„Odmawiam wyjaśnień. Nie macie prawa nas sądzić, jesteśmy obywatelami polskimi”
– rzucił odważnie dwudziestojednoletni Władysław Siemaszko sowieckim sędziom. Rozprawa odbywała się 6 listopada 1940 r. w więzieniu w Łucku. NKWD aresztowało go pół roku wcześniej w Werbie, wsi w powiecie włodzimierskim. Tuż potem jego mama z siostrą i jej mężem zostali deportowani do Kazachstanu. W łuckim więzieniu cele były przepełnione, wśród więźniów panowały wszawica i zaduch.
„Spaliśmy pokotem jeden przy drugim bezpośrednio na podłodze, sprzętów nie było, tylko wiadro z wodą do picia i kubeł na odchody wynoszony dwa razy dziennie. Nie zmieniłem ani razu bielizny czy ubrania, a buty, w których mnie aresztowano, rozleciały się i dano mi jakieś szmaciaki”
– wspomina.
Tego dnia sądzono go wraz z 33 członkami Związku Walki Zbrojnej z Włodzimierza Wołyńskiego. Nie miał w sobie pokory, czym wzbudził wściekłość sowieckich urzędników, ale szczery podziw u koleżanki, Janiny Holcówny.
Był początek kwietnia 1941 r., prawie Wielkanoc. Stukając w więzienny mur, powiedzieli sobie „tak” przed Bogiem. Błogosławił im ks. Czurko, o zawarciu małżeństwa mieli zaświadczyć Kaźmierczak i ks. Kobyłecki, a po stronie Janiny – koleżanki. Wzruszenie w obu celach było ogromne.
Widzieli się przedtem kilka razy w przelocie. On zajmował się wywiadem wojskowym, zbierał informacje o sowieckich represjach wobec ludności polskiej. Ona opiekowała się uchodźcami i rannymi, ukrywała ludzi. W styczniu 1940 r. oboje zostali zaprzysiężeni w ramach Okręgu Wołyń Związku Walki Zbrojnej. Szybko ich rozpracowano. Janinę aresztowano w kwietniu, jego miesiąc później. Przesłuchiwano ich po kolei, potem wydano wyrok: trzynaście osób, w tym dwie kobiety – kara śmierci, pozostali od pięciu do dziesięciu lat pobytu w łagrach ZSRS. Po procesie rozdzielono Polaków do cel śmierci i tych „transportowych” – do wywózki.
Siemaszko znalazł się wśród skazanych na karę śmierci. Czekał na koniec sześć miesięcy. Wraz z nim byli księża: Bronisław Galicki, Stanisław Kobyłecki i Józef Kazimierz Czurko, który zaprzysięgał konspiratorów. Jeszcze Marceli Kaźmierczak i członkowie konspiracji kowelskiej: Aleksander Pśnik, Władysław Szkoda, kpt. Piotr Pióro, Zygmunt Łuszczewski i Zygmunt Wróblewski oraz dwóch innych Polaków i Ukrainiec, których nazwisk Siemaszko nie zapamiętał. W zatłoczonej celi z trudem mieściło się ich trzynastu.
W sąsiednim pomieszczeniu czekały na wykonanie wyroku: Janina Dynowska, sekretarka komendanta Okręgu Wołyń ZWZ płk. Tadeusza Majewskiego „Szmigla”, „Maja”, Janina Holc z Włodzimierza Wołyńskiego i Janina Grabowska z Horochowa. Porozumiewali się więziennym alfabetem, stukając w ścianę. Każdej literze odpowiadała znana wtajemniczonym liczba dźwięków. Władysław robił to godzinami. Cicho, ostrożnie, musiał unikać oczu i uszu strażnika. Ale zapominał o Bożym świecie, choć zdawał sobie sprawę z tego, że każde zdanie, które „depeszuje”, mogą odszyfrować wszyscy. To, co pisał, dawało mu chwilę nieznanej dotąd radości. Był młody, życie się dopiero zaczynało, a on tak bardzo chciał, by trwało nadal. Po drugiej stronie muru słuchała go dziewczyna, w której się właśnie zakochał, Janka.
„Między mną a Janiną Holcówną zawiązała się nić sympatii”
– opowiada o tych emocjach. Każdego dnia mogli się spodziewać, że dziś ich zabiją. Właśnie wtedy, wbrew rozpaczy, postanowili się pobrać. Był początek kwietnia 1941 r., prawie Wielkanoc. Stukając w więzienny mur, powiedzieli sobie „tak” przed Bogiem. Błogosławił im ks. Czurko, o zawarciu małżeństwa mieli zaświadczyć Kaźmierczak i ks. Kobyłecki, a po stronie Janiny – koleżanki. Wzruszenie w obu celach było ogromne.
Ocaleni małżonkowie
Opatrzności Bożej zawdzięczają, że uniknęli najgorszego. 10 kwietnia zamieniono im wyroki śmierci na kary dziesięciu lat pobytu w łagrach. Poszli do cel transportowych, potem już nie mieli ze sobą kontaktu. Siemaszko się modlił, mijały dni. Do kwietnia 1941 r. w łuckim więzieniu przebywali prawie wyłącznie Polacy. Potem cele powoli zapełniały się ukraińskimi nacjonalistami z północnej części Wołynia.
„Na kilka dni przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej przyprowadzono do nas chłopca, Ukraińca, w wieku 14–15 lat, który sprzedawał zapałki na ulicy, wykrzykując: U nas wsio, daże spiczki (Mamy wszystko, nawet zapałki). Byli też nieliczni Żydzi i Rosjanie”
– wspomina Siemaszko.
22 czerwca 1941 r., w niedzielę o świcie, wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Więźniowie słyszeli wystrzały z armat przeciwlotniczych, na miasto spadały niemieckie bomby. Straż więzienna zabrała z cel skazanych na karę śmierci, w tym ks. Czurkę, i wszystkich ich rozstrzelała.
23 czerwca kazano zejść wszystkim na parter, pytano o narodowość i paragraf, z którego byli sądzeni. Polaków kierowano na plac spacerowy z jednej strony więzienia, a Ukraińców na dziedziniec więzienny z drugiej strony budynku. Niektórzy Polacy, spodziewając się łagodniejszego potraktowania, podali się za Ukraińców. Tak trafił do grupy ukraińskiej ks. Galicki, proboszcz kościoła farnego we Włodzimierzu.
„Ja i ksiądz Kobyłecki poszliśmy na plac spacerowy. Nagle padły strzały z karabinów maszynowych. Padliśmy na ziemię, niektórzy kryli się w zakamarkach, kilku próbowało sforsować mur więzienny. Z górnego piętra obrzucono dziedziniec granatami. Skryliśmy się za metalowym kotłem do roznoszenia zupy i on ochronił nas przed kulami. Nie byliśmy nawet draśnięci. Dookoła martwi, ranni, ciała rozszarpane granatami i zaledwie kilkunastu żywych. Na drugim dziedzińcu dokonano takiej samej masakry. Z obu miejsc mogło ocaleć ok. 150 osób”.
„Nocą enkawudziści wyłuskiwali z pomieszczeń kolejnych więźniów i dalej rozstrzeliwali”
– zapamiętał Siemaszko.
Okna celi Janiny wychodziły na dziedziniec. Podczas tej masakry do jej celi wszedł osmolony NKWD-zista. Spytał, czy nie boi się śmierci. „Przecież ona nie kończy życia”– odpowiedziała. Machnął tylko rewolwerem i wyszedł.
Następnego dnia zabrano ocalałych do przenoszenia zwłok. Rzucano je do dołów na dziedzińcu.
„Byliśmy wyczerpani przeżyciami, brakiem jedzenia i picia, nie mieliśmy siły, więc we czterech ciągaliśmy na kocu po jednej zabitej osobie. Zamordowani leżeli też w celach i na korytarzach. Zwłoki NKWD-ziści posypywali wapnem. Był upał. Kazano nam pozbierać rzeczy z cel, korytarzy i znieść na jedno miejsce”
– wspomina Siemaszko. Masakra pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Potem na teren więzienia weszli Niemcy. NKWD-zistów rozstrzelali, a pozostałym przy życiu ludziom powiedzieli, że zostaną zwolnieni. Oszołomiony przeżyciami Siemaszko biegał po całym budynku. Odnalazł żonę. Okazało się, że prawie wszystkie kobiety ocalały.
Powrót do rodzinnej Werby
26 czerwca rano Niemcy i Ukrainiec identyfikowali więźniów. Żydów zatrzymano, pozostałych wpisywano na listę i wypuszczano na wolność. Siemaszko dostał numer 90. Potem ruszył z żoną w kierunku Włodzimierza. Ukraińcy po drodze wypytywali ich o swoich znajomych, krewnych w więzieniu. Płakali, a wokół rozbrzmiewały wiwaty na cześć maszerujących Niemców. Po przybyciu do miasteczka Siemaszko z żoną poszli do kościoła; tam na nabożeństwie spotkali matkę i siostrę Janiny. Znów były łzy, tym razem radości, i niedowierzanie, że oto są, żyją. Błyskawicznie rozeszła się wieść, że ocaleli.
10 lipca 1941 r. powtórzyli swe ślubowanie w kościele farnym w obecności ks. kanonika Stanisława Kobyłeckiego.
„Uważał, że należy powtórzyć ceremonię, ponieważ nie może podać w księdze metrykalnej nieżyjących już świadków naszych zaślubin”
– wspomina Siemaszko.
Inna była to uroczystość – stali przy sobie, widzieli twarze bliskich. Oboje czuli się bardzo zżyci z tą ziemią. Ich małą ojczyzna była Werba. Zwłaszcza dla Władysława. Właśnie tam dziadek, Józef Siemaszko, nabył ziemię w 1884 r.
Dziadek był postępowym rolnikiem, do uprawy łąk sprowadził maszyny – konne kosiarki i grabiarki. Narzędzia rolnicze wypożyczał za opłatą okolicznym dworom i bogatszym gospodarzom. Tuż przed I wojną światową zdążył kupić ziemię i dla synów.
„Tyle że mojego ojca, Mieczysława, nie pociągało rolnictwo. Wyjechał i zatrudnił się w fabryce pomp Skibniewskiego w Białogonie. Ponadto zaangażował się w działalność Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Padło na niego podejrzenie, że jako członek „Sokoła”, posiadający umiejętności pirotechniczne, ma coś wspólnego z zaginięciem środków wybuchowych w fabryce. W 1911 r. zdobył fałszywe dokumenty i uciekł. Daleko, bo do Brazylii. Zamieszkał w Kurytybie, budował linię kolejową w dżungli nad rzeką Rio de Peixe. Po roku sprowadził do siebie żonę. Urodziłem się w Kurytybie w 1919 r. jako ich drugie dziecko”
– opowiada Władysław. Na emigracji Mieczysław pomagał w rekrutacji ochotników do Wojska Polskiego, zbierał pieniądze dla Ojczyzny.
Praca w dżungli okazała się zabójcza. Tropikalny klimat, choroby, ukąszenia owadów, ataki dzikich zwierząt i napady miejscowych Indian utrudniały życie. Odszedł na zawał w wieku 38 lat. Żona przez rok starała się utrzymać dzieci z szycia. W 1924 r. rodzina ściągnęła ją na powrót do Polski, do Werby.
Rzeź wołyńska i komunistyczne więzienie
Małżonkowie Janina i Władysław nie pojechali na miesiąc miodowy, tylko przystąpili do odtwarzania siatki ZWZ. On zajął się punktami przerzutowymi łączników oraz utrzymywaniem łączności z Obwodem ZWZ/AK Włodzimierz Wołyński („Ława”) i Inspektoratem Rejonowym ZWZ/AK „Łuna” w Łucku. Został adiutantem komendanta Obwodu Wiktora Smolińskiego, a później oficerem wywiadu. Janina zaś – szefem łączności. Udało się im zatrudnić w niemieckich instytucjach. Jemu w skupie płodów rolnych, jej w urzędzie gospodarki i wyżywienia.
W 1943 r. Wołyń ogarnęły rzezie. Ukraińska Armia Powstańcza przy współudziale ludności cywilnej mordowała Polaków. We Włodzimierzu był duży garnizon niemiecki, który wykorzystywał zabudowania przedwojennej Szkoły Podchorążych Artylerii; jego obecność powstrzymywała Ukraińców od napadów. W lipcu na południe od Włodzimierza zlikwidowano wszystkie polskie osiedla i Polaków żyjących we wsiach ukraińskich; w sierpniu zaś osiedla na północ i wschód od Włodzimierza.
„Byliśmy bezradni. Po rzeziach w Bielinie i Spaszczyźnie, 10 km od Włodzimierza na północny zachód, powstała samoobrona, której komendantem został Jan Wyszomirski «Mirek», jeden z naszych. Tam też zorganizował się oddział partyzancki pod dowództwem Władysława Cieślińskiego «Piotrusia Małego». Dzięki tym formacjom skupisko osiedli polskich wokół Bielina ocalało od rzezi. Dlatego teren ten był później wyznaczony na miejsce koncentracji polskich sił do akcji «Burza»”
– opowiada Władysław.
Na początku stycznia 1944 r. Siemaszkowie zgłosili się do formującego się zgrupowania pułkowego „Osnowa”, które było częścią 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.
Na początku stycznia 1944 r. Siemaszkowie zgłosili się do formującego się zgrupowania pułkowego „Osnowa”, które było częścią 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. W drugiej połowie kwietnia 1944 r. wraz z innymi żołnierzami ze Zgrupowania „Osnowa” dostali się do niewoli niemieckiej.
Władysław został przerzucony przez strzeżoną przez Niemców granicę na Bugu do miasteczka Horodło, w celu rozpoznania umocnień i bunkrów oraz ustalenia miejsc do przeprawy oddziałów 27. Dywizji na Lubelszczyznę. W drugiej połowie kwietnia 1944 r., podczas ciężkich walk z Niemcami, przy przekraczaniu torów kolejowych koło stacji Terebejki na linii kolejowej Chełm − Luboml − Kowel, Siemaszkowie wraz z innymi żołnierzami ze Zgrupowania „Osnowa” dostali się do niewoli niemieckiej. Trafili do obozu przejściowego w Lublinie, ale zorganizowano im ucieczkę. Potem Władysław nawiązał kontakt z przybyłym do Lublina por. Janem Kubalskim „Grotem”, z którym od połowy maja 1944 r., w porozumieniu z komendą Okręgu AK Lublin, organizował pomoc żołnierzom-rozbitkom z 27. WDP AK na ziemi lubelskiej. Niejednokrotnie przewoził pieniądze dla dywizji z Komendy Głównej AK w Warszawie. 12 lipca 1944 r. otrzymał zadanie przetransportowania z Lublina do miejscowości Głębokie nowo mianowanego dowódcy, płk. Jana Kotowicza „Twardego”. Kolejną trudną misją z polecenia Komendy Okręgu AK Lublin było doprowadzenie z Lublina do Kozłówki por. Zygmunta Kulczyckiego „Olgierda”, który opuścił dowodzony przez siebie batalion 27. WDP AK w czasie walk z Niemcami.
„Było to niebezpieczne. Przemykaliśmy się pomiędzy wycofującymi się na zachód wojskami niemieckimi i nacierającymi wojskami sowieckimi”
– wspomina Siemaszko. Po wykonaniu zadania pozostał w sztabie dywizji, którą 25 lipca 1944 r. Sowieci rozbroili w Skrobowie k. Kozłówki.
Siemaszkowie zatrzymali się na pewien czas u wuja Janiny Jana Zameckiego w Lublinie. Kilka dni później Władysław próbował dotrzeć do powstańczej Warszawy, ale w Otwocku został ostrzeżony, że Sowieci przeszukują domy, wyłapują AK-owców. Wrócił i ponownie zgłosił się do Komendy Okręgu AK Lublin. Wojna się niby kończyła, ale Sowieci rozpoczęli polowanie na nich, jak dawniej robili to Niemcy. Siemaszko z kolegą udzielali AK-owcom pomocy finansowej, zaopatrywali ich w dokumenty. Stale musieli zmieniać miejsce stacjonowania. Gdy przebywali u Zameckiego, namierzyli ich Rosjanie. Kocioł trwał dwa tygodnie.
„Dowodów w postaci dokumentów nie znaleźli, bo zostały spalone przez teściową w obecności strażnika sowieckiego w piecu kuchennym, jako tzw. rozpałka”
– wspomina Siemaszko. On, Janina i jej wuj zostali aresztowani przez Smiersz i uwięzieni w gmachu przy ul. Chopina 18. Tam poddano ich wielomiesięcznemu śledztwu.
„W zasadzie nic nam nie mogli udowodnić. Zwłaszcza że nie działaliśmy przeciw Sowietom”
– wspomina Siemaszko. Żonę i wuja zwolniono w lutym 1945 r., jego przekazano polskim władzom komunistycznym i przetransportowano do więzienia w Zamku Lubelskim. Cele były już zapełnione AK-owcami.
„Każdy z nas był wzywany do stolika, przy którym siedziało trzech w wojskowych mundurach. Tu odczytywano formułkę stwierdzającą, że taki a taki, postanowieniem sądu wojskowego, z artykułu pierwszego Dekretu o ochronie państwa, został skazany na tyle a tyle lat więzienia. Następnie każdy dostawał polecenie: podpisać”
– wspomina Siemaszko. Został skazany na pięcioletnią odsiadkę. Po tym wyroku wywieziono go do Wronek, gdzie przesiedział dwa lata. W 1947 r. ogłoszono „amnestię”.
W „ludowej” Polsce
Wrócił do Lublina, gdzie czekała na niego Janina. Zaczął szukać zatrudnienia, co nie było łatwe. Każdego pracownika dokładnie prześwietlano. Dzięki pomocy znajomego przyjęto go do młyna „Samopomocy Chłopskiej” w charakterze księgowego.
„Wtedy do Bielska-Białej pojechał wuj, który jakoś się urządził i nas ściągnął. Pojechaliśmy. Na mieszkanie przyjął nas znajomy, jeszcze sprzed wojny. Wywieziono go do Kazachstanu, a wrócił wraz z Armią Berlinga”
– wspomina Siemaszko. W Bielsku-Białej też, gdziekolwiek się zgłosił, personalni kręcili nosem. Pierwsze pytanie zawsze brzmiało: „Czy jesteście partyjni?”. Odpowiadał, że nie. Wtedy następowało stwierdzenie: „No to wam dziękujemy”. Znów pomogły znajomości. Zaprotegowano go na księgowego do fabryki urządzeń technicznych. Później przeniósł się do fabryki pasmanterii.
To był pierwszy spokojny czas w jego życiu, w końcu mógł nadrobić młodzieńcze lata, stracone przez wojnę. Poszedł na studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Przyszły na świat dzieci. Ewa urodziła się w 1947 r. Tak wspomina tamte lata:
„Ojciec na dobranoc opowiadał mnie i bratu, jak wyglądał Wołyń. To były cudowne opisy przyrody, którą był zafascynowany. Opowiadał o drzewach, trawach, o niezliczonych gatunkach ptaków, o rybach w stawach itd. Wydawało się, że został wypędzony z raju. Mama zaś koncentrowała się na opowieściach o szkole, harcerstwie, o swojej pracy w sejmiku, partyzantce. Harcerką była do końca życia. Proszę sobie wyobrazić starsze panie, które organizują sobie zbiórki. Przedwojenną Polskę rodzice przedstawiali jako coś wyjątkowego, co bardzo różniło się od tego, co widziałam w PRL. Mama często mówiła: «Ty sobie nie wyobrażasz, jak czuliśmy się wolni». Po wojnie nie mieli już takiego poczucia. Tęsknota moich rodziców za Wołyniem spowodowała, że długie lata wydawało mi się, że przez jakieś nieporozumienie jestem tu, gdzie jestem, i nigdzie nie czułam się u siebie, choć równocześnie czułam silny związek z Polską jako całością i nie potrafiłabym żyć na emigracji. W mojej rodzinie nie ukrywano przed dziećmi wiedzy o przeszłości z obawy, że «wyniosą z domu» i będą nieprzyjemności. Na przykład, gdy miałam osiem lat, babcia Siemaszkowa i ciociobabcia, czyli siostra babci, uświadomiły mi, że trzeba posiadać różne umiejętności praktyczne, które pomogą na przykład przetrwać zesłanie. Radziły nauczyć się robótek ręcznych i szycia, bo to pomogło im w Kazachstanie. Przejęłam się tym i z miejsca nauczyłam się szydełkować, w następnych latach robić na drutach i szyć. Gdy byłam przedszkolakiem, mama pozwalała mi bawić się malutkimi torebeczkami, które ojciec zrobił w więzieniu we Wronkach, pokazywała też krzyżyk tam wykonany – mówiła, jakie jest pochodzenie tych przedmiotów i że ojciec siedział za Polskę. Traktowano nas, dzieci, jak dorosłych. Toteż już jako dziewczynka w szkole podstawowej wiele wiedziałam o przeszłości rodziców i nie przychodziło mi do głowy, by o tym opowiadać poza domem. Dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych rozmawiałam o sowieckich zbrodniach z osobami uznanymi za zaufane i godne tej wiedzy”.
Ewa, gdy dorosła, wyjechała z Bielska-Białej. Ukończyła Wydział Technologii Rolno-Spożywczej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie i Podyplomowe Studium Pedagogiczne. W latach 1970‒1973 pracowała jako asystentka w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach, a także w pozaszkolnej oświacie żywieniowej jako nauczycielka.
Władysław Siemaszko po studiach odbył aplikację i został wpisany na listę radców prawnych. Do 1979 r. pracował w Zjednoczeniu Przemysłu Wełnianego w Bielsku, potem przeszedł na emeryturę. Przenieśli się z żoną do stolicy, do Ewy. Postarała się o większe mieszkanie, aby się opiekować rodzicami. Wydawało się, że czekają ich spokojne lata, kiedy już o nic nie będą musieli walczyć. Tymczasem mieszkając w Warszawie, Władysław zaczął się spotykać z dawnymi kolegami z wojska. Bywali u siebie w domach, rozmawiali.
„Od początku lat osiemdziesiątych środowisko kombatantów 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej prężnie działało w ramach oficjalnych struktur”
– wspomina Ewa Siemaszko.
Kiedy w 1984 r. w poznańskim miesięczniku społeczno-kulturalnym „Nurt” prof. Jerzy Tomaszewski, związany z Instytutem Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i Żydowskim Instytutem Historycznym, zamieścił kłamliwy artykuł oskarżający Armię Krajową o mordowanie Ukraińców – w tym kobiet i dzieci – zaznaczając, że nie był to akt samoobrony, w kręgu dawnych AK-owców zawrzało.
„Ta wypowiedź wywołała wielkie poruszenie wśród żołnierzy wołyńskich. Większość z nich straciła swoich bliskich, niektórzy całe rodziny. Postanowili więc udokumentować tamte wydarzenia”
– wspomina Ewa Siemaszko. Pamiętali, że gdy polskie dowództwa zabraniały ataków na ludność ukraińską, UPA wydawała rozkazy mordowania ludności polskiej. Wśród ludności ukraińskiej było nieporównanie mniej ofiar, ok. 2 tys., przy co najmniej 60 tys. po stronie polskiej.
Władysław Siemaszko uznał wtedy, że nie ma na co czekać, i przystąpił do dokumentowania zbrodni popełnionych przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach. Minęło wówczas prawie czterdzieści lat od końca wojny, a nikt nie dokonał imiennego rejestru strat, których doznali Polacy, zarówno ze strony Niemców, Sowietów, jak i Ukraińców. W okresie PRL wydarzenia na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej z czasów II wojny światowej były zepchnięte w niebyt, a nawet straty z rąk niemieckich nie zostały rzetelnie odnotowane. Uczelnie nie zajmowały się tą sprawą, historycy nie próbowali nawet zbierać materiałów.
„Istniało niebezpieczeństwo, że jak wymrze nasze pokolenie, to prawda o zbrodniach popełnionych na Wołyniu zostanie zapomniana lub ofiary staną się katami”
– wspomina Władysław Siemaszko. Dlatego poproszono o nadsyłanie świadectw pisanych przez tych, którzy ocaleli z ludobójstwa.
W roku 2000 r. Siemaszkom, córce i ojcu, udało się wydać dwutomową pracę zatytułowaną Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945. Książka mogła się ukazać dzięki wsparciu wielu instytucji i środowisk, a także osób prywatnych. Okazała się krokiem milowym w przeoraniu świadomości polskich elit odnośnie do zbrodni UPA.
Duże znaczenie odegrał „Biuletyn Informacyjny” środowiska 27. WDP, działającego wówczas przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Właśnie do tej redakcji wiele osób zaczęło nadsyłać swoje relacje. W sumie dostarczono ich 360, a opracowaniem przekazów zajął się Józef Turowski. Pisali je nie tylko żołnierze dywizji, lecz także członkowie ich rodzin i znajomi. Opracowaną dokumentację złożono w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich wraz z wnioskiem o opublikowanie świadectw. Przeleżały tam cztery lata. Dopiero w 1990 r. wydano niewielką książeczkę pt. Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej na Wołyniu 1939–1945. Niestety, Turowski nie doczekał tej publikacji, zmarł przed jej ukazaniem się. Nakład był niewielki, ale dzięki wsparciu finansowemu środowiska dywizji został wykonany dodruk, który rozszedł się po całej Polsce. Czytelnicy nadsyłali uzupełnienia, sprostowania.
„Okazało się, że jest jeszcze wiele kwestii, o których nikt nie napisał, a nawet te już opisane wymagają uzupełnienia – na przykład liczby i listy ofiar albo fakty z przebiegu wydarzeń. Postanowiliśmy więc uzupełnić pracę”
– wspomina Władysław Siemaszko. Środowisko 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK znów usiłowało zainteresować tematem gremia naukowe, ale i tym razem nie było chętnych do podejmowania żmudnych i czasochłonnych badań. Po 1989 r. temat ukraińskich zbrodni był nadal niemile widziany przez rządzących i kręgi opiniotwórcze. Ludzie, którzy doszli do władzy, uznali, że przeszłość jest mniej ważna od przyszłości i z narodem ukraińskim, zgodnie z linią paryskiej „Kultury”, trzeba się pojednać ponad wszystko. Taka koncepcja została zaakceptowana przez Solidarność i była wcielana w życie.
„Bez przeszłości nie może funkcjonować żaden naród. Musi być ciągłość wydarzeń, kultury i tradycji, której fundamentem winny być prawda i porządek moralny”
– tłumaczy Władysław Siemaszko.
Wyprawa na Wołyń
Latem 1991 r. Ewa pojechała z ojcem na Wołyń. Zobaczyła więzienie NKWD, z którego oboje rodzice cudem ocaleli.
„Dla taty było to coś w rodzaju pielgrzymki do miejsca, które zaważyło na jego życiu. Ja natomiast chciałam zrobić dokumentację, którą mogłabym wykorzystać do wystawy o zbrodniach NKWD w okresie czerwiec–lipiec 1941 r. Byłam dobrze przygotowana do tego wyjazdu, bo o łuckim więzieniu od lat słuchałam opowieści rodziców, zbierałam też informacje od kilku byłych więźniów”
– opowiada. W tym czasie zajmowała się badaniem zbrodni sowieckich. Jednak w trakcie prac ojciec coraz częściej zwracał się do niej o pomoc, ponieważ ciągle nadsyłano nowe świadectwa zbrodni nacjonalistów ukraińskich. Władysław Siemaszko uznał, że trzeba też sięgać do źródeł innych niż relacje, co sprawiło, że materiałów przybywało, a przecież należało je konfrontować z tymi otrzymanymi wcześniej.
W rezultacie wszystko przeciągnęło się do 2000 r., kiedy to Siemaszkom, córce i ojcu, udało się wydać dwutomową pracę zatytułowaną Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945. Książka mogła się ukazać dzięki wsparciu wielu instytucji i środowisk, a także osób prywatnych. Okazała się krokiem milowym w przeoraniu świadomości polskich elit odnośnie do zbrodni UPA. Dzięki Siemaszkom zaczęto do opisu wydarzeń na Wołyniu używać terminu „ludobójstwo”.
„W ostatnich latach trochę się zmieniło. Jeszcze w 2003 r. w publikacjach prasowych, które się ukazywały w związku z 60. rocznicą rzezi wołyńsko- -małopolskiej (takie samo ludobójstwo jak na Wołyniu dotknęło trzy województwa Małopolski Wschodniej: lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie), to słowo było nieobecne, jednak niedawno niektóre media odważyły się na używanie tego terminu. Z definicji ludobójstwa określonej w konwencji ONZ z 1948 r. wynika, że zbrodnie dokonane na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej muszą być tak właśnie traktowane, ponieważ Polacy byli mordowani z powodów narodowościowych. Główną przyczyną unikania właściwej kwalifikacji zbrodni jest przyjęcie jako zasady w stosunkach z Ukrainą, że nie należy podejmować drażliwych kwestii”
– wyjaśnia Ewa.
Ojciec i córka opublikowali wiele prac dotyczących martyrologii Polaków na Wołyniu w latach II wojny światowej. Do najważniejszych, poza już wspomnianym Ludobójstwem…, należą: Terror ukraiński i zbrodnie przeciwko ludzkości dokonane przez OUN-UPA na ludności polskiej na Wołyniu w latach 1939‒1945 (artykuł i broszura); Wołyń naszych przodków. Śladami życia – czas zagłady. Album okazji 60. rocznicy ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich OUN-UPA na ludności polskiej Wołynia; Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939‒1945 (z Józefem Turowskim).
Władysław Siemaszko za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej otrzymał w 2007 r. Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, a w roku 2019 Order Orła Białego, najwyższe odznaczenie państwowe. W Pałacu Namiestnikowskim przyjmował je na wózku inwalidzkim. Prezydent dziękował mu za odzyskanie dla Polski ważnej części jej historii.
„Do dzisiaj wpływają kolejne świadectwa, docieram do nowych materiałów, nadal pracuję nad rejestrem zbrodni”
– wylicza Ewa Siemaszko. Podkreśla, że tata wyszedł z komunistycznego więzienia na mocy „amnestii”. To była łaska Boża, bo przecież wielu AK-owców zostało rozstrzelanych bez sądu. Ewa Siemaszko mówi, że jej rodzice przez wiele lat ocierali się o śmierć, a jednak jej uniknęli. Wobec każdego człowieka Bóg ma plan, więc może Siemaszkowie przeżyli właśnie dlatego, by upamiętnić ofiary zbrodni na Wołyniu. Gdy piszę ten tekst, Władysław Siemaszko ma 101 lat [tekst publikujemy w październiku 2021 r. - przyp. red.].
Poza Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski i Orderem Orła Białego Władysław Siemaszko był odznaczany i nagradzany:
– Medalem Polonia Mater Nostra Est (2002).
– Nagrodą Literacką im. Józefa Mackiewicza (wraz z córką Ewą) za monografię Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945 (2002).
– Medalem „Pro Memoria”, który otrzymała także córka Ewa (2010).
– Nagrodą Kustosz Pamięci Narodowej (wraz z córką Ewą) (2011).
