Edward Wojaczek, bo o nim mowa, urodził się w 1903 r. w podrybnickich Jejkowicach jako piąty syn tamtejszego gospodarza Jana Wojaczka. Po nim na świat przyszedł jeszcze najmłodszy brat Konrad, na koniec pojawiła się jedyna w tym gronie dziewczynka. Utrzymanie całej gromadki z jednego, choćby i nie najmniejszego gospodarstwa nie wchodziło w grę; ojcowiznę odziedziczyć miał zatem najstarszy syn, pozostałe zaś dzieci – „pójść w świat”. Jednak nie z pustymi rękoma; ich posagiem miało być wykształcenie. Siostra wstąpiła do zakonu, Edwarda postanowiono natomiast „wykierować” na księdza; wszak osoba duchowna w rodzinie stanowiła wtedy prawdziwy powód do dumy. Na początek uzyskać należało jednak maturę. Toteż Edward ukończywszy szkołę ludową w Jejkowicach, poczynając od 1915 r. codziennie podążał do istniejącego w pobliskim Rybniku Królewsko-Pruskiego Gimnazjum. I w jednej, i w drugiej szkole językiem wykładowym był oczywiście niemiecki.
Czas Wielkiej Wojny
Edukacja młodego Edwarda przypadła na lata dla Górnego Śląska przełomowe. We wrześniu 1915 r., gdy po raz pierwszy przestąpił gimnazjalne progi, od roku wrzała światowa wojna i nikt już nie wierzył cesarskim zapewnieniom o powrocie żołnierzy do domów „nim liście opadną z drzew”. Śląskie pułki w 1915 r. wykrwawiały się na wszystkich możliwych frontach, a zamiast powracających weteranów, coraz częściej pojawiały się w śląskich domach standardowe zawiadomienia ze słowami „poległ za Boga, cesarza i ojczyznę”.
Nauczyciel, do tego szkoły średniej, w realiach przedwojennego Mikołowa był w całym tego słowa znaczeniu osobistością. I to nie tylko z racji wysokiego uposażenia; prestiż zawodu sprawiał, że Wojaczek niemal automatycznie stał się członkiem miejscowej elity.
W ten sposób Wojaczkowie dowiedzieli się o śmierci dwóch najstarszych synów. Dwaj pozostali, których objęła mobilizacja – starszy Franciszek i młodszy nieco odeń Wilhelm zdołali powrócić z frontu. Pierwszy z nich jako kaleka, z odstrzelonym lewym ramieniem. Drugi – z wyrobionym być może dopiero w okopach, a może już wcześniej silnym przekonaniem o wspólnocie swych losów z niemieckim narodem.
Trudno dziś powiedzieć, jak bardzo zmienił się w tych latach świat rodziny Wojaczków. Rodowe gospodarstwo przejął Franciszek, radzący sobie jakoś mimo odniesionych na wojnie ran. Edward i najmłodszy Konrad, zbyt młodzi, by zasilić szeregi kajzerowskiej armii, nadal się uczyli. Wilhelm poczuł natomiast zew wielkiej polityki – jako współpracownik rybnickiego starosty Hansa Lukaschka zaangażował się w kampanię plebiscytową na rzecz Niemiec. Pęknięcia w rodzinie nie dało się już uniknąć; być może przekonania Wilhelma podzielał najmłodszy Konrad, lecz z całą pewnością nie Edward – i chyba też nie rodzice. Trzecie powstanie śląskie w 1921 r. ostatecznie podzieliło rodzinę; można sądzić, że Edward wziął w nim udział w szeregach rybnickiego pułku Janusza Wężyka. Wilhelm również – tyle, że po przeciwnej stronie, jako bojownik górnośląskim Selbstschutzu. Po podziale Górnego Śląska, gdy rodzinne Jeykowitz in Oberschlesien stały się Jejkowicami wyjechał on do Wrocławia, by studiować tam medycynę.
Kariera nauczycielska w II RP
Edward natomiast, powróciwszy po powstańczym epizodzie do gimnazjum w 1924 r. uzyskał maturę. Natychmiast potem widzimy go jako świeżo upieczonego studenta teologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Musiał być to już jednak łabędzi śpiew niegdysiejszego powołania – w pół roku później przeniósł się na wydział filozoficzny, gdzie jako kierunek podstawowy obrał filologię germańską. Studia ukończył w roku 1929; jeszcze rok przed złożeniem końcowego egzaminu rozpoczął pracę nauczyciela języka niemieckiego w gimnazjum w Pszczynie, potem w Lublińcu. W 1930 r. natomiast na własną prośbę przeniósł się do gimnazjum w Mikołowie.
Nauczyciel, do tego szkoły średniej, w realiach przedwojennego Mikołowa był w całym tego słowa znaczeniu osobistością. I to nie tylko z racji wysokiego uposażenia; prestiż zawodu sprawiał, że Wojaczek niemal automatycznie stał się członkiem miejscowej elity. Wciąż się dokształcał – w 1931 r. złożył w Warszawie państwowy egzamin pedagogiczny, w 1932 otrzymał etatowe już zatrudnienie, zaś w 1935 – tytuł profesora gimnazjalnego. Dla młodego, bo 32-letniego zaledwie człowieka była to kariera prawdziwie imponująca. Zarobki wystarczały na wynajęcie dużego, wygodnego mieszkania w jednej z najlepszych w Mikołowie kamienic przy ówczesnej ulicy Kościelnej, gdzie zamieszkał razem z poślubioną w 1932 r. Elżbietą Sobecką. W rok później przyszedł na świat syn Piotr, po dwóch kolejnych latach córka Katarzyna.
Z pozycją taką wiązała się też szczególnego rodzaju środowiskowa presja – nauczyciel musiał być w tamtych czasach zaangażowany w działalność społeczną. Toteż Edward Wojaczek współorganizował w Mikołowie Towarzystwo Czytelni Ludowych (w latach 1935-39 stał nawet na jego czele), współtworzył miejscową bibliotekę… Czy angażował się również w działania o bardziej upolitycznionym charakterze? Nie można tego wykluczyć; sam fakt bycia urzędnikiem państwowym stanowił wystarczające zobowiązanie do tego typu aktywności. Szczególnie w województwie śląskim, trzymanym mocną ręką wojewody Michała Grażyńskiego; podlegli mu urzędnicy nie mogli pozwolić sobie raczej na luksus „stania na uboczu”.
Wojaczek zdecydował się wystąpić o ponowne zatrudnienie go w niemieckim już szkolnictwie. Bezpośrednią ku temu pobudką był na pewno trywialny brak pieniędzy i związana z tym troska o przyszłość rodziny.
Wkrótce w życiorysie Edwarda Wojaczka pojawił się epizod, który w kilka lat później zaciążyć miał na jego losach. Było nim zaledwie kilkumiesięczne (od września 1932 do maja 1933 r.) zatrudnienie w charakterze nauczyciela języka niemieckiego w istniejącym w pobliskim, niemieckim wówczas Bytomiu prywatnym polskim gimnazjum. Czy na decyzję o odejściu z tej szkoły jakiś wpływ wywrzeć mogło przejęcie w początkach 1933 r. władzy przez hitlerowców? Być może, choć najpewniej zadecydowały obowiązki rodzinne. Dojazd z Mikołowa do Bytomia musiał być dość czasochłonny. Jeśli zaś praca tam podjęta była ze względów wyłącznie finansowych, to rok 1932 oznaczał dla Wojaczka radykalną w tym względzie poprawę. Szkoda jednak, że nieznane są nam refleksje, jakimi napawać musiał go widok maszerujących w styczniu 1933 r. po bytomskich ulicach kolumn SA i domów udekorowanych sztandarami ze swastyką. Czy mógł się spodziewać, że już wkrótce tamta rzeczywistość zawita również do Mikołowa? Na pewno jego zaangażowanie nie pozostało niezauważone; w odnalezionej w Mikołowie tuż po wojnie swoistej miejscowej „księdze gończej”, czyli notesie wypełnionym nazwiskami miejscowych powstańców i rezerwistów pod literą W, oznaczony numerem 310 figuruje… Edward Wojaszek. Zamieszczona obok data urodzenia pozwala jednak zorientować się, że nieznany autor popełnił po prostu błąd w pisowni nazwiska i bez wątpienia chodzi tu o naszego bohatera. Przynajmniej kilka innych wyszczególnionych tam osób padło ofiarą wrześniowych egzekucji, wielu jednak zdążyło w porę umknąć.
W warunkach zaboru niemieckiego
Trudno się dziwić, że obarczony rodziną profesor Wojaczek nie zdecydował się na taki właśnie krok i pozostał na miejscu. Rzeczywiście, szczęśliwie ominęły go w jakiś sposób aresztowania i samosądy pierwszych dni okupacji. Najtrudniejsze miało jednak dopiero nadejść. Przybyły do Katowic Otto Fitzner, szef tzw. Zarządu Cywilnego w szybkim tempie zorganizował aparat administracyjny nowo powołanej rejencji katowickiej. Jeden z przedwojennych liderów tutejszej mniejszości niemieckiej, Otto Ulitz, otrzymał w nim stanowisko szefa wydziału szkolnego. Z jego polecenia uruchamiać poczęto zamknięte dotychczas szkoły, radykalnie zmieniając ich oblicze na obraz i podobieństwo wzorców z Rzeszy. Nowych nauczycieli ściągano najczęściej z głębi Niemiec, w nielicznych tylko przypadkach sięgając po miejscowe siły; poddając je zresztą przedtem gruntownej weryfikacji.
Wojaczek zdecydował się wówczas wystąpić o ponowne zatrudnienie go w niemieckim już szkolnictwie. Bezpośrednią ku temu pobudką był na pewno trywialny brak pieniędzy i związana z tym troska o przyszłość rodziny. Nie żywił chyba specjalnych złudzeń co do oblicza narodowego socjalizmu; bez wątpienia wiedział, jaki los spotkał aresztowanych po wkroczeniu armii niemieckiej Polaków, a codziennie musiał być świadkiem nowych represji. Najpewniej pragnął jednego – zapewnienia rodzinie jakiegoś niezbędnego do egzystencji minimum.
W początkach maja 1940 roku Edward Wojaczek został aresztowany i zesłany do obozu koncentracyjnego Dachau. Przebywał tu… cztery dni, od 5 do 9 maja 1940 r. Po zwolnieniu skierowany został do prac przymusowych w rolnictwie i w ten sposób doczekał upadku III Rzeszy.
Pod koniec września 1939 r. Edward Wojaczek złożył zatem podanie do Niemieckiego Związku Szkolnego (Deutscher Schulverein), załączając również swój życiorys. W oszczędnych słowach przedstawił tam swą dotychczasową karierę, podnosząc wybór takiego, nie innego kierunku studiów jako okoliczność dowodzącą – mimo wszystko – pewnych związków z niemieckością. O udziale w powstaniu nie wspomniał; przeciwnie, zaznaczył, że jego społeczne zaangażowanie dalekie było od polityki. Bo co może mieć z nią wspólnego działalność w miejskiej bibliotece? Pismo dotarło do adresata i nie zostało po prostu odłożone do szuflady – być może istotnie rozważano możliwość zatrudnienia Edwarda Wojaczka w niemieckim gimnazjum, skoro postanowiono na miejscu zasięgnąć o nim opinii.
Do wystawienia podobnej cenzurki zobowiązano mikołowską komórkę działającej tam od 1933 r. Partii Młodoniemieckiej (JdP). Podpisane osobiście przez mikołowskiego Ortsleitera Paula Bibiellę pismo nie pozostawiało złudzeń:
„Pan Edward Wojaczek – podawano w nim – jest polskim nacjonalistą i jako taki nigdy nie reprezentował niemieckich interesów. Poza tym figuruje on na listach Związku Powstańców Śląskich i aktywnie brał udział w III powstaniu.”
Wydaje się, że w Deutscher Schulverein opinię tę potraktowano z dużą rezerwą. Na pewno zdawano sobie sprawę, że nierzadko świeżej daty narodowi socjaliści z JdP nie grzeszą raczej obiektywizmem, za to kipi w nich ideologiczna gorliwość. Toteż samego zainteresowanego poproszono o wskazanie osoby, mogącej poświadczyć jego lojalność. Wojaczek wytypował tu swego znajomego z mikołowskiego gimnazjum, zamieszkałego wówczas w Grazu niejakiego Friedricha Killiana.
Czy w ogóle zadano sobie trud odszukania go – trudno powiedzieć. Pewne jest za to, że w parę dni później Wojaczek ponowił prośbę o zatrudnienie w charakterze nauczyciela. Tym razem jednak podanie skierowane było do sztabu tzw. 3. Odcinka Straży Granicznej, wojskowej struktury administracyjnej dla polskiego Górnego Śląska. Prośbie tej towarzyszyło schematyczne przedstawienie dotychczasowej kariery, a całość kończyła się zdaniem w jakimś stopniu oddającym dramatyzm sytuacji:
„Niżej podpisany jest rodowitym Górnoślązakiem, pragnie nadal pracować jako nauczyciel i uprzejmie prosi o uwzględnienie jego prośby, jako że obecnie pozostaje bez pracy i środków do życia, zaś do wyżywienia ma żonę i dwójkę dzieci.”
Również i tym razem adresat postanowił zasięgnąć opinii „czynnika politycznego”. Został nim dyrektor pszczyńskiego oddziału Deutscher Schulverein, niejaki dr Rath, którego elaborat pogrążył chyba Wojaczka bez reszty.
„Wnioskodawca, nauczyciel gimnazjalny Edward Wojaczek z Mikołowa – grzmiał Herr Rath – jest mi znany jako polski szowinista. Opinia kierownika miejscowej grupy [JdP z Mikołowa] jest trafna. (…) Edwarda Wojaczka nie sposób wyobrazić sobie jako nauczyciela języka niemieckiego w niemieckiej szkole.”
Bezpośrednią konsekwencją tej laurki było pismo, jakie nadeszło na ręce Wojaczka z wydziału szkolnego katowickiego prezydium. Otto Ulitz zawiadamiał w nim lakonicznie:
„Pańskie zatrudnienie w podległych mi strukturach nie jest brane pod uwagę.”
Nietrudno było domyśleć się, że takie postawienie sprawy niczego dobrego nie wróży. Przez Górny Śląsk właśnie przetaczała się ponowna fala aresztowań, dotykająca przede wszystkim powracających do domów uciekinierów. Przyszłość wszystkich tych, którzy w latach II Rzeczypospolitej zaangażowali się w polskie życie polityczne czy kulturalne stawała się rozpaczliwie niepewna.
W tym właśnie momencie powtórnie dał o sobie znać Wilhelm Wojaczek. Wówczas już doktor medycyny, członek NSDAP, zaś od sierpnia 1939 r. żołnierz Wehrmachtu w stopniu Stabsarzt (lekarz sztabowy – odpowiednik kapitana). Z końcem lutego 1940 r. wystosował on na ręce Ulitza sążnisty list; przedstawiając niełatwe dzieje rodu Wojaczków, zdecydowanie wstawiał się za młodszym bratem, próbując jednocześnie usprawiedliwić jego narodowościowe wybory.
„Mój młodszy brat – pisał Wilhelm Wojaczek – uczęszczał wówczas (…) do rybnickiego gimnazjum i w swym młodzieńczym marzycielstwie oraz podatności na wpływy dał się uwieść polskim ideom. Studiował potem w Krakowie (…) Jak dalece zaangażował się on politycznie po polskiej stronie, nie jest mi wiadomym, jako że gdy zawiodły wszelkie próby opamiętania go, nie troszczyłem się o to więcej. (…) Lecz od tak dla nas, dzięki Bogu, zwycięskiej wojny z Polską znalazł się on w strasznym położeniu. Stracił swą posadę nauczyciela gimnazjalnego. Z zarządu szkół w Katowicach czy może Pszczynie otrzymał pismo, że nie może liczyć na powtórne zatrudnienie. Nie wie, z czego ma utrzymać siebie i swą rodzinę. Tak więc pisze do mnie kolejne listy ze skargami, jeden po drugim. W ostatnim podzielił się nawet swymi obawami przed wysiedleniem.”
Prosząc zatem o spojrzenie łaskawszym okiem na zabiegi brata o pracę w szkolnictwie, Stabsarzt Wojaczek zapewniał jednocześnie, iż
„jest on [człowiekiem] świadomym swych obowiązków, honorowym i pilnym, który pobłądził jedynie w swym młodzieńczym niezrozumieniu świata.”
I dodawał:
„Jeśli Pana cenny czas na to pozwoli, krótką wiadomością o sposobie załatwienia tej sprawy wyświadczyłby mi Pan wielką przysługę, zdejmując jednocześnie z serca olbrzymi ciężar.”
Nawet taka interwencja nie pomogła. Otto Ulitz bez wątpienia znakomicie orientował się w powikłanych losach wielu górnośląskich rodzin, lecz tym razem górę wzięła ideologiczna pryncypialność. Wkrótce poczta polowa dostarczyła Wilhelmowi Wojaczkowi, kwaterującemu wówczas w okolicach Opatowa, krótką i odzierającą ze złudzeń odpowiedź.
„Odnośnie do Pana pisma – pisał Ulitz – informuję, że w sprawie Pańskiego brata, niestety, nic nie mogę uczynić.”
Tymczasem kamienica, w której mieszkali Wojaczkowie, jako mienie pożydowskie dostała się pod przymusowy zarząd sprawowany przez również zamieszkałego w niej Hansa Müllera, wówczas wiceburmistrza miasta i działacza NSDAP. Już 13 kwietnia 1940 r., skierował on do mikołowskiego sądu pozew przeciw Edwardowi Wojaczkowi. Wnosił w nim, po pierwsze, o spłatę zaległego czynszu za trzy ostatnie miesiące, po drugie, o natychmiastową eksmisję rodziny Wojaczków z zajmowanego lokalu.
„Żądanie opuszczenia lokalu – dodawał – opiera się również i na tym, iż pozwany jest polskim nacjonalistą, i pozostali niemieccy mieszkańcy domu nie mogą być zmuszani do zamieszkiwania wraz z nim. Poza tym powód pilnie potrzebuje tego mieszkania na potrzeby placówki partyjnej.”
Jak gdyby dla dopełnienia miary nieszczęść, w początkach maja tego roku Edward Wojaczek został aresztowany i zesłany do obozu koncentracyjnego Dachau. Niewątpliwie miało to miejsce w ramach osławionej Intelligenzaktion; los taki stał się wówczas udziałem wielu innych Górnoślązaków, by wymienić tylko błogosławionego ks. Emila Szramka. Pani Elżbiecie nie pozostawało nic innego, jak wraz z dziećmi przenieść się do Jejkowic, pod opiekę seniora rodu.
W Dachau Wojaczek przebywał… cztery dni, od 5 do 9 maja 1940 r. Po zwolnieniu skierowany został do prac przymusowych w rolnictwie i w ten sposób doczekał upadku III Rzeszy.
***
Do Mikołowa, gdzie czekała już nań rodzina, powrócił w lutym 1945 r., podróżując wraz z mającym za sobą podobne przeżycia Gustawem Morcinkiem. Rodzina nie miała (i nie ma również dziś) wątpliwości, że do zwolnienia go z obozu przyczyniły się właśnie zabiegi Wilhelma Wojaczka.
W Mikołowie Wojaczkowie ulokowali się w innym już, „poniemieckim” mieszkaniu niedaleko rynku; to przedwojenne zajęte zostało przez sowiecką komendanturę wojenną. Niedługo, bo 6 grudnia przyszedł tam na świat Rafał Grzegorz Mikołaj. Czyli właśnie późniejszy poeta.
