Jednocześnie rośnie fala krytyki związana z brakiem dostępności wielu świadczeń medycznych w związku z obostrzeniami przeciwwirusowymi w szpitalach i przychodniach zdrowia. Może to dobry moment, żeby uświadomić sobie jak stosunkowo krótko obywatele Polski mają w ogóle dostęp do medycyny.
W II RP
Jeszcze przed II wojną światową niewiele osób korzystało z pomocy lekarskiej. Według danych z 1938 r. w Polsce było 12917 lekarzy, a współczynnik dostępności lekarza dla 10000 mieszkańców wynosił 3,7. Większość lekarzy praktykowała w dużych miastach – na prowincji sytuacja wyglądała więc jeszcze gorzej niż mówiły to ogólnokrajowe statystyki. Dostęp do lekarzy był ograniczony również ze względu na trudności komunikacyjne. W nagłych przypadkach – jak np. skomplikowany poród lub wypadek przy pracy – trzeba było wysłać po lekarza podwody, liczyć na szczęście – że zastanie się go na miejscu, w gabinecie lub szpitalu, i liczyć na cud, że zdąży dojechać do chorego.
Państwo propagowało ubezpieczenia, a nawet obejmowało nimi zatrudnionych na państwowych posadach (także zatrudnionych przy robotach interwencyjnych, sezonowych). O dobrodziejstwach ubezpieczeń pisali również lekarze.
Jednak nie tylko dostępność lekarza determinowała decyzję o skorzystaniu z jego pomocy. Za pomoc tę trzeba było zapłacić. Decyzję o tym odkładano do ostatniej chwili, tym bardziej, że po konsultacji trzeba było jeszcze kupić medykamenty… Tylko nieliczni płacili składki w Zakładzie Ubezpieczeń (zwanym „ubezpieczalnią”) i mieli prawo do wizyt bezpłatnych. Państwo propagowało ubezpieczenia, a nawet obejmowało nimi zatrudnionych na państwowych posadach (także zatrudnionych przy robotach interwencyjnych, sezonowych). O dobrodziejstwach ubezpieczeń pisali również lekarze. Także i o tym, że kontakt z lekarzem na wczesnym etapie choroby – na co chętniej decydowały się osoby ubezpieczone – zwiększał prawdopodobieństwo sukcesu w kuracji. Trzeba bowiem pamiętać, że ówczesna medycyna była w wielu przypadkach zupełnie bezradna. Nie tylko nie dysponowała większością dzisiejszych narzędzi diagnostycznych, ale nie znano jeszcze antybiotyków, dostęp do szczepionek był ograniczony. Społeczeństwo dziesiątkowane było chorobami zakaźnymi, jak gruźlica, tyfus, grypa. Profilaktykę prowadzono w ograniczonym zakresie – także ze względu na brak zainteresowania ludności.
W II Rzeczpospolitej większość obywateli nie radząc sobie samemu z dolegliwościami korzystało z porad różnych znachorów, zielarek, szeptuch – a nie lekarzy. Porody odbierała zazwyczaj „babka”, która kwalifikacji nabierała w trakcie swojej praktyki (z pomocy wykwalifikowanych akuszerek korzystał nieliczny odsetek ciężarnych). Większość mężczyzn jedyny kontakt z lekarzem miała przy okazji badań komisji poborowych.
Po roku 1945
Tematem do dyskusji pozostaje sprawa: czy rozwój służby zdrowia po 1945 r. jest wielką zasługą komunistów, czy może to naturalny proces cywilizacyjny – jak np. elektryfikacja kraju, zwalczanie analfabetyzmu. Bezdyskusyjne jest natomiast to, że to „władza ludowa” upowszechniła służbę zdrowia i że jej decyzje miały wpływ na organizację. Decyzje te były uwarunkowane ideologicznie. Miało to dla pacjenta dobre i złe strony.
Bezdyskusyjne jest, że to „władza ludowa” upowszechniła służbę zdrowia i że jej decyzje miały wpływ na organizację. Decyzje te były uwarunkowane ideologicznie. Miało to dla pacjenta dobre i złe strony.
Największym dobrodziejstwem było zagwarantowanie powszechnego dostępu do lecznictwa. Rozbudowywano sieć placówek służby zdrowia. Miała ona sięgać aż do szczebla gminy, w której powinna być przychodnia zatrudniająca internistę, chirurga, ginekologa, stomatologa. W pierwszych powojennych latach były to mrzonki. Baza materialna była zupełnie zniszczona. Na ziemiach zachodnich i północnych trzeba było dopiero tworzyć struktury służby zdrowia. Do tego w czasie okupacji lekarze – jako przedstawiciele elity społecznej – byli celem eksterminacji przez okupantów. Na 10000 mieszkańców Polski w nowych granicach przypadało 3,2 lekarza. Jeżeli opieka medyczna miała być szerzej dostępna to pierwszą potrzebą było wyszkolenie lekarzy. Początkowo odbywało się to w starej formule – na wydziałach lekarskich uniwersytetów. Od 1950 r. na wzór sowiecki wyodrębniono samodzielne Akademie Lekarskie (w tym roku przemianowane na Akademie Medyczne). Znakiem czasu było też wprowadzenie przedmiotów ideologicznych do nauki przyszłych medyków. Studia były bezpłatne. Kandydaci z rodzin robotniczych i chłopskich dostawali preferencyjne punkty przy rekrutacji, ale wbrew nadziejom komunistów środowisko lekarzy pozostało elitarne i w swej masie krytyczne wobec ich polityki. Niezależnie od tego sukcesem władz był wzrost liczby medyków – chociaż dopiero w 1960 r. współczynnik liczby lekarzy na 10 tys. mieszkańców przekroczył postulowane 10 osób i nadal był niższy niż w innych krajach socjalistycznych (ale w 1974 r. było to już 16,8). Nadal istniało też zjawisko nierównomierności rozmieszczenia lekarzy. Niechętnie wyjeżdżali oni na prowincję, gdzie trudniej było o dobre warunki pracy – a przede wszystkim na szansę rozwoju zawodowego.
W miarę rozwoju specjalizacji medycznych (proces ten gwałtownie przyspieszył w XX wieku) tworzono przychodnie specjalistyczne na szczeblu wojewódzkim. Co istotne, chorzy mieli również zagwarantowany prawnie dostęp do rehabilitacji i do leczenia sanatoryjnego. Ale czy wszyscy chorzy?
Społeczeństwo polskie po wojnie długo jeszcze pozostawało społeczeństwem wiejskim. Mimo przyspieszonej industrializacji i związanych z tym migracji do miast, jeszcze w latach siedemdziesiątych połowa mieszkańców pracowała w rolnictwie, z czego ogromna część w rolnictwie indywidualnym. I dopiero w 1972 roku ta część społeczeństwa została odpowiednią ustawą włączona do powszechnego systemu ochrony zdrowia (wcześniej, jako obywatelom nie zatrudnionym w „gospodarce uspołecznionej” tego prawa odmawiano). To dobrodziejstwo sprawiło nieoczekiwany kłopot. Z dnia na dzień liczba pacjentów podwoiła się. Żaden system medyczny nie przetrwa tego bez szkody. Wydłużyły się kolejki do przychodni, w szpitalach pojawiły się problemy z dostępnością łóżek.
Drugim sukcesem służby zdrowia w PRL było zwalczenie wielu epidemii. Zastosowanie antybiotyków (początkowo jedynie sprowadzanych z zagranicy, potem produkowanych już w Polsce), obowiązkowe (i egzekwowane!) szczepienia, propaganda higieny i profilaktyka chorób, badania przesiewowe dzieci i młodzieży – wszystko to sprawiło, że poradzono sobie z szeregiem chorób zakaźnych i chorób związanych z niedoborami. Polska Ludowa wykazywała tu bardzo dużą skuteczność. Stwierdzenie, że państwa z ograniczoną wolnością obywateli wykazują się większą skutecznością w realizacji takich projektów, byłoby pewnym uproszczeniem. Bowiem w tym sukcesie duży udział miało ogromne zaangażowanie środowisk medycznych. To z nich wypływały projekty zwalczania nowych plag społecznych, jak choroby układu krążenia, nowotwory…
Kwestia jakości
To, co było widocznym dla wszystkich negatywnym skutkiem uwarunkowań politycznych w działaniach systemu ochrony zdrowia to jakość usług medycznych. Medycyna w Polsce była wiecznie niedoinwestowana. I tu nie chodzi tylko o nowoczesny sprzęt, który trzeba było sprowadzać zza granicy za dewizy. Brakowało inwestycji w rozwój i produkcję polskiego sprzętu, a nawet części zamiennych czy eksploatacyjnych do zakupionego już sprzętu (np. urządzenia do dializ). Z biegiem czasu zaczęło brakować wszystkiego – jednorazowych strzykawek, opatrunków, plastrów, rękawiczek. Brakowało lekarstw – wcale nie jest przypadkiem, że wśród darów płynących do Polski w latach osiemdziesiątych tak wiele było produktów farmaceutycznych.
To, co jednak było najdotkliwszą konsekwencją decyzji politycznych odnośnie działalności służby zdrowia w PRL – to doprowadzenie do jej zacofania. Polska medycyna traciła dystans do światowych osiągnięć.
Na skutek niedoinwestowania wiele do życzenia pozostawiała infrastruktura zdrowotna. Po reformie administracyjnej w połowie lat siedemdziesiątych powstała potrzeba budowy nowych budynków dla administracji szczebla wojewódzkiego. Odbywało się to m.in. kosztem planowanych inwestycji w służbę zdrowia. Stąd w okresie „Solidarności” pojawiały się postulaty przeznaczenia komitetów wojewódzkich PZPR na przychodnie zdrowia. Większym problemem było zaniedbanie starej infrastruktury. Niektóre szpitale, jak np. kliniczny w Warszawie, nie były remontowane przez kilkadziesiąt lat i zagrażały zdrowiu pacjentów.
Również z ograniczonym budżetem, jaki przeznaczano na służbę zdrowia, wiąże się odwieczny problem z brakiem personelu pielęgniarskiego. Już w latach pięćdziesiątych pielęgniarki podnosiły fakt, że ich pensje są bardzo niskie, co przy pracy uciążliwej (dyżury nocne) i bardzo odpowiedzialnej nie zachęca do wyboru takiego zawodu. Także lekarze postulowali konieczność podniesienia pensji pielęgniarek, ponieważ w szpitalach bywały problemy z obsadzeniem dyżurów. Sytuację pogorszyła decyzja podjęta przez kierownictwo partyjne w 1962 r., aby ostatecznie usunąć ze szpitali siostry zakonne pracujące jako pielęgniarki. Mimo rozwoju szkół pielęgniarskich, nie zdecydowano się jednak na podwyżki dla pielęgniarek i była to (i nadal jest) jedna z bardziej niezadowolonych grup zawodowych w Polsce.
To, co jednak było najdotkliwszą konsekwencją decyzji politycznych odnośnie działalności służby zdrowia w PRL – to doprowadzenie do jej zacofania. Polska medycyna traciła dystans do światowych osiągnięć. Istniała tylko ograniczona wymiana naukowa z krajami kapitalistycznymi. Nawet dostęp do literatury w języku angielskim, w którym publikowano najnowsze wyniki badań, był ograniczony. Nieliczni lekarze jeździli na stypendia zagraniczne – nie zawsze zresztą z nich wracali. Po powrocie nie mogli wykorzystać zdobytej wiedzy: brak było możliwości technicznych, biurokratyczna machina opóźniała badania naukowe lub wdrażanie nowych metod leczenia. W gospodarce centralnie sterowanej wyprodukowanie nowego typu aparatu do diagnostyki trwało lata. Również badania naukowe musiały być rozpisane w odpowiednich planach… Dziś powiedzielibyśmy o „małej innowacyjności”, ale to było coś więcej. To był system premiujący stagnację. Trzeba było ogromnej determinacji, żeby starać się utrzymywać kontakt ze światową czołówką.
