W niełatwych czasach dogorywającego komunizmu były dla Polaków chwilą zapomnienia i odskocznią od problemów życia codziennego. Emocje, które generowały można porównać na przestrzeni lat chyba tylko z występami Andrzeja Gołoty w Stanach Zjednoczonych.
„Ze świetlic na salony”
Na czym polegał fenomen człowieka, który niezbyt cenioną, niszową dyscyplinę „wyprowadził ze świetlic na salony”? Przede wszystkim na jego unikalności. Grubba posiadał bardzo rzadką umiejętność gry obiema rękami praktycznie na tym samym poziomie. Będąc naturalnym mańkutem był szkolony do gry prawą ręką i nierzadko zdarzały się sytuacje, że, próbując odebrać trudne zagranie, potrafił w jednej chwili przełożyć rakietkę do drugiej ręki, by zdążyć precyzyjnie przebić piłkę na drugą stronę. Wprowadzał tym przeciwnika w zdumienie.
Między innymi z tego powodu często zapraszano go do udziału w meczach pokazowych, bo publiczność uwielbiała te iście cyrkowe tricki. Ale bynajmniej nie była to tylko sztuka dla sztuki, o czym świadczy 15 medali zdobytych dla Polski na mistrzowskich imprezach.
Czy mogło być tego więcej? Oczywiście, bo umiejętności to jedno, ale żeby wygrywać w sporcie niezbędna jest również psychika. Właśnie w niej komentatorzy upatrywali niepowodzeń Grubby w najważniejszych meczach. Sam mistrz brak postawienia kropki nad „i” tłumaczył deficytem instynktu „kilera”:
„Kiedy w decydującym secie przy stanie 20:20 Szwed potrafił zagrać tak jak nigdy w życiu, ja raczej myślałem o tym, jak długą drogę przebyłem gdzieś tam spod gdańskiej wsi”.
I taki był Andrzej Grubba. Pełen pokory, szacunku dla ludzi, zawsze grający czysto.
Fair play ważniejsze od medalu
Do legendy przeszło jego zachowanie podczas igrzysk olimpijskich w 1992 roku, kiedy, grając w parze z Leszkiem Kucharskim, był o punkt od wygranej w 1/8 finału. Nikt z obecnych w hali nie zauważył, że decydującą piłkę Polacy wygrali w sposób nieregulaminowy, bowiem dotknęła ona ręki Grubby i kiedy sędzia chciał ogłosić zakończenie meczu, mistrz podszedł do stolika i przyznał się do błędu. Nasz legendarny debel stracił punkt, a później jeszcze przegrał dziesięć następnych (z rzędu!) i w efekcie całe spotkanie.
Gest Andrzeja nie przeszedł niezauważony i parę miesięcy później Międzynarodowy Komitet Olimpijski nagrodził jego postawę medalem fair play. Nie zmienia to faktu, że w ten sposób prawdopodobnie przepadła ostatnia szansa na zdobycie olimpijskiego medalu, co było marzeniem tej dwójki.
Złotego krążka (w singlu) zdobyć się nigdy nie udało, natomiast Andrzej Grubba miał w swoim dorobku dwa trofea, o których marzą tenisiści stołowi. W 1985 roku wygrał w Barcelonie bardzo prestiżowy turniej TOP-12 (taki pingpongowy Turniej Czterech Skoczni), podczas którego ograł całą europejską czołówkę.
Trzy lata później (niepokonani wówczas) Chińczycy zorganizowali w Kantonie i Wuhan Puchar Świata, w którym chcieli potwierdzić swoją dominację. Zjawili się wszyscy najlepsi, a nasz mistrz w drodze do finału pokonywał jednego po drugim. W następnym półfinale spotkali się dwaj Chińczycy i plotka głosi, że przed meczem ustalili, że ma wygrać ten (Chen Longcan), z którym Grubba nie lubił grać. Niewiele to jednak pomogło, bo Polak był w takiej formie, że z miasta, które ponad trzydzieści lat później zasłynęło zupełnie z czego innego, przywiózł efektowne trofeum.
Mieszkał już wówczas z rodziną na Zachodzie. W połowie lat osiemdziesiątych otrzymał zgodę Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu na występy w niemieckim klubie tenisa stołowego TTC Zugbrücke Grenzau, gdzie był tak ceniony, że dostawał propozycje reprezentowania RFN. Zawsze stanowczo odmawiał, mimo że wiązały się one z konkretnymi korzyściami (przede wszystkim finansowymi – jako Niemiec mógł zarabiać według przepisów tego kraju dużo więcej), bo zawsze czuł się Polakiem i swój pobyt na obczyźnie traktował wyłącznie czasowo.
Tak też się stało i po dwudziestu latach, kiedy synowie Andrzeja Grubby zakończyli szkolną edukację, rodzina powróciła na stałe do Trójmiasta.
Ostatnie lata
Parę lat wcześniej, pod koniec lat 90., mistrz oficjalnie zakończył sportową karierę. Jako człowiek rzutki i pełen energii rzucił się w wir zajęć w Polskim Związku Tenisa Stołowego; został tez członkiem międzynarodowej federacji dyscypliny. Można założyć, że i w roli działacza osiągnąłby niemałe sukcesy, gdyby nie kaszel, który w pewnej chwili zaczął mu dokuczać coraz mocniej. Początkowo wiązano to z jego skłonnościami alergicznymi.
W końcu żona Lucyna wysłała go do lekarza. Diagnoza: nowotwór płuc. Był pod opieką specjalistów z Akademii Medycznej w Gdańsku, ale stan był zbyt zaawansowany, by uratować mu życie. 21 lipca 2005 roku, niespełna rok po powrocie do kraju, Andrzej Grubba zmarł w swoim domu w Sopocie.
Naprawdę trudno znaleźć porównanie, jaki szok ta śmierć wywołała w polskim sporcie i nie tylko. Odszedł człowiek, o którym można mówić w zasadzie tylko dobrze, a i tak trudno znaleźć właściwe słowa, żeby to zrobić. Zawodnik, który przez całą dekadę lat 80. XX w. był obecny w najlepszej dziesiątce Plebiscytu Przeglądu Sportowego. Ponad dekadę nie wypadał też z TOP-10 najlepszych pingpongistów na świecie. Elegancki zarówno w swojej grze, jak i poza sportową halą. Ujmująca postać, której przyjaźń cenili sobie najwybitniejsi polscy dziennikarze sportowi: Krzysztof Wyrzykowski, Andrzej Person, Krzysztof Miklas. A przede wszystkim ktoś, kto pozwolił uwierzyć Polakom, że mogą rywalizować ze wszystkimi jak równy z równym, tak jak parę lat później uczynił to jeszcze Adam Małysz.
Myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że przysłużył się naszemu krajowi nie mniej niż ci, którzy w owych czasach organizowali struktury opozycyjne, walcząc o to, by Polska odzyskała należne miejsce w Europie i na świecie.
Więcej interesujących materiałów na profilu Archiwum IPN
