A przecież nie jest to pisarstwo fantastyczne, przeciwnie, to proza wyrastająca z wnikliwej obserwacji, mocno zakorzeniona w psychologicznej analizie i przenikliwym wejrzeniu w społeczne relacje. I właśnie ta wnikliwość dobywa nadprzyrodzone echa, które okazują się immanentną częścią naszej rzeczywistości.
Wszystko przeniknięte jest tchnieniem Boga, przyroda ukrywa tajemne jestestwo, wszędzie wokół unoszą się emanacje ducha. Ale świat człowieka wystawiony jest też na trujące działania diabła, który wciska się w ludzkie serca i ludzkie umysły, wydobywa z nich chciwość, nienawiść, egoizm – siły napędowe historii i społeczeństw. I jeszcze śmierć, milczący arbiter ludzkich spraw.
Podkreśla się, że Reymont był talentem samorodnym, który wytrysnął mimo braku wykształcenia, że nie wychował się na salonach, tylko w domu organisty. Jednak ów organista (Józef Rejment) był człowiekiem o wysokiej kulturze intelektualnej, podobnie matka – wywodząca się ze zubożałej szlachty – posiadając zmysł fabularny, uwielbiała wymyślać opowiadania. Książki i literatura były więc naturalnym środowiskiem przyszłego noblisty. Reymont (także za sprawą wuja kanonika) od wczesnej młodości zdradzał też wrażliwość malarską. Był przy tym naturą niespokojną, wciąż nie mógł znaleźć miejsca, nie został organistą (czego chcieli jego rodzice), stronił od tradycyjnej edukacji, wolał podróżować, imał się różnych zajęć, dość szybko tracąc nimi zainteresowanie. Ukończył rzemieślniczą szkołę niedzielną, nawet przez jakiś czas terminował jako krawiec, by zamienić ten fach na życie aktora w wędrownym teatrze.
Przemożna fascynacja sceną nie przełożyła się na sukces, teatralna przygoda dostarczyła Reymontowi pasma rozczarowań i upokorzeń, które niebawem stały się kanwą pierwszej jego powieści Komediantki (i jej kontynuacji: Fermentów). Po rozdziale teatralnym zaczął „zawodowo” praktykować okultyzm, występując jako medium w trakcie seansów spirytystycznych. Później z kolei odbył nowicjat w klasztorze jasnogórskim. W końcu, dzięki wsparciu ojca, osiadł jako niewysokiej rangi urzędnik Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej (urzędował m.in. w Lipcach).
Suma tych bogatych doświadczeń wraz z rysem awanturniczym okaże się cennym kapitałem literackim. Każda z powieści Reymonta zawiera bowiem cząstkę jego osobistych przeżyć i obserwacji – stąd ów wnikliwy realizm. A temperament literacki wciąż dawał o sobie znać, każąc wprawiać się Reymontowi w różnych próbach pisarskich. Tak powstał cykl tekstów Pielgrzymka do Jasnej Góry, który uznaje się za pierwszy reportaż w naszej literaturze. Co istotne, w trakcie pracy nad cyklem pisarz odbył pielgrzymkę, głęboko zanurzając się w pątniczy żywioł. Dał tu o sobie znać ów zmysł obserwacji Reymonta, jego wrażliwość na szczegół i rys psychologiczny. Publikacja miała być przełomem w jego literackiej karierze, a co nie mniej ważne, całe to doświadczenie miało napełnić go głęboką wiarą.
Sfera nadprzyrodzona owiewa całą twórczość Reymonta wraz z jego najważniejszą powieścią, czyli Chłopami. Duchy i widma zamieszkują świat ludowych wierzeń i zabobonów, wokół unoszą się tajemnicze cienie, a wieloznaczne symbole łączą świat natury z jakimś wyższym nieuchwytnym porządkiem.
Reymont zaczął budować swoją literacką pozycję, mógł pozwolić sobie na podróże po Europie. W Paryżu poznał najznakomitszych przedstawicieli młodopolskiej bohemy: Stanisława Przybyszewskiego, Zenona Przesmyckiego „Miriama”, Lucjana Rydla. Z czasem zaprzyjaźnił się też ze Stefanem Żeromskim. W trakcie swoich podróży przeżył (w roku 1900) katastrofę kolejową, co do której funkcjonują różne wersje: jedna mówi, że było to doświadczenie traumatyczne, które pozostawiło po sobie dojmujące stany lękowe. Według drugiej wersji Reymont miał doznać złamania żebra i dopiero interwencja zaprzyjaźnionego lekarza, który „poprawił” powypadkową dokumentację medyczną, miała zwielokrotnić efekty katastrofy. Faktem jest, że pisarz otrzymał sowite odszkodowanie, które zapewniło mu stabilną sytuację finansową.
Po wypadku opiekowała się Reymontem zaprzyjaźniona z nim Aurelia Szabłowska, z którą dwa lata później się ożenił. On był jej drugim mężem, ona pozostała jego jedyną żoną, choć bujny temperament uczuciowy pisarza wystawiał to małżeństwo na próby. Ale i Aurelia zapisała się w środowisku jako osobowość co najmniej niejednoznaczna.
Reymont był związany ze środowiskiem Narodowej Demokracji, znał się z Romanem Dmowskim (który nawet miał zainspirować go do napisania Ziemi obiecanej). Pod koniec życia wstąpił do PSL „Piast”, które jeszcze w czasie I wojny światowej zbliżyło się do endecji. Miał Reymont zmysł społeczny, angażował się w działalność publiczną, m.in. pełnił funkcję prezesa Związku Pisarzy i Dziennikarzy, a także Warszawskiej Kasy Przezorności i Pomocy dla Literatów i Dziennikarzy. Odbył zagraniczną podróż jako delegat Ministerstwa Spraw Zewnętrznych, wizytując Polonię w różnych krajach Zachodu. Były to intensywne wyjazdy poparte licznymi spotkaniami i wnikliwymi obserwacjami, które jednak napawały go przygnębieniem. Jeździł też do Stanów Zjednoczonych, gdzie chciał pozyskać wsparcie dla odbudowującego się po zaborach państwa polskiego. Ciężko chorował na serce, choroba nie pozwoliła mu osobiście odebrać Nagrody Nobla, którą otrzymał rok przed śmiercią. Miał też mieć problemy ze słuchem i nadużywać alkoholu. Zwłaszcza tej drugiej słabości przypisuje się udział w przedwczesnym zgonie Reymonta.
Zmarł 5 grudnia 1925 r. Pogrzeb odbył się w katedrze św. Jana. W kościele Świętego Krzyża wmurowano urnę z sercem pisarza. Ten katolicki obrządek jest ważną informacją – zmarły parę tygodni wcześniej Stefan Żeromski pochowany przecież został na cmentarzu kalwińskim. Na katolickie pojednanie Reymonta z wiecznością nie wpłynęły także jego zainteresowania spirytystyczne. Pogrzeb autora Chłopów był doniosłym wydarzeniem, które zgromadziło elity świata polityki i kultury oraz liczne przedstawicielstwo hierarchii polskiego duchowieństwa.
Choć wydaje się Reymont autorem znanym, w istocie pozostaje pisarzem zagadkowym. Jego dorobek może zadziwiać, zdumiewać przenikliwością, profetycznymi tonami. To literatura o złożonej symbolice, bogata w niuanse, tajemnicze szyfry, w których kryją się pogłębione sensy. Ta twórczość stanowi wnikliwe studium swojej epoki, ale też… naszych czasów. Reymont – analizując procesy, mechanizmy psychospołeczne – ustalił wektory, które zdefiniowały świat na dekady do przodu. Wielka literatura jest uniwersalna we wszystkich czasach – bo portretuje człowieka, który jest niezmienny. Zmieniają się tylko mody i technologie.
Ta ezoteryka, którą Reymont wydobywał z mroku, tylko pozornie przynależy do fantastycznej konwencji, w istocie jest równoprawną częścią naszego świata. Sfera niepoznanego, cały obszar tajemnicy, które spychamy w podświadomość, wracają przecież w postaci sennych projekcji. Jungowskie cienie są komponentami naszej kultury i naszej psychologii. Tak jak różne oblicza przyjmuje tajemnica zła (ale też nasze lęki, obsesje i szaleństwa). Możemy je tłumaczyć, oswajać, ale nigdy definitywnie nie rozproszymy nocy niepoznanego. Historia jest najlepszym dowodem owych szaleństw i owej nocy.
Wampir
Sfera nadprzyrodzona owiewa całą twórczość Reymonta wraz z jego najważniejszą powieścią, czyli Chłopami. Duchy i widma zamieszkują świat ludowych wierzeń i zabobonów, wokół unoszą się tajemnicze cienie, a wieloznaczne symbole łączą świat natury z jakimś wyższym nieuchwytnym porządkiem. Ale ten rodzaj nadprzyrodzoności mieści się w sferze przesądów, w projekcji ciemnych umysłów i ulotnych nastrojów, toteż łatwo „usprawiedliwić” go ludowym folklorem.
Metafizyka w swej dosłowności wypełnia dopiero Wampira, powieść którą zwykło się przeciwstawiać Chłopom – tam było arcydzieło, tu ma być projekt nieudany. Niesprawiedliwy to osąd i merytorycznie nieuzasadniony. W istocie Wampir jest dziełem nierównym, co może jednak być zamierzoną grą z konwencją. To wszak powieść gotycka przeniesiona w chorobliwy nastrój młodopolskiego fin de siècle’u. Reymont dał w tym utworze wyraz swoim spirytystycznym fascynacjom, toteż fabuła poprowadzona jest wokół intrygi okultystycznej, wyłaniającej zjawiska niepokojące i tajemnicze. Jest tu trochę egzaltacji, gotyckiego nadmiaru grawitującego w stronę pastiszu. Te rozbuchane namiętności, afekty, histeryczne koncerty na fisharmonii na tle szalejącej burzy. Nawet narracja jest nieco przerysowana, przesadzona emocjonalnym tonem. Za dużo tych wybuchów uczuć, tych kobiet dręczących swym pięknem. Do tego sceneria jak przeniesiona z Edgara Allana Poego, ze starymi domostwami i tajemniczymi lochami, z całą serią niepokojących pejzaży. I jeszcze Mahatma Guru – mag z Indii – oraz czarna pantera towarzysząca jednej z demonicznych figur. Jednak wszystko poprowadzone jest sprawnie, przez to wiarygodnie. Owa scenografia zachowuje dekorum, buduje nastój i wprowadza w wielopoziomową opowieść. To prawda, że najbardziej rozbudowaną warstwą powieści jest jej wymiar ezoteryczny, w którym mieści się zarówno sensacyjna atmosfera, jak i pogłębione refleksje.
Wampira otwiera opis seansu spirytystycznego, co zarysowuje jego fabularną naturę. Wykreował w niej Reymont całą galerię nadprzyrodzoności: z astralnymi emanacjami, wędrówkami dusz i niepokojącymi zjawami. Wyznawcy wiedzy tajemnej czerpią z buddyzmu, hinduizmu, lamaizmu – zwłaszcza z tajników samsary (wędrówki dusz) – i orientalnej demonologii. Wśród figur powieści pojawia się Helena Bławatska1 – chyba najbardziej wpływowa postać świata ezoteryki przełomu XIX i XX w. – a wraz z nią odwołania do tybetańskiej wiedzy tajemnej. Inna sprawa, że główny bohater z przekąsem nazywa ją „pierwszą świętą ich [spirytystów] Kościoła” i postrzega jako ordynarną szalbierkę2. Bohaterowie powieści funkcjonują pośród lóż hermetycznych, z których najbardziej przemożna okazuje się loża Bafometa, figury istotnej tak z punktu widzenia powieści, jak i tradycji kulturowej.
Ale Wampir to powieść dużo głębsza, okultystyczny horror wyznacza tu tylko (i aż) fabularne ramy. Przede wszystkim całą tę sferę spirytystyczno-ezoteryczną Reymont sportretował nie jako ekstrawagancką rozrywkę, tylko jako próbę przeniknięcia granicy ludzkiej wiedzy, jako sposób dotarcia do tajemnic świata, owych zakazanych Słupów Herkulesa.
Metafizyka w swej dosłowności wypełnia dopiero Wampira, powieść którą zwykło się przeciwstawiać Chłopom – tam było arcydzieło, tu ma być projekt nieudany. Niesprawiedliwy to osąd i merytorycznie nieuzasadniony. W istocie Wampir jest dziełem nierównym, co może jednak być zamierzoną grą z konwencją.
I tu dotykamy istoty powieści – Wampir to traktat epistemologiczny, stawiający pytania o naturę poznania, o to, co jest, a co nie jest prawdą, jakie są środki dotarcia do niej, jaka jest granica między wiedzą (nauką) a szalbierstwem3. Stąd wypełniająca powieść atmosfera niewyjaśnionego, stąd obrazy na granicy halucynacji. Ludzie są jak cienie, rzeczywistość rozmywa się w zamglonej atmosferze niby omam. Nad światem bohaterów unosi się widmowa groza, która bierze się nie tylko z ezoterycznych seansów, ale też z neurotycznych niepokojów i psychoz, to strach dobywający się z wnętrza postaci. Sączony modernistycznym spleenem i ponurą londyńską pogodą. Ów dekadencki ton Wampira jest bardzo silny, z dojmującym przeczuciem katastrofizmu – to właściwie powieść apokaliptyczna. Wypełnia ją poczucie schyłku, przeświadczenie o wyczerpaniu i martwocie zachodniej kultury. Bardzo ostro wykłada ten pogląd główny bohater (Zenon), gdy z goryczą stwierdza, że „na świecie jest tylko miejsce na handel i fabryki”4, czym zresztą powtarza przesłanie Ziemi obiecanej. Padają też ostrzejsze słowa o „radosnym pogrążaniu się ludzi w bydlęctwie”, w czym przeszkadza wizja Chrystusa – dlatego trzeba Go obśmiać, na nowo „ukrzyżować we wszystkich mózgach”. Stąd przekonanie Zenona o doczesnej klęsce świata Chrystusowego. Stąd też w powieści sekty apokaliptyczne, uliczni kaznodzieje, zgromadzenia misjonarek i misjonarzy (np. Kościół Pogromców Grzechu) niosących otuchę i słowa Ewangelii dla żebraków i prostytutek – zupełnie jak echo Sodomy w przededniu zagłady.
Apokaliptyczna jest też przestrzeń w powieści, która wydaje się przenikać z zaświatami. Sprzyja temu ciężka londyńska aura, spowita mgłami i szarością, a w nich majaczą widmowe omamy i upiorne zjawy przedrzeźniają żyjących. Jest w tym coś smutnego i nierzeczywistego, jakby świat przeniesiony z eschatologicznych wizji Wergiliusza lub Dantego5. Snująca się atmosfera śmierci będzie podnosić się w różnych kształtach, zazwyczaj półrealnych, rozmywających się w onirycznej tajemnicy, w stanach somnambulicznych transów. W tajemnicy skrytej w ciemności, w którą bohatera nęci Daisy, demoniczna femme fatale, zresztą oblubienica szatana. Podążający za nią Zenon trafia na jakieś perwersyjne misterium biczowników, a później na klasyczny sabat, który Reymont umieścił na krawędzi urojenia i jawy. Przypomina on noc Walpurgii z całą menażerią upiornych istot wylęgłych z bestiariuszy i potwornych mitologii, a jego ośrodkiem jest Bafomet – z kozią głową i czarnymi skrzydłami6. Reymont rekonstruuje lucyferyczne koncepcje, portretuje ekstrawaganckie wspólnoty, które czczą szatana jako prometejskiego buntownika – tego, który niesie światło wolności i wiedzy. Pisarz nie podziela jednak tej perspektywy, za to pokazuje, jak Daisy stopniowo zatruwa duszę Zenona – jak zdobywa ją dla diabła.
Bo Wampir to nie tylko powieść ezoteryczna, ale też – a może przede wszystkim – teologiczna, odsłaniająca demoniczne zagrożenia, nieodpartą groźną moc zła. To jak osacza, fascynuje, zniewala. I niszczy. Reymont uchyla w tej powieści drzwi do nieznanego, jakby pozwalał wejrzeć w czarny kosmos z barokowych obsesji – w nieskończoność, w której kryje się tajemnica, mogąca jednak być straszliwą. Tam jest Bóg, ale czyha też diabeł, a kiedy nie ma się kompasu teologicznego, tylko szuka po omacku ezoterycznych głębi, łatwo stać się pastwą szatana.
Ziemia obiecana
Nie mniej infernalną powieścią jest Ziemia obiecana. Sam tytuł niesie gorzką ironię, świat powieści jest parodią, owa „ziemia obiecana” to bowiem najczystsze piekło: z demonami, potworami i całą skalą zła. To przestrzeń cierpienia i brzydoty, której nie jest w stanie zakryć najbardziej ostentacyjne bogactwo. Ukazany świat jest brudny i schorowany. To jałowe ziemie wydrenowane przez fabryczne kolosy, które „ssały coraz potężniej grunty, materiały, ludzi, mózgi, konkurentów i przerabiały to wszystko na miliony […]”7.
Cała Łódź – gdzie Reymont osadził akcję powieści – przypomina monstrualne zwierzę, trochę na kształt prehistorycznych gadów lub smoków, buchających ogniem i dymem. Dalej to porównanie przechodzi w opis fabryk, które są jak żywe istoty, przypominające węże, krokodyle, „szkielety przedpotopowych jaszczurów” lub „potwornych ryb przedhistorycznych”. Bo to obraz piekła wypełnionego zorganizowanym chaosem. Ziejącego trującymi oparami, śmierdzącego toksycznymi zbiornikami, jakimiś maziami i olejami. Dlatego pracujący w nich robotnicy są jak cienie lub widma. Anonimowi, zunifikowani, wydrążeni. Kiedy Reymont porównuje ich do owadów lub zwierząt, kiedy portretuje ich sunących do fabryk w jakimś otępieniu i rezygnacji, ciągniętych jakby automatyczną wolą, te „rzędy głów brzydkich, bladych, anemicznych, zniekształconych ciężką codzienną pracą”8, trudno oprzeć się wrażeniu mrocznego profetyzmu – skojarzeniom antycypującym obrazy z łagrów i obozów koncentracyjnych. A fabrykanci są jak złośliwe demony (poczwarne i odrażające), pławią się w tej jadowitej atmosferze, jakby sycąc się cierpieniem pracujących robotników9. Nawet ich opis nasuwa skojarzenia z poetykę Matthiasa Grünewalda lub Hieronima Boscha (z ich onirycznymi poczwarami i hybrydowymi demonami) – przypominają wszak małpy, nietoperze, groteskowe słonie, świnie, płazy lub jastrzębie. O miejsce na szczycie demonicznej hierarchii walczą Szaja i Bucholc, obaj emanując czystym złem. Ten pierwszy cały czas chce więcej, rozpierany pychą, pragnie być największym w Łodzi. Porównany do wielkich kominów górujących nad miastem, jest niby babiloński król Nemrod i jego wieża Babel. Złośliwy, zawistny, chorobliwie chciwy, krążący po ciemnym pokoju, pielęgnuje nienawiść do Bucholca i reszty ludzi. Kiedy słyszy muzykę dopływającą z budynku nieopodal, wpada w jeszcze większą złość:
„Ja jestem chory, a oni się bawią! Za co oni się bawią? Skąd oni mają na zabawę?”10.
A gdy dowiaduje się, że to majster z jego fabryki, postanawia go ukarać. Symboliczna jest scena w willi Endelmanów, gdzie Szaja zrywa kwiaty i je depcze – zawistny i nienawidzący wszelkiego piękna11.
Jednak pierwszym pośród pandemonium jest Bucholc, uzależniony od zła:
„sprawiało mu niezwykłą przyjemność, jeśli mógł męczyć kogoś i pluć w ludzką duszę”12.
Nawet przypomina demona z piekielnych wizji:
„Leżał nieomal w fotelu, z nogami, które się prawie przypiekały przy ogniu ustawicznie podsycanym, a w którym co chwila grzebał kijem; z twarzą szarożółtą niby trupa rozkładającego się, w której świeciły krwawo oczy złością i urąganiem”13.
Porównany też zostaje do
„bożka pookręcanego w łachmany i szmaty, który w głębi swej świątyni złotej leży na milionach i nimi potężny, urąga wszystkiemu […] i samo człowieczeństwo […] ma w pogardzie”14.
Co znamienne, nie lubi Bucholc światła słonecznego, w swoim domu każe zasłaniać okna i krzepi się światłem elektrycznym. Obaj jednak – Szaja i Bucholc – okazują się mniej wolnymi i mniej szczęśliwymi od tych, którymi tak pogardzają, jak zauważa Kurowski w rozmowie z Borowieckim:
„Przecież taki Knoll, Bucholc, Szaja, Müller i stu innych to najbardziej nędzni niewolnicy własnych fabryk, najmniej samodzielne mechanizmy, nic więcej!”15.
W piekle są tylko niewolnicy, a wielcy fabrykanci okazują się ofiarami piekła, które sami zbudowali – dla siebie i innych. Stąd Bucholc czuje zbliżającą się śmierć i jest nią przerażony. Jego wznoszone z bezwzględnym mozołem imperium okazuje się daremną igraszką. Gdy przechadza się po swojej fabryce, chcąc chwycić się życia, błądzi po własnym inferno, po miejscu wypełnionym strachem i beznadzieją. Wnętrza przypominają grobowiec, który Bucholc wzniósł sobie za życia wzorem starożytnych tyranów. Całe jego życie okazuje się grobowcem, a jego tak okrutny trud – jałowym wysiłkiem, drwiną. To demoniczne kłamstwa, a Bucholc jest jak postać z baśni, która sprzedała duszę diabłu. Umarł w przerażeniu i samotności, jakby przygnieciony swoją fabryką, pochłonięty przez nią16.
Nastrój śmierci przenika całą powieść, zupełnie jakby Reymont przełożył dantejską wizję. Stąd te puste mroczne korytarze, którymi wędrują bohaterowie (np. gasnąca fabryka Bauma), stąd posępne obrazy lasów i rozlewisk (nasuwające skojarzenia z mitycznymi zaświatami), stąd nawet spacerujący w niedzielne popołudnia robotnicy przypominają upiory. Także ociekające bogactwem salony, w których fabrykancka młodzież celebruje swój spleen, porównane są do luksusowych grobowców.
Reymont przywraca zapomniane prawdy, przypomina moralną prostotę świata wraz z jej metafizycznym przedłużeniem. Jest więc wrażliwy na krzywdę, na nędzę zadawaną ludziom przez ludzi – chciwych i nienasyconych. Na tę niesprawiedliwość dysproporcji między nieumiarkowanym bogactwem i poniżeniem ubóstwa. W tym kotwiczy diabelski porządek, stąd biegnie prawo piekła organizujące życie już tu – na Ziemi. Daje temu Reymont wyraz w Ziemi obiecanej, w Wampirze, w Roku 1794. W chciwości i egoizmie tkwi sekret metafizycznego dramatu zła. A jego bohaterowie mierzą się z tym złem. Jak Karol Borowiecki, który coraz głębiej zanurza się w rzeczywistość fabrycznej finansjery, przyjmuje jej prawa i dyktat. Charakterystyczna jest scena, w której obojętnie oświadcza zatroskanym robotnikom, że część z nich zostanie zastąpiona przez maszyny, po czym wsiada do windy „która zaraz z nim zapadła się w głębi ściany”17.
Niby krąg niżej w industrialnym inferno. Dociera zresztą blisko dna, odrzucając większość wartości i skrupułów – i odnosząc sukces. A w obliczu powodzenia czuje dojmującą pustkę.
Rok 1794
W metafizycznej (a nawet apokaliptycznej?) perspektywie umieszcza też Reymont troskę o Polskę. W swoim mocowaniu się z polskością wyraźnie kontynuuje tradycję romantyczną, stąd mogą się brać te wszystkie diabły i mistycyzmy. Nawet w Wampirze padają wezbrane goryczą słowa Zenona:
„Straszny kraj i straszni ludzie!”.
Bo jakże często ten kraj okazuje się dla kochających go nieprzyjazny, wyrodny, a wynoszący renegatów i sprawców nieszczęść. I ten ciągły teatr zmagań Boga i szatana, którym jest nasza historia:
„Zresztą, czego mógłbym żałować? Polskiej doli? Nawet szatan nam jej nie zazdrości, chociaż to jego pomysł!”18.
Misterium zdrady ukazał Reymont w Roku 1794. Ta trylogia o schyłku i dramatycznej próbie ocalenia I Rzeczypospolitej także została głęboko wpisana w symbolikę teologiczną. Wiele tu biblijnych aluzji i kontekstów, zaprzaństwo magnaterii jawi się jako demoniczne, a postawa patriotów ma znamiona ofiary pierwszych chrześcijan. Już otwierający powieść bal uświetniający przecież drugi rozbiór Polski jest niby parodia Ostatniej Wieczerzy i porównany zostaje do „tajemniczych misteriów”19.
Słynny cytat z Księgi Daniela: „Mane! Tekel! Fares!” (zważone, policzone, podzielone)20 wzmacnia biblijną konotację. Zresztą nad wyraz adekwatna jest ta aluzja do pławiącego się w zbytku Baltazara, nad którego panowanie nadciąga zagłada. Ten starotestamentowy kod umieszcza też powieść w symbolice Izraela, którego odbiciem okazuje się Rzeczpospolita. Przechodzi podobne doświadczenia miłości własnej, pychy i sprzeniewierzenia. Zagłuszając kolejne przestrogi, musi ponieść karę – stracić Świątynię (państwowość), doznać niewoli i wygnania. Rzeczpospolita upada, bo rządzący i elity zdradzają chrześcijańskie ideały, odchodzą od Boga, bo „Bóg panuje na niebie, zaś na ziemi diabeł profity zbiera!”21.
Ojczyznę dźwigają prości żołnierze, to oni przelewają za nią krew, poświęcają jej swoje życie. A gdy tylko ich męstwo przestaje być potrzebne, zostają zapomniani, zepchnięci na margines, poniżeni. Ta krzycząca niesprawiedliwość to ów profit diabła, to przyczynek do upadku Rzeczypospolitej. Jak mówi jedna z postaci powieści:
„Polska nierządem stoi, Polska ginie, Polskę krucy rozdrapują! A jakoż ma być, kiedy chłop w niewoli, szlachcic głupi, a wielmoża nikczemny? Strach, co się wyprawia w tej Rzeczypospolitej […] Że tylko Bóg miłosierny zdolen nas wyratować”22.
A najbardziej nikczemni są duchowni hierarchowie, podwójnie zdradzieccy – wobec Boga i wobec Ojczyzny, a pośród nich prym wiedzie biskup Józef Kazimierz Kossakowski. Duchownym marzą się hierarchiczne godności, bo te zaspokajają ich próżność i chciwość. W tej potrzebie użycia, w tym zamiłowaniu do ostentacji i luksusu czerpanych z kościelnego skarbu („Kazałbym zdobić srebrem kościelnym powozy i uprzęże, jak Kossakowski”23) jest coś świętokradczego. Książęta Kościoła są też pierwszymi w przymilaniu się nowym panom, w sprzedawaniu Ojczyzny. Znamienne, że grono renegatów knujące z biskupem Kossakowskim („wybrana kompania konfidentów i zauszników biskupa”) zostało zgrupowane w parodię Ostatniej Wieczerzy (to już drugie takie nawiązanie w powieści), a ściany komnaty, w której to spotkanie się odbywa, zdobią arrasy wyobrażające Mękę Pańską24. Dodajmy, że w różnych wizjach doświadczanych przez mistyków (m.in. św. Faustynę lub św. o. Pio) najdotkliwsze kaźnie zadawały Jezusowi osoby duchowne.
Ci, którym Polskę sprzedają, którym się przypochlebiają i z którymi się układają – jak carski ambasador Jakob Sievers – są niczym demony. Sievers już na pierwszych stronach powieści porównany zostaje do „groźnego bóstwa”, przed którym szlacheccy karierowicze kornie gną karki25 – zupełnie jak w Ziemi obiecanej łódzcy finansiści przed Bucholcem lub Szają. Zwieńczeniem jego dzieła jest Sejm zatwierdzający drugi rozbiór Polski, zwołany w Grodnie latem 1793 r. Newralgiczne chwile opisanego sejmu przebiegają w atmosferze żałobnej grozy, jakby złowróżbnego misterium. Nawet obraz przyrody podkreśla metafizyczny wymiar historycznego dramatu – pośród wichrów, dziwnego napięcia i ogólnej aury przypominającej „Diable wesele”:
„zabobonny lęk ogarnął poniektórych, żegnali się skwapliwie, ktoś pacierz zaszeptał gorący na intencję ojczyzny konającej w tej godzinie, inni zaś pozrywali się z miejsc...”26.
Przeważyli jednak zdrajcy, ci, którzy oddali się Sieversowi, porównanemu do pająka wyczekującego pośród swej sieci na łup. Chciwi, tchórzliwi, próżni – lecą w tę sieć, ciągnąc za sobą Rzeczpospolitą. Wszyscy oni wpisują się w demoniczny porządek – oddają się prawu piekła. A najnędzniejszy z nich jest Stanisław August Poniatowski, w którym „nie ma ni człowieka, ni króla”.
Bunt
Niezwykły był ten zmysł profetyczny Reymonta, ta umiejętność wejrzenia w przyszłość – wszak możemy się w jego książkach przejrzeć jak w lustrze, to, co pisze o czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego, targowiczan i Kościuszki, równie dobrze oddaje naszą epokę, naszą Polskę. To, co opisuje w Chłopach, w Ziemi obiecanej, portretuje cały nasz świat współczesny, a wczytując się w nie, możemy też zobaczyć, jak świat wyglądać będzie jutro. Bo przejrzał Reymont na wylot duszę świata, mechanizmy społeczeństw i ludzkich sumień.
Przejrzał Reymont na wylot duszę świata, mechanizmy społeczeństw i ludzkich sumień. Dał temu wyraz w swojej ostatniej powieści – katastroficznej baśni Bunt. Ten niezwykły utwór antycypuje orwellowski Folwark zwierzęcy, tak samo bowiem sięgając po zwierzęce alegorie podejmuje studium totalitaryzmu.
Dał temu wyraz w swojej ostatniej powieści – katastroficznej baśni Bunt. Ten niezwykły utwór antycypuje orwellowski Folwark zwierzęcy, tak samo bowiem sięgając po zwierzęce alegorie podejmuje studium totalitaryzmu. Ukazuje go jednak w pogłębionej perspektywie, nie tylko społeczno-politycznej, ale też filozoficznej, psychologicznej i metafizycznej. Oczywiście i tu sięga Reymont po symbolikę biblijną, bo Bunt to historia apokaliptyczna.
Wieloraka to opowieść, m.in. o utopii, o potrzebie rajów, która potrafi obudzić poczucie solidaryzmu i empatii, potrafi wznosić wzwyż – ale tylko na moment. Bo szybko zjawiają się fałszywi prorocy ziemi obiecanej. Oto piewcy wolności obiecujący uwolnienie z ucisku prowadzą w terror stokroć gorszy. To prawidło historii. Z przejmującą precyzją antycypuje Reymont koszmar lagrów i łagrów. Stworzone przez niego obrazy ciągnących stad zwierząt, całymi tygodniami idących w wyznaczonym kierunku, są jak ponure proroctwo. Te wizje wszechogarniającej śmierci, którą zwierzęta przyjmują z fatalistyczną apatią, bez współczucia, w lunatycznym otumanieniu depczące padłych towarzyszy, obojętnie zmierzające w jakąś otchłań27.
Źródłem tego jest postać Rexa, kluczowa dla całej powieści. Ogromny pies, który wznieca rewoltę zwierząt i jej przewodzi. Rex to figura nienasyconej tyranii, która dla władzy przed niczym się nie cofnie, gotowa będzie na każdą śmierć. Symboliczny jest tu obraz zlatujących kruków i wron żerujących na pobojowisku. Uniwersalna metafora historii i tych, którzy nadają jej kierunek.
Reymont wykreował grozę i potworności o apokaliptycznej konotacji. Obrazy monstrualnych bitew między ludźmi i zwierzętami, „pieśń nieukojonej tęsknoty i mocy tak straszliwej, że od jej brzmień rozpadały się domy, waliły się zdruzgotane drzewa i padały przydrożne krzyże”28 – to przecież wizje Armagedonu, przywodzące ekspresjonistyczny nastrój Dies irae Jana Kasprowicza.
Ale z tych fantastycznych obrazów wyłania się najgłębsza prawda o człowieku, prawda o złu wypełniającym ludzką naturę i przelewającym się w dzieje świata. Bo historia świata to historia przemocy i krzywdy („Wszystka ziemia i powietrze były przejęte człowieczym okrucieństwem. Na piramidzie trupów umacniał tron swojej potęgi”29). Reymont wskazuje też precyzyjnie śrubę napędzającą ten mechanizm niby perpetuum mobile. Na tym polega niezmienna psychologia dziejów:
„[…] Czym ich poruszyć?
– Obietnicami. Obiecuj, co jęzor wytrzyma, uwierzą i pójdą.
– Jakże to? – warknął zgorszony.
– Obiecanka cacanka, a głupiemu radość! Nic nie zełżesz. Szczęście leży w nadziei. […]
– Dobrze radzisz, ale co będzie potem, kiedy dojdziemy pod góry?
– Potem zapomną co słyszeli, a pójdą na lep nowych obietnic i znowu dadzą się poprowadzić dalej. Muszą być oszukiwani, dla ich szczęścia”30.
Tekst pochodzi z numeru 10/2025 „Biuletynu IPN”
Czasopismo dostępne w księgarniach IPN, placówkach Poczty Polskiej lub na stronie ksiegarniaipn.pl
1 W.S. Reymont, Wampir, Gdańsk 2000, s. 87.
2 Ibidem, s. 39.
3 Ibidem, s. 35.
4 Ibidem, s. 90.
5 Ibidem, s. 16.
6 Ibidem, s. 57–59.
7 W.S. Reymont, Ziemia obiecana, t. 1, Warszawa 1977, s. 158.
8 Ibidem, s. 348.
9 Ibidem, s. 16–17.
10 Ibidem, s. 159.
11 Ibidem, s. 247–248.
12 Ibidem, s. 107.
13 Ibidem.
14 Ibidem.
15 Ibidem, s. 289.
16 Ibidem, s. 349.
17 Ibidem, s. 31.
18 W.S. Reymont, Wampir, s. 74.
19 W.S. Reymont, Rok 1794. Ostatni Sejm Rzeczypospolitej. Powieść historyczna, Gdańsk 2000, s. 17.
20 Ibidem, s. 20.
21 Ibidem, s. 100.
22 Ibidem, s. 101.
23 Ibidem, s. 27.
24 Ibidem, s. 118.
25 Ibidem, s. 17.
26 Ibidem, s. 149.
27 W.S. Reymont, Bunt. Baśń, Warszawa 1924, s. 177–178.
28 Ibidem, s. 104–105.
29 Ibidem, s. 17.
30 Ibidem, s. 187–188.
