Aby pozbyć się polskiej ludności, hitlerowcy umieścili w Łodzi liczne katownie, gdzie w nieludzki sposób znęcano się nad osadzonymi, bez względu na wiek i płeć. Wywożono na roboty i do obozów koncentracyjnych. Ludność żydowską zamknięto zaś w getcie.
Niewielu ludzi pamięta o jednym z najbardziej nieludzkich więzień na terenie Rzeszy, jakim było Rozszerzone Więzienie Policyjne Radogoszcz. Tragedii miejsca dopełnił fakt, że przetrzymywanych tam więźniów zamordowano w przeddzień wkroczenia Armii Czerwonej do Łodzi.
Skala zbrodni w Łodzi i w Polsce jest na tyle duża, że niewielu ludzi pamięta o jednym z najbardziej nieludzkich więzień na terenie Rzeszy, jakim było Rozszerzone Więzienie Policyjne Radogoszcz (Erweitertes Polizeigefängnis Radegast). Tragedii miejsca dopełnił fakt, że przetrzymywanych tam więźniów zamordowano w przeddzień wkroczenia Armii Czerwonej do Łodzi w nocy z 17/18 stycznia 1945 r.
Sama osada Radogoszcz była przed wojną niewielką wsią, znajdującą się na przedmieściach Łodzi. W styczniu 1940 r. władze III Rzeszy zdecydowały się włączyć ją w granice miasta. W związku z tym, że była ona przed wojną zamieszkiwana przez ludność niemiecką i znajdowała się z dala od centrum, naziści uznali, że miejsce to doskonale nadaje się do tego, by umieścić tam katownię. Powstała ona 1 lipca 1940 r. z przekształcenia dotychczasowego obozu (więzienia) zarządzanego przez SS i podporządkowano wówczas Schutzpolizei.
Funkcjonowanie więzienia w latach 1940–1945
Więzienie to uchodziło w trakcie II wojny światowej za jedno z najbrutalniejszych na terenie Kraju Warty. Ludzie panicznie bali się do niego trafić. Przetrzymywano w nim osoby różnych narodowości, choć większą część stanowili Polacy. Znajdowali się tam również obywatele ZSRR, Rzeszy oraz Ukraińcy i Żydzi. Pobyt w nim nie trwał długo, gdyż więzienie miało charakter przejściowy. Więziono w nim osoby, które czekały na przewiezienie do obozu koncentracyjnego lub większego zakładu karnego.
W związku z zapełnieniem łódzkich aresztów znaleźli się tam również więźniowie oczekujący na rozprawy sądowe lub ci, wobec których dopiero prowadzono śledztwo. Zwykle cały pobyt na ternie Radogoszcza nie trwał dłużej niż pół roku, zwykle kilka tygodni. Osadzeni trzymani byli w uwłaczających warunkach, w pomieszczeniach jeszcze do niedawna fabrycznych. W skład więzienia wchodził budynek trzypiętrowy, w którym umieszczono cele, oraz budynek parterowy, w którym znajdowały się m.in. łaźnie, izba chorych czy kuchnia. Nieco z boku, oddzielony od reszty, znajdował się budynek administracyjny.
Sale, w których trzymano więźniów, były nieogrzewane, zaś zimne powietrze wpadało przez powybijane szyby. Spano i chodzono w rzeczach, w których więzień przyjechał. Co oznaczało, że osoby, które trafiły do niego latem, nie miały nawet czym się okryć zimą. Wyżywienie było głodowe.
Całe więzienie otoczone było wysokim murem zakończonym drutem kolczatym, a na rogach umieszczono wieżyczki strażnicze. Sale, w których trzymano więźniów, były nieogrzewane, zaś zimne powietrze wpadało przez powybijane szyby. Spano i chodzono w rzeczach, w których więzień przyjechał. Co oznaczało, że osoby, które trafiły do niego latem, nie miały nawet czym się okryć zimą. Wyżywienie było głodowe. Na śniadanie podawano zwykle niewielką kromkę chleba oraz czarną kawę, na obiad zaś tzw. wodnistą zupę, gotowaną na kościach zwierzęcych i spleśniałych warzywach. Kolacja, jeśli w ogóle była wydawana, to składała się z resztek z obiadu lub śniadania, jeśli takie zostały.
Każde przewinienie wobec niepisanego regulaminu więziennego karane było bardzo brutalnie – biciem lub pozbawianiem posiłków. Jedną z kar stosowaną przez załogę były tzw. maneże. Polegały one na tym, że nakazywano więźniom z jednej celi biegać dookoła placu apelowego, a ustawieni dookoła strażnicy tłukli nieludzko przebiegających za pomocą drewnianych pałek. Inną formą była kara bicia na beczce, podczas której więzień pochylał się nad nią, wypinał pośladki i był bity przez strażnika 25 – 50 razy, czasami więcej. Jeśli tracił przytomność, wówczas miała go cucić znajdująca się w niej woda. Uważano, że więzień powinien czuć każdy zadawany cios. Załoga składała się w większości z miejscowych, pochodzących z Łodzi i okolicznych miejscowości, Niemców zmobilizowanych do służby w policji. Nie może, więc dziwić fakt, że część strażników miała problem z poprawnym wypowiadaniem się w języku niemieckim. Wykazywali się jednak nierzadko dużo większą brutalnością niż strażnicy z Rzeszy, katując bardzo często swoich przedwojennych znajomych czy sąsiadów.
Komendant Walter Pelzhausen
Osobą odpowiedzialną za zbrodnie na terenie więzienia był jego komendant, Walter Pelzhausen. Urodził się w Arnsadt w Turyngi w 1891 r. W trakcie pierwszej wojny światowej służył w Cesarskiej Marynarce Wojennej. Po zwolnieniu z wojska wstąpił do policji, w której służył aż do zakończenia II wojny światowej. W 1933 r. został członkiem NSDAP, wiążąc z nazizmem swoją dalszą karierę, którą zaczął robić na terenie zajętej we wrześniu 1939 r. Łodzi. Początkowo przerzucany był z jednego stanowiska policyjnego na drugie.
Dopiero z dniem 1 lipca 1940 r. objął funkcję komendanta więzienia. W trakcie sprawowania swojej funkcji wykazywał się niezwykłym okrucieństwem. Osobiście np. rozstrzelał 1 kwietnia 1942 r. dziewięciu więźniów za to, że dwóch spośród nich włamało się do magazynu i ukradło z niego chleb. Według osób, które przeżyły gehennę Radogoszcza, komendant nie tylko sam bił, ale lubił się również przyglądać, jak robią to strażnicy. Nie ulega wątpliwości, że to on, mając przyzwolenie władz zwierzchnich, wydał rozkaz o likwidacji więzienia.
Likwidacja więzienia 17/18 stycznia 1945 r.
Porażki armii niemieckiej w 1944 r. i zbliżanie się czerwonoarmistów do Łodzi powodowało nastrój zaniepokojenia wśród załogi. Jeden z najbrutalniejszych jej członków, Józef Heinrich, nazywany przez więźniów „Józiem”, miał powtarzać więźniom, że żaden z nich żywy nie wyjdzie, pokazywał również pistolet i twierdził, że wystrzela cały magazynek w ich stronę, a ostatnią kulę zostawi dla siebie. Zaczęto również gromadzić materiały łatwopalne.
Załoga składała się w większości z miejscowych, pochodzących z Łodzi i okolicznych miejscowości, Niemców zmobilizowanych do służby w policji. Nie może, więc dziwić fakt, że część strażników miała problem z poprawnym wypowiadaniem się w języku niemieckim.
Likwidacja więzienia nastąpiła w nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r. Początkowo wymordowano więźniów przetrzymywanych w parterowym budynku na izbie chorych. Następnie zaczęto rozstrzeliwać znajdujących się na celach. Przeprowadzono to w ten sposób, że nakazywano osadzonym zgromadzonym na drugim i trzecim piętrze budynku zbiegać na pierwsze piętro, gdzie ustawiono karabin maszynowy, z którego padały strzały. Wobec jednak chaosu, który powstał na klatce schodowej, zdecydowano się strzelać do więźniów na salach, pozorując apel i obiecując zwolnienie. Oczywiście natychmiast po ich ustawieniu się padały strzały. Następnie strażnicy zaczęli dobijać rannych, parokrotnie w nocy wracając na salę. W końcu w godzinach porannych podpalono budynek trzypiętrowy, aby zabić tych, którzy jeszcze żyli i zatrzeć ślady zbrodniczej działalności.
Więzienie otoczono szczelnym kordonem, aby uniemożliwić ucieczkę tym, którzy przeżyli, a do próbujących się ratować przez okna czy dach strzelano. Aby tego dokonać, nieliczną załogę wzmocniły siły policyjne i wojskowe. Więźniowie, którzy jakimś cudem przeżyli, jeszcze przez wiele godzin ranni leżeli na mrozie. Dopiero 19 stycznia, po wkroczeniu Armii Czerwonej do Łodzi, na teren katowni przybyli okoliczni mieszkańcy oraz ludzie szukający swoich bliskich. Żywym próbowano udzielać pomocy, jednak w wielu wypadkach było już za późno. Masakrę radogoską przeżyło raptem 30 osób, spośród ponad tysiąca obecnych wówczas w więzieniu. Zbiorowy pochówek ofiar odbył się 18 lutego 1945 r. na cmentarzu pw. św. Rocha.
Zakończenie
Przez cały okres funkcjonowania więzienia przeszło przez nie kilkadziesiąt tysięcy osób – od dzieci czternastoletnich po starców. Wielu spośród osadzonych zmarło na jego terenie bądź umierało wycieńczone pobytem na Radogoszczu w obozach na terenie Rzeszy. Ci, którzy przeżyli, zmagali się z problemami zdrowotnymi.
Po wojnie polski wymiar sprawiedliwości próbował ścigać zbrodniarzy z Radogoszcza, jednak oprócz komendanta Pelzhausena, skazanego na karę śmierci 12 września 1947 r., i kilku spośród strażników, większość załogi uniknęła odpowiedzialności karnej, ukrywając się po wojnie najpewniej na terenie Niemiec. Zbrodnia ta, choć może mniej znana opinii publicznej, powinna być pamiętana, szczególnie teraz, gdy odchodzą z tego świata ostatni więźniowie, a pamięć o zbrodniach niemieckich zaczyna się zacierać w młodym pokoleniu.
