pierwszej dziesiątce mieścił się też rzut Waltera Turczyka, ale on już nie był zainteresowany polskim sportem. Od 1940 roku reprezentował barwy Rzeszy niemieckiej, a kiedy jego dawny rywal ginął w Powstaniu Warszawskim, walczył w oddziałach SS-Schuetze. Zmarł w 1976 roku w Dolnej Saksonii dożywając 67 lat.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
