Europa, będąca wówczas centrum światowej polityki, poczynając od końca XIX stulecia, podzieliła się na dwa bloki polityczno-militarne. Antagonizm między nimi pogłębiał się, skutkując wyścigiem zbrojeń oraz kolejnymi kryzysami politycznymi, z których każdy mógł zakończyć się wybuchem wojny. Przy istniejących zaś powiązaniach poszczególnych państw, każdy konflikt zbrojny „musiał” rozszerzać się. I to właśnie stało się w lecie 1914 roku.
Za zasłoną uproszczeń
Zamach terrorystyczny, w wyniku którego zginął austriacki następca tronu, skutkował ultimatum, wystosowanym przez Austro-Węgry pod adresem Serbii – państwa, z którego przybyli zamachowcy. Wobec odrzucenia ultimatum, Austro-Węgry wypowiedziały Serbii wojnę, co skutkowało interwencją Rosji, powiązanej sojuszem nie tylko z Serbią, ale i państwami zachodnimi, Francją oraz Wielką Brytanią. A potem wywracały się kolejne kostki domina: poszczególne państwa wypowiadały sobie nawzajem wojnę, stosownie do zawartych wcześniej sojuszy i wypływających zeń zobowiązań. Prosto, sugestywnie i przekonująco – tyle że w rzeczywistości sprawy układały się zupełnie inaczej.
Prawdą jest, że większe państwa europejskie należały do dwóch przeciwstawnych bloków militarnych, ale prawdą jest również, że podział subkontynentu wcale nie przesądzał o zaangażowaniu w wojnie. Nie określał ani czasu, ani w gruncie rzeczy nawet kierunku zaangażowania. W 1914 r. nie działało żadne „domino”, decydujące o biegu zdarzeń.
Umowy międzynarodowe pisane były bowiem wówczas tak, by pozostawić sygnatariuszom furtki, pozostawiające margines swobodnej decyzji, aby możliwe było uwalnianie się od zobowiązań uznanych za krępujące lub nieaktualne. To, co było niedookreślone, uzupełniali (lub nie) współpracujący w ramach powiązań sojuszniczych wojskowi oraz reprezentujący wojsko politycy cywilni, czyniąc to w trybie mniej lub bardziej formalnym. Ale nawet w przypadku istnienia nie budzących wątpliwości formalnych umów, w chwili próby mogły pojawić się problemy. Dotyczyło to w szczególności zobowiązań tajnych (nie znanych parlamentom), oraz rzecz jasna krajów, w których rządy były zależne od parlamentów oraz powiązanej z nimi opinii publicznej. Tu praktycznie wszystko mogło się zdarzyć.
Sojusze wystawione na próbę
Odnotujmy zatem przypadek Włoch. Były one związane sojuszem z blokiem państw niemieckich (tzw Trójprzymierze, Niemcy, Austro-Węgry oraz właśnie Włochy), ale w 1914 r. ogłosiły neutralność, a rok później wystąpiły zbrojnie przeciw sprzymierzeńcom. Ale także w wypadku pozostałych państw zachodnich sprawy nie układały się tak prosto, jak głoszą podręczniki i jak „powinno” to wynikać z umów zawartych przed wojną.
I tak, po wypowiedzeniu wojny Rosji przez Niemcy (1 sierpnia 1914 r.) Francja bynajmniej nie pośpieszyła z automatyczną pomocą. Rząd ogłosił mobilizację wojsk, co było konieczne wobec ogłoszonej wcześniej mobilizacji niemieckiej, ale – ignorując monity rosyjskiej ambasady w Paryżu – zamiast stosownie do zawartych wcześniej umów wypowiedzieć wojnę Niemcom, nakazał wycofanie wojska z pasa przygranicznego przy granicy z Niemcami, by uniknąć incydentów grożących wybuchem konfliktu. Inna rzecz, że nie zmieniło to biegu zdarzeń. Na obszar utworzonej strefy weszły niemieckie patrole: w rezultacie pierwszy żołnierz francuski zginął zastrzelony 2 sierpnia w głębi kraju, kilka kilometrów od granicy – a następnego dnia Niemcy, zamiast wyrazić ubolewanie, wypowiedziały Francji wojnę...
Podobnie nieoczywisty był bieg zdarzeń w Wielkiej Brytanii. Miała ona umowy sojusznicze zarówno z Rosją, jak i Francją, ale do wojny się nie paliła. W lipcu 1914 r. Brytyjczycy próbowali zapobiec eskalacji napięcia, potem, gdy wojna wybuchła, sprawujący władzę liberalny gabinet okazał się podzielony w ocenie sytuacji. Zwolennikiem twardej odpowiedzi na niemiecką agresję był sprawujący funkcję pierwszego lorda Admiralicji Winston Churchill, ale przeciwne stanowisko zajął wpływowy adwokat walijski, David Lloyd George.
Początkowo przewagę mieli przeciwnicy angażowania się, ostatecznie jednak zadecydowały obawy przez politycznymi konsekwencjami rozgromienia Francji i zdobycia przez Niemcy trwałej politycznej i gospodarczej supremacji na kontynencie. Jeśli Wielka Brytania nie wsparłaby sojuszników, to w kolejnym konflikcie musiałaby radzić sobie sama. Ułatwiając Brytyjczykom podjęcie decyzji, Niemcy zatrzymali w portach angielskie statki, na co Wielka Brytania rzecz jasna odpowiedziała tym samym. A zatem, zanim jeszcze wybuchła wojna, okazało się, że nie działa już szósta konwencja haska… W tej sytuacji rząd brytyjski wyzbył się wahań, przesyłając Niemcom wojenne ultimatum, którego termin upływał 4 sierpnia o godzinie 11. w nocy...
Polityka podporządkowana wojnie
Także poczynania niemieckie słabo wpisywały się w podręcznikowy schemat. Co prawda wypowiedziały one wojnę Rosji, stając w obronie austriackiego sojusznika. Tyle, że austriacki sojusznik nie był w stanie wojny z Rosją, która wybuchła dopiero sześć dni później. Pomoc niemiecka okazała się zatem rekordowo szybka. Żeby było jeszcze dziwniej, proklamacja wojenna nie wiązała się z podjęciem militarnych działań przeciw rosyjskiemu niedźwiedziowi. Po wypowiedzeniu wojny Rosji, następnego dnia wojska niemieckie zajęły bez wypowiedzenia wojny... Luksemburg, po czym rząd niemiecki oskarżył Francję o wrogość wobec Niemiec i złe zamiary, wypowiadając jej wojnę (3 sierpnia), następnego zaś dnia, tym razem znowu bez wypowiedzenia wojny, wojska niemieckie zaatakowały Belgię...
Ta sekwencja poczynań była ważna, miała swoje konsekwencje, a nawet (w co trudniej uwierzyć) logikę. Względy dyktowane polityką wewnętrzną zderzyły się tu – z katastrofalnym wizerunkowo skutkiem – z kalkulacjami sztabowców. Jeśli Clausewitz uczył, że wojna jest przedłużeniem polityki, to cesarskie Niemcy myśl tę doprowadziły aż do jej logicznego przeciwieństwa, podporządkowując kluczowe decyzje polityczne kalkulacjom techników wojskowych.
I tak, z uwagi na siłę partii socjaldemokratycznej, stanowiącej znaczącą siłę polityczną, istotną dla postawy zaplecza sił zbrojnych, wygodniej było zacząć wojnę od wypowiedzenia jej carskiej Rosji. Nie wpłynęło to jednak na plany wojenne, które zakładały, że Francja na pewno wejdzie do wojny, i czyniły z niej przeciwnika, z którym należy się uporać w pierwszej kolejności. Pogwałcenie zaś neutralności Belgii dawało armii niemieckiej szansę wydajnego manewru, gwarantującego – jak się zdawało – powodzenie blitzkriegu na Zachodzie.
W rezultacie Niemcy ochoczo wzięły na siebie rolę agresora, co podczas wojny dostarczało motywacji przeciwnikom Niemiec (rzecz nie bez znaczenia w warunkach wojny na wyniszczenie), a potem wpłynęło na kształt późniejszego traktatu pokojowego (1919).
Kto winien?
Konsekwencją obciążenia Niemiec winą za wybuch wojny było nałożenie na nie obowiązku spłat odszkodowań wojennych. Kwestionując owe spłaty, Niemcy poddawali w wątpliwość zasadność oskarżeń o spowodowanie wojny.
Kwestia należy do kontrowersyjnych również dzisiaj. Historycy są ogólnie zgodni co do tego, że krąg odpowiedzialnych za wybuch światowego konfliktu był szerszy, jako ze interesy państw były sprzeczne, a prawdopodobieństwo wybuchu konfliktu zbrojnego – duże. Ale także potwierdzają oni, że wkład niemiecki był jednak wyjątkowy.
Skutkiem przejętego przez Niemcy scenariusza działań było to, że w sierpniu 1914 r. na pytanie „kto jest winien wojny” odpowiedź poza Niemcami nie sprawiała trudności. Skądinąd, podczas wojny także i w Niemczech, gdy opadły emocje z sierpnia 1914 r., pojawiały się wątpliwości co do tego, czy aby na pewno kierownictwo polityczne państwa obrało najlepszą ścieżkę działania.
Jeśli zatem nawet uznać, sięgając do wątpliwych metafor spoza polityki, że Niemcy znalazły się w roli pokerzysty, który zasiadł do zielonego stolika z wytrawnymi szulerami, to jednak czy można współczuć graczowi, który dał się przyłapać na nieczystej grze?
