W odniesieniu do Łemkowszczyzny, niewielkiego skrawka ziemi położonego w Beskidzie Niskim i Sądeckim, między rzekami Popradem a Osławą, twórcą, który osobiste doświadczenia (poprzez literacką kreację) osadził w realiach swej „małej ojczyzny”, był Mirosław Nahacz.
Ja się nie czuję, ja jestem Łemkiem…
Nahacz określał się w bardzo jednoznaczny sposób:
„Ja się nie czuję, ja jestem Łemkiem…”.
Urodził się, gdy czas PRL-u dobiegał kresu, w 1984 roku we wsi Gładyszów na Łemkowszczyźnie. Studiował, już w III Rzeczypospolitej, kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował bardzo wcześnie, bo w wieku 20 lat. Pisał po polsku. Publikował też felietony, był współtwórcą scenariusza serialu telewizyjnego. W 2007 r. 23-letni pisarz popełnił samobójstwo. Pochowano go przy cerkwi w Leszczynach koło Gorlic, na jego Łemkowszczyźnie.
Pozostawił po sobie trzy powieści (Osiem cztery 2003, Bombel 2004, Bocian i Lola 2005), czwarta, niedokończona, zatytułowana Niezwykłe przygody Roberta Robura, ukazała się dwa lata po jego śmierci, w wydawnictwie Prószyński i S-ka.
Między Południem i Świetlnym Miastem
Tytułowy bohater powieści, Robert Robur, uznawany jest za literackie alter ego Nahacza. Akcja książki rozgrywa się początkowo w Świetlnym Mieście, czyli zapewne w Warszawie, gdzie Robur pracuje jako scenarzysta „tandetnej telenoweli”. Nadmiar wątków, ich splątanie i gąszcz postaci wprawdzie utrudniają odbiór autorskiego przesłania, ale powrót w rodzinne strony, do wiosek ukrytych w górskich, gęstych lasach, to bez wątpienia powrót do etnicznych źródeł i bohatera powieści, i samego autora.
Podczas podróży na Południe Robert Robur i jego towarzyszka Maja „dziewiątego dnia wieczorem” docierają „do pierwszej wioski”. Są tam świadkami wysiedlenia jej mieszkańców – w tym miejscu Nahacz wprowadził do „Niezwykłych przygód” łemkowskie opowieści o wydarzeniach 1947 r., o przymusowej ekspatriacji beskidzkich Łemków. Tak jak w 1947 r., wieś była „pełna ludzi w mundurach”, czyli po prostu żołnierzy („każdy z nich miał karabin zawieszony na pasku i niską rangę na pagonach”), a określanie samej akcji mianem ewakuacji było dosłownym przytoczeniem terminu z oficjalnych dokumentów z czasu, gdy realizowano Akcję „Wisła”. Identyczne były również realia: wagony bydlęce przygotowane do transportu ludności, pakowanie pierzyn, chleb do wypieku pozostawiony w opuszczonych już domach.
Z dramatycznej, wręcz apokaliptycznej, sytuacji Nahacz wydobył jednak coś więcej, czyli towarzyszące mieszkańcom wioski przeświadczenie, że
„dzieje się coś nieodwołalnego, coś co przychodzi z góry, spada, nie da się tego powstrzymać, trzeba się podporządkować, zacisnąć zęby i spakować”.
Wysiedlenie stało się bowiem dla Łemków dziejowym kataklizmem. Globalnym i nieodwracalnym, ale przede wszystkim – niezawinionym.
Dla Nahacza Łemkowszczyzna jest tłem, na którym rozgrywa się akcja powieści.
„Parę chwil w białej izbie. Dziwny język. Zapachy i obraz. Naprawdę dziwny smak płynu, który nie jest cieczą”
– ten długi, rozbudowany tytuł rozdziału z epilogu to po prostu streszczenie wizyty w dawnym rodzinnym domu. Tak jak w rzeczywistości, kraj dzieciństwa jest wyludniony, nie ma tam właściwie nic i nikogo. Przeszedł tamtędy jakiś nienazwany kataklizm. Ludzi dawno ewakuowano/wysiedlono, wsie przestały istnieć. Jedyna osada, która pozostała, gdzieś pośrodku Południa, to właśnie jego rodzinna wieś. Bohater odtwarza sobie jej wygląd, wydobywa z pamięci „zagubione fragmenty układanki”.
W powieści miejscowi ludzie nie mają w sobie nic z beztroskiej radości życia Łemków. A przecież w tym świecie panuje jednak ustanowiony tradycją porządek, wszystko ma swoje miejsce i czas, w jakimś sensie jest przewidywalne, więc oswojone, bezpieczne. Tubylcy, czyli Łemkowie, przypominają członków zapomnianego plemienia, żyjącego spokojnie wśród lasów, dopóki nie przypomni sobie o nich wroga cywilizacja Świetlnego Miasta. Wraz z jej nadejściem zaczynają się wizyty podejrzanych ludzi, wybuchy w młynie, pożar i w konsekwencji zagłada wsi. W ten sposób zniszczony zostanie ich zamknięty, magiczny, znany i oswojony świat.
Nahacz, wykorzystując koloryt łemkowski, zderzył ze sobą dwa światy głównego bohatera. Łemkowskie Południe okazało się jednak miejscem, gdzie postawiono pierwsze i najważniejsze pytania w życiu Roberta Robura – pytania o to kim jest. I dopiero za drugim kieliszkiem „kropki”, tradycyjnego trunku Łemków, sporządzonego z wódki lub bimbru z niewielką domieszką eteru, wraca mu zdolność porozumiewania się w ojczystym dialekcie, a nawet odczuwanie rodzimych zapachów i dźwięków.
Podwaliny tożsamości
Dla Mirosława Nahacza, ale też innych, wywodzących się z przestrzeni pomiędzy Popradem a Osławą twórców, to właśnie Łemkowszczyzna jest miejscem kryjącym w sobie tajemnicę łemkowskiej tożsamości.
Istotną rolę w konkretyzacji tego miejsca pełni subiektywna świadomość pisarzy. Ta Łemkowszczyzna istnieje w przestrzeni, która jest pamięcią. Pamięć tworzą symbole, ślady przeszłości, „miejsca pamięci” czyli owe „podwaliny tożsamości”, jak określił je twórca koncepcji, Pierre Nora, podwaliny zawsze należące do przeszłości.
Z tej perspektywy przyszłość zawsze pozostaje zakryta i niepewna. Owa niepewność jej kształtu narzuca obowiązek zapamiętania – czyli utrwalenia śladów minionego czasu – choćby w postaci wspomnienia. To właśnie Południe z powieści Nahacza stanowi miejsce zakorzenienia, które pozwala zakotwiczyć się człowiekowi we współczesnym świecie. Jest jednym z tych „miejsc pamięci”, tym śladem historii, który z upływem czasu zaczął odgrywać rolę symbolu, współtworzącego poczucie wspólnoty członków tej społeczności.
I dlatego, by lepiej zrozumieć i Łemków, i ich wysiedleńczy dramat, do powieści Nahacza warto sięgnąć.
